Wielki Tydzień

Wybaczcie proszę moja blogową, wiosenną opieszałość. Postaram się poprawić w przyszłości. Każdy ma swoje periody. Tym razem pozostawiam kwiecień w spokoju i pojawię się w maju z nową energią  i pomysłami.
Proszę nie odchodźcie zbyt daleko, abym mogła Was tu jeszcze zobaczyć.

Korzystając z okazji, życzę Wam wspaniałych świąt Wielkiej Nocy.
Bez wielkich słów i pompatyczności, życzę Wam miłości, spokoju i zrozumienia.

Fińskie rokastaa

Woda była moim żywiołem. Pływałem w waterpolo w czasach polskiej świetności tego sportu, mimo oczywistych i obiektywnych trudności, z jakimi wiązała się ta dyscyplina. Wytrzymałość, siłę i zwrotność trenowałem w Wiśle. Wiślane maratony były moją specjalnością. Walka z żywym nurtem rzeki i zdradliwymi wirami, była najlepszym treningiem. Plaże Wisły były salonem spotkań świetnych ludzi. Widywałem tam nawet Adolfa Dymszę. Mecz w basenie był już tylko przyjemnością.
Waterpolo cieszyło się dużą popularnością, miało swoich kibiców, zwłaszcza w rozgrywkach międzyklubowych. No i oczywiście na meczach międzynarodowych.
Jednym z najbardziej niezapomnianych był mecz naszej reprezentacji z Finlandią 28 lipca 1938 roku.
Do reprezentacji selekcjonował nas Kapitan związkowy Polskiego Związku Pływackiego. Z początku skład wyglądał tak:
 bramka-Zakrzewski (KSZO), obrona Halor(Giszowiec), atak Jankowski (EKS), Iwanow (AZS), Karliczek (EKS) i rezerwa Madej (Giszowiec). 
Wspaniali, wysokiej klasy zawodnicy, jak jeden mąż.Łatwo było dogadać się w nowej grupie. Nie była ona znowu taka nowa. Znaliśmy się z krajowych rozgrywek, z klubów, w których grywaliśmy. Znaliśmy swoje możliwości i słabe strony i powiem, że była to grupa wyjątkowo dobranych zawodników, nie tylko pod względem warunków fizycznych, ale także pod względem inteligencji, rozumienia taktyki i podświadomego wyczuwaniu drużyny.
Z pierwotnego składu wypadł nam Karliczek, a zastąpił go w ostatniej chwili, zwinny Szczepański. Trochę żal, bo Karliczek, był wzorem zachowania sportowego i dyscypliny. Na ten wyjazd zapracował jak nikt.
Do występu trenował nas przybyły przed rokiem do Warszawy z Węgier, wysokiej klasy trener, Rayki. Trenowaliśmy z nim już wcześniej na zgrupowaniach przygotowawczych do reprezentacji.
Mieliśmy dużo zapału i werwy. Pomimo, że pochodziliśmy z, na co dzień, rywalizujących klubów, nasze koleżeństwo było niewątpliwie szczere i godne sportowców. Bardzo lubiłem swoich kolegów także prywatnie. Ciągle przychodziły nam do głowy wesołe pomysły.
Płynęliśmy do Finlandii statkiem, razem z koedukacyjną drużyną skoczków, co mnie niezmiernie cieszyło, bo wśród nich miałem miłe koleżanki. 
Warszawskie baseny nie umywały się do tych helsińskich- Uimahalli. Rozmach, projekt, no i temperatura, idealna, choć ja wolałem bardziej zimną-wiślaną. 
Bardzo radowały mnie zwyczaje Finów, które pozwalały pływakom na treningach, całkiem legalnie, pływać bez obowiązującego, u nas, stroju kąpielowego. Nasze dziewczęta, były przerażone. My rozradowani. Niektórzy nawet chcieli spróbować.
 Finowie, byli wytrzymali, odporni, zwinni. Płuca mieli jak kowalskie miechy.
Bankiet, który zaserwowała nam strona fińska po wyrównanym, choć trudnym meczu, był jak królewskie przyjęcie.  W Przeglądzie Sportowym wyczytałem:
Pląsy rozpoczął olbrzym Zakrzewski, wywijając w powietrzu małą Finką, zwyciężczynią w skokach wieżowych, Hilee Grasten (..)”
Żeby zaraz olbrzym. Dwa metry to znowuż nie tak wiele. Mój wzrost w tym sporcie miał swoje zalety, zwłaszcza jeśli się „stało” na bramce. Ramiona miały większy zasięg. Trudniej było przeciwnikom wbić mi „gola”.
Powrót z Helsinek obfitował w wydarzenia mniej spektakularne, o czym znów napisała „Przegląd”:
„ CHOROBA MORSKA. Na drodze powrotnej z Helsinek do Tallina morze „bujało” porządnie. Lwia cześć drużyny polskiej pojechała skróconą drogą do „Rygi”.
Pierwszy rozchorował się bramkarz Zakrzewski, oddając honorowy wystrzał śniadania roztoczom Bałtyku. Inni poszli za jego przykładem. Statek był przepełniony do niemożliwości. Waterpolista Karpiński stanął na pokładzie niczem policjant na posterunku i kierował ruchem „chorujących” rozdzielając odpowiednio miejsca przy balustradzie statku (…)”
Dalej lepiej nie cytować, bo to mogłoby pociągnąć konsekwentne continuum tamtego wydarzenia. Jednak tamte wydarzenia humoru mi nie zważyły.
Wyprawa do Finlandii, zapadła mi w serdeczną pamięć i nawet wojna nie była w stanie zatrzeć tego odczucia wspaniałej radości i beztroski.
Z większością kolegów z reprezentacji widywaliśmy się i rywalizowaliśmy jeszcze po wojnie. Niektórych ta zawierucha sprzątnęła. Tak było też z Iwanowem, bardzo przystojnym,młodym,  wesołym, świetnym kolegą.
 Z fińskiego pamiętam tylko jedno słowo, które Polakom tak bardzo przypadło do gustu: „rokastaa, rokastaa”, co znaczy: kocham, kocham.