Warszawa w rozmowach- Justyna Krajewska

Screenshot_2

Takie pozycje książkowe lubię najbardziej. Biograficzne, historyczne, prawdziwe i klimatyczne. Takie lubię czytać. Dzięki swoim bohaterom autorka odkrywa inną Warszawę. Często w takiej postaci jakiej już nie znajdziemy na żadnych pocztówka, ani przekazach. To Stolica ukryta we wspomnieniach rozmówców i ich bliskich . Zapamiętali oni Warszawę oczami dziecka, młodego człowieka, a w końcu dorosłego, a że rodzili się w różnych dziesięcioleciach, przechowali w swej pamięci różnorakie obrazy. Rozmówcami autorki są znane i cenione osoby, dla których Warszawa to szczególne miejsce; Danuta Szaflarska, Alina Janowska, Andrzej Jacek Blikle, Jan Kobuszewski i wiele innych.

„Każde ze spotkań autorki z rozmówcami traktowane jest jako uchylanie kolejnych bram, kamienic- losów warszawiaków i aspektów egzaltacji miasta. Każde zdanie to pociągniecie pędzla, każda łza w oku to zarys nowych konturów, warszawskich ulic, park ów i miejsc, których już nie ma lub które zmieniły się bezpowrotnie.”

W dobie szybkiego życia forma książki sprawdza się idealnie, bo można ją czytać porcjami nic nie tracąc z jej atmosfery i klimatu. Książka podzielona jest na rozdziały. Każdy rozdział to osobny wywiad poświęcony jednemu bohaterowi.

Autorką książki jest Justyna Krajewska, zdolna dziennikarka młodego pokolenia, której życiową pasją jest odkrywanie historii i poznawanie losów ludzi.

Dla czytelników mam dwa egzemplarze książki. Zapraszam po szczegóły na fanpage’a mojego bloga.

Recenzja serialu „BODO”- nagrodzone prace cz. 3.

Bodo: Chcesz, to mnie bierz

Recenzja, która nic nie kosztowała

To ty, jako pierwsza, zrozumiałaś, że nie ma we mnie ani odrobiny talentu (…). Pewnie dlatego nie mogę z tobą zostać.

Śledzę zapowiedzi, rozmowy z twórcami, nie raz i nie dwa przewijam do początku fragmenty taneczne i wstawki wokalne. Ekscytuję się. Kiedy pojawia się 1. odcinek – nie oglądam, czekam na co najmniej 2 kolejne, bo wiem, jak boli syndrom odcinka pilotażowego. Jest już 3, zasiadam do maratonu, spodziewam się wszystkiego co najlepsze, fantazjuję o hiszpańskim Gran Hotelu i czeskiej Pierwszej Republice, o serialu nowoczesnym, biografii z elementami kina gatunkowego.

Oglądam.

W głowie kotłują mi się wyrażenia ze słownika mowy nienawiści. O A. Królikowskim myślę najgorzej jak można o aktorze, rodzice Bodo irytują mnie, matka (A. Wosińska) cierpiętnictwem, ojciec (M. Bonaszewski) nadekspresją. Retorycznie pytam, kto pozwolił Stasiowi Tarkowskiemu (A. Fidusiewicz) opuścić pustynię. Czuję, że kolejna scena z Morycem (P. Żurawski) uczyni ze mnie antysemitkę. Podoba mi się jedynie prof. Uziembło (S. Pawlak) i muzyka.

Seans przerywam w połowie 2. odcinka na rzecz przypadkowego fragmentu Przedwiośnia. Z żalem stwierdzam, że czasy, kiedy aktorami młodego pokolenia byli M. Stuhr, M. Dorociński i B. Szyc minęły bezpowrotnie. Postanawiam nie oglądać więcej serialu Bodo.

O czym marzy pensjonarka całym sercem…

Na facebookowym fanpage’u TVP czytam przypadkowy komentarz: Jeśli usunąć wulgarne sceny seksu, byłaby super produkcja rodzinna. Oburzam się na ten pomysł cenzurowania rzeczywistości, której nośnikiem powinien być serial biograficzny, dla potrzeb kina familijnego. To nie jedyny komentarz w tym tonie, na który natrafiam, dlatego wiedziona ciekawością, postanawiam sprawdzić, o co chodzi. Na powrót zaczynam wierzyć, że tło obyczajowe serialu nie ograniczy się tylko do długich ujęć łódzkiej ulicy.

Z nadzieją na skandal włączam 2. odcinek. Nudzę się, a kiedy Bodo w obronie swojego płaszcza gotów jest dać pokiereszować sobie twarz, patrzę na niego z politowaniem. Ciągle czekam na obiecane zgorszenie, które w końcu zabierze mnie w lata dwudzieste, lata trzydzieste. Trwam.

Niespodziewanie z marazmu wyrywa mnie 1. świetna, żywiołowa scena w przytułku dla bezdomnych. To przełom. 2. odcinek kończę oglądać z myślą, że tu będzie się jeszcze dziać.

3. odcinek utwierdza mnie w tym przekonaniu. Śmieję się z testu na dobrego chrześcijanina i innych dyskretnych żartów, zaczynam wciągać się w drobne intrygi, coraz bardziej ciekawi mnie: wróci do Łodzi czy nie. Zapominam nawet, po co właściwie znów zaczęłam oglądać Bodo. I wtedy początkująca aktorka Nina (A. Kurowska) oraz dyrektor teatru Apollo (O. Lubaszenko) przypominają mi. Spodziewam się witkacowskiego nienasycenia i tumanów kokainy, widzę kilkusekundową scenę interesownego, bezceremonialnego zbliżenia, które powraca także w następnym odcinku, tym razem z Bodo w roli głównej. Cieszę się tych scen i wszystkich innych, w których Bodo jest molestowany i w których kobiety i mężczyźni składają mu niemoralne propozycje. Ten serial, jeśli ma choć trochę przybliżyć epokę (i środowisko), potrzebuje ich tak samo jak odpowiedniej scenografii.

Według obliczeń Netflixa widz, żeby wciągnąć się w fabułę potrzebuje średnio 3 odcinki. Algorytmy Bodo sprawdzają się, 4. odcinka nie mogę się doczekać.

Nie przesadza pan? Znamy się krótko!

Jestem oczarowana. W 4. odcinku po kinie familijnym nie ma śladu. Najpierw scena występu w dość podejrzanym przybytku, później chwila nieodwzajemnionej namiętności z Adą i akcja rusza na dobre.

Bodo mężnieje, występy w niesławnych spelunkach i praca przy wywózce ciał zmarłych na grypę sprawia, że przestaje przypominać naiwnego wymoczka. Jest coraz bardziej odważny, czasem bezczelny, podoba się i wykorzystuje to. Mnie także, zaczynam być bezkrytyczna.

Oglądając 5. odcinek, w którym zmienia się aktor grający tytułowego bohatera, zapominam, że chciałam obejrzeć polski Gran Hotel – nonsens. Jestem zachwycona! Zdjęcia są jaśniejsze, więcej w nich przestrzeni, rozmachu, a w Bodo uroku. Tempo akcji przyśpiesza, emocje narastają (w 5. odcinku pierwszy raz się wzruszam), coraz częściej się śmieję.

Występ Bodo i Z. Pogorzelskiej (R.Gąsiorowska – całościowo wyborna) w odcinku 6. oglądam 3 razy, muzyka i choreografia to jedyne, co niezmiennie podoba mi się od początku serialu. Wkrótce zaczynam myśleć o Bodo źle, że interesowny bałamut i świnia, po chwili wzdycham jednak: Titina, wróć! I tak w pętli wielokrotnie. To już nie jest karuzela z momentami, ale rollercoaster wrażeń, i oglądając serial w maratonie, z ich nadmiaru, dopada mnie globus.

Dobrze by było, gdybyś zagrał nie jak ostatnia noga.

Rozumiem już dlaczego A. Królikowski dostał tę rolę i od 3. odcinka podoba mi się jego kreacja, choć w T. Schuchardtcie dostrzegam więcej stosownej charyzmy i naturalnego szarmu (odpowiadającego, oczywiście, wiekowi granej postaci). Nie drażnią mnie już rodzice Bodo (matka w 5. odcinku zaczyna być nawet zabawna) Moryc ani Hans. Zaczynam lubić K. Hanusza (E.Kulm). Podobają mi się epizodyczne role M. Stróżyńskiej (Trudi), M. Hirch (red. Drewiczówna), E. Herbuś (P. Negri) i wielu jeszcze krócej pojawiających się na ekranie postaci (m.in. N. Sikora).

Ja się nigdzie nie ruszam! Teraz to moje miasto.

Sprawdzam ile odcinków liczy serial. Jeszcze 7. Zostaję, chociaż poważnie grozi mi obłąkanie.

 Joanna Betlej

Recenzja serialu „BODO”- nagrodzone prace cz. 2.

Na wstępie przyznam się, że poczesne pierwsze miejsce w moim rankingu międzywojennych gwiazd zawsze zajmował Aleksander Żabczyński. Kiedy usłyszałam o planach dotyczących serialu „Bodo” ukłuło mnie takie maleńkie poczucie żalu. W końcu życiorys Żabczyńskiego jest również gotowym scenariuszem filmowym! Ale „żale na bok”, w końcu Bodo jest na drugim miejscu i na premierę serialu czekałam z niecierpliwością. Miałam nadzieje, że chociaż trochę poczuję tę atmosferę, której nazwę mi trudno określić. Chciałam, za pośrednictwem małego ekranu, znaleźć się w klimacie teatralno-kabaretowo-wodewilowym z domieszką kina, przeplatanym specyficznym dźwiękiem gramofonowej płyty. I nie zawiodłam się. Przynajmniej podczas obejrzanych dotąd czterech odcinków serialu. Szczególnie bliski dla mnie był epizod poznański. Fakt, że czekałam na niego również z chęci zobaczenia samego Poznania w roku 1916 i pod tym względem producenci mnie trochę zawiedli. Już pierwszy rzut oka upewnił mnie w przekonaniu, że do tego miasta ekipa nie zawitała. Nie był to ani dworzec, ani ulice poznańskie, a tym bardziej nie było to kino „Apollo”. Ale cóż. Plenery nie są najważniejsze. Trochę drażnił mnie również ten wszechobecny niemiecki język, ale w sumie to w końcu były jeszcze czasy zaborów i dyrektor teatru był Niemcem.

Teatr jest bliski memu sercu, szczególnie od czasu jak dowiedziałam się o wielkiej miłości, którą darzył tę sztukę mój pradziadek. Mimo, że był synem stolarza z małego miasteczka, realizował swą pasję aktorską biorąc lekcje w teatrze Polskim w Poznaniu. Pod koniec dziewiętnastego wieku nie było to na pewno łatwe. Znalazłam nawet kilka prasowych recenzji z jego późniejszej działalności w teatrach amatorskich. Dla mnie pewnym łącznikiem z tamtym dawnym światem sceny były piosenki śpiewane jeszcze w siedemdziesiątych latach podczas imienin u moich „przedwojennych” stryjków – braci dziadka. Były „żywcem” wzięte z wodewili lat trzydziestych. Z kolei zainteresowanie kinem międzywojennym zaszczepił we mnie pan Stanisław Janicki na ekranie czarno-białego telewizora „Lazuryt” w czasach mojego wczesnego dzieciństwa.

Ale wracajmy do serialu „Bodo”. W końcu to o nim miałam pisać. Nie wiem jak sprawdzi się w roli Eugeniusza Bodo Tomasz Schuchardt, natomiast jeżeli chodzi o Antoniego Królikowskiego, to musze przyznać, że dotąd nie doceniałam jego aktorskich umiejętności. Może fizycznie nie przypomina Bogdana Junot, jednak nie o to chyba chodzi w serialu biograficznym. Wspaniale zagrał młodego upartego i dążącego do swojego celu przyszłego aktora. Podczas sceny warszawskiego debiutu Bodo, przeplatanej scenami śmierci jego ojca, wzruszyłam się nawet do łez. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie Mariusz Bonaszewski, któremu bezbłędnie udało się zagrać faceta, któremu wiele można wybaczyć. Natomiast Maciej Damięcki rozśmieszył mnie zupełnie jak Antoni Fertner, którego aktor zagrał. Obsada serialu została świetnie dobrana. Zaczynając od Agnieszki Wosińskiej w roli matki Bogdana, kończąc na najmniejszych „rólkach”. Moją szczególną uwagę zwrócili Bartłomiej Kotschedoff, jako Adolf Dymsza i Kamila Kuboth-Schuchardt, jako Mira Zimińska.

Reasumując, obejrzane dotąd cztery odcinki serialu „Bodo”, mimo kilku wpadek, takich jak: ubrani w letnią odzież ludzie w listopadzie 1918 roku oraz pływające w wiadrze wigilijne karpie (karp został symbolem wigilijnym dopiero po drugiej wojnie światowej), jest świetnie nakręconym serialem oddającym klimat dawnej kabaretowej bohemy. Myślę, że kolejne odcinki zapowiadają się równie obiecująco.

Hanna Jałocha

Recenzja serialu „BODO”- nagrodzone prace cz. 1.

„Bodo” to kolejna genialna produkcja TVP. Świetnie dobrana obsada już od początku zachęciła do oglądania, nie tylko mam tutaj na myśli główne postaci, ale również wszystkie drugoplanowe i statystujące, bo bogactwo osobowe zdecydowanie umacnia rangę tejże produkcji. Wskazuje na fakt, że jest to opowieść o ludziach dla ludzi. Możemy nie tylko poznać koleje życia osobistego i zawodowego Eugeniusza Bodo, ale również wszystkich tych, których napotykał na swojej drodze. Ojca, który sobą i tym co robił zainspirował go do tego, aby dążył do realizacji marzeń, matkę która wiedząc czym rządzi się świat kina i teatru chciała zdecydowanie dla swojego syna innej drogi życiowej. Koleżankę, która nie zauważyła sympatii jaką darzył ją Bodo, kolegę który właśnie z nim chciał zdobywać świat, ale jak tylko miał okazję zaznać czegoś lepszego pozostawił Bodo na dworcu, nawet złodziejaszek okazał litościwe serce, bo zabrał Bodo na kwaterę, która może nie była hotelem 4 gwiazdkowym, ale jakoś pozwoliła zanocować w Warszawie, w której nikogo nie znał.

Moim zdaniem „Bodo” jest nie tylko swoistą biografią jednego z największych polskich aktorów okresu międzywojennego, ale doskonale pokazuje nam świat ówczesnego showbiznesu, którego mechanizmy, sposób działania w nim pewnych osób niewiele różni się od tego co możemy obserwować obecnie. Niby czasy się zmieniają, kultura i sztuka ma do dyspozycji różne środki wyrazu, ale jednak ludzi, a właściwie ich mentalność się nie zmienia i mechanizm postępowania bardzo zbliża się do dzisiejszego. „Bodo” jako wielkie, muzyczne widowisko jest świetnie nakręcony, doskonale się ogląda nie tylko z racji powrotu w plenery dwudziestolecia międzywojennego, ale również z racji doskonałych wnętrz jakie przygotowano, kostiumów i sekwencji muzycznych, które robią wrażenie. Ponadto zdjęcia są genialnie realizowane, kamera jest zawsze tuż przy prezentowanej postaci i prezentuje nam widzom wszystko to, co aktor w danym momencie wykonuje, bo jeśli tańczy to my widzowie widzimy jak to wszystko doskonale współgra, jak wiernie wtóruje kamera temu wszystkiemu co jest dynamiczne, szybkie i kolorowe na planie. Kiedy konwencja ma charakter fabuły, biografii, to faktycznie tak jest, ale jeśli coś ma bardzo dynamiczny przekaz i ma nas widzów wprowadzić w charakter kolorowego show, to doskonale zdjęcia taki charakter oddają.

Dzięki serialowi „Bodo” mamy okazje poznać niezwykłą osobowość przedwojennej rozrywki. Eugeniusz był nie tylko aktorem, ale z racji swojego talentu i wszechstronności był również piosenkarzem i tancerzem. Takie umiejętności nie powinny dziwić dzisiejszych adeptów aktorstwa, bo właśnie każdy aktor powinien potrafić zagrać swoją rolę, ale również powinien zaśpiewać i zatańczyć.

Łódź to miasto filmowe, dlatego bardzo pasuje do takiej produkcji, która przypomina symbol polskiego kina i teatru. Z pewnością można dopatrywać się nawiązania do „Ziemi obiecanej”, bo przecież postać Polaka, Niemca i Żyda stanowi takie sentymentalne nawiązanie, a ponadto przypomnienie tamtych czasów, w których właśnie takie rodzinne koleje i przyjaźnie miały wielonarodowościowe korzenie. Serial jak widzę ma w swoim zamyśle zaprezentować niewątpliwy fenomen Eugeniusza Bodo, który zaczyna swoją drogę zawodową od pasji i miłości do kina i teatru, przerysowaną różnymi kolejami losu wreszcie dochodzi na swój wymarzony Everest i … no właśnie czy jest szczęśliwy, spełniony, zapewne tak, ale mimo wszystko czegoś mu brakuje, tylko sam nie do końca wie czego tak naprawdę. Na obecny moment jestem pod ogromnym wrażeniem serialu i gry Antoniego Królikowskiego, który może nie jest doskonały w tej kreacji, ale czy młody Eugeniusz był doskonały, z pewnością nie, bo każdy dzień był dla niego czymś nowym, jakimś doświadczeniem nawet trudnym, którym zdobywał umiejętności jakże ważne i cenne w kolejnych podróżach, nowych rolach i środowiskach, w których miał przyjemność pracować i egzystować. Myślę, że warto jest pochylić się nad tą produkcją, obejrzeć do końca.

 Małgorzata Musiał

Klimek-przedwojenny chłopak.

Screenshot_1

Ogłoszono nabór do nowego filmu. Michał Waszyński, bo tak nazywał się reżyser tego filmu, kompletował obsadę. Film miał się nazywać „Wacuś”. Wszystkie główne role były już obsadzone. Plejada gwiazd, bo tylko znane nazwiska mogły przyciągnąć do kin publiczność, która już zdążyła „zwybrednieć”. Adolf Dymsza był idealnym kandydatem na podwójną, główną rolę, a tu miał zagrać nastoletniego chłopca. Do obsadzenia pozostała rola prawdziwego nastoletniego chłopca, ucznia mieszkającego na stancji u pewnej niezamożnej rodziny. Postanowiono dobrać chłopca we właściwym wieku.

Klimek- tak nazywali go szkolni koledzy zawsze interesował się filmem. Marzył o karierze aktora. Był zwykłym chłopcem z błyszczącą blond czupryną i radosną twarzą. Po lekcjach w szkole pomagał swojemu ojcu, który miał kiosk na ulicy Czerniakowskiej i sprzedawał papierosy. Korzystając z bliskości sklepu z gazetami chłopiec wypożyczał ilustrowany tygodnik „Kino”. Z zachwytem czytywał wszystkie wzmianki prasowe o kinie i aktorach. Tak, przed wojną można było wypożyczyć ze sklepu gazetę. Ponoć kosztowało to 5 gr.

Pewnego dnia Klimek dowiedział się od swojego starszego kolegi o tym, że wytwórnia filmowa poszukuje chłopców w wieku 12-15 lat. Długo się nie zastanawiał. Pobiegł od razu na przesłuchanie.

Przyjęto go i wysłuchano. Zadeklamował „Powrót taty” Adama Mickiewicza. Kto nie znał wtedy tego wiersza… Zrobił to z taką swobodą i żarem, że z miejsca dostał angaż do filmu „Wacuś” i choć jego nazwiska nie wymieniono w czołówce filmu to jego rola była zauważona i pozytywnie oceniona.

Wyzwaniem dla niego okazało się dotrzymanie kroku wytrawnym aktorom: Jadwidze Andrzejewskiej i Adolfowi Dymszy. Ich warsztat i życzliwość podczas kręcenia wspólnych scen sprawiły, że chłopiec wypadł świetnie, a przychylna ocena jego roli zaowocowała kolejnymi angażami.

W każdym razie artysta…

W ten sposób Klemens Mielczarek rozpoczął swoja przygodę z aktorstwem i stał się jednym z pierwszych „złotych dzieci” polskiego kina dźwiękowego.

W 1937 roku zagrał najważniejszą ze swoich przedwojennych ról. U boku Karoliny Lubieńskiej zagrał Franka- pikolaka w komedii pomyłek „Książątko” w znakomitej obsadzie: Eugeniusz Bodo, wymieniona już wcześniej Karolina Lubieńska, Loda Niemirzanka, Antoni Fertner, Józef Orwid, Jerzy Marr.

Zagrał biednego pikolaka czyli  pomoc kelnera, który jedzie pociągiem na „gapę” do Krynicy Górskie, gdzie ma umówioną pracę. Zabiera ze sobą Władkę ( główną bohaterkę), którą uznaje za młodego chłopca. W Krynicy załatwia jej posadę fordansera. Było to jego ostatnie, przedwojenne, filmowe wyzwanie.

Nastała wojna, która zmieniła życie dziewiętnastoletniego  aktora. Zaletą młodych głów jest, że nie przestają marzyć i choć trudno, to przystosowują się do zaistniałej rzeczywistości. W trakcie wojny uczył się w podziemnym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej.Gdy nastał czas Powstania Warszawskiego, przedstawiciel pokolenia Kolumbów walczył w szeregach AK. Po upadku powstania jako jeniec wojenny został wywieziony do Niemiec.

Przetrwał wojnę, a po niej powrócił do Polski by zdać egzaminy na aktora i pracować jako aktor w Teatrze Miejskim w Częstochowie. Wojna zmieniła Klemensa nie do poznania.

Trudno skojarzyć te dwie osoby: smukłego, chudego blond młokosa i opalonego, muskularnego mężczyznę. Po wojnie rozpoczął prawdziwą pracę aktorską. Dużo pracował na scenie, a w filmach grał raczej role drugoplanowe, czasem epizodyczne.

hhh

Mimo tego jego powojenny filmowy dorobek jest imponujący:

1949 r.- „Czarci żleb”

1949 r.-”Dom na pustkowiu”

1953 r.- „Sprawa do załatwienia”

1953 r.- „Przygoda na Mariensztacie”

1953 r.-„Podhale w ogniu”

1953 r. -”Piątka z ulicy Barskiej”

1953 r. -” Żołnierz Zwycięstwa”

1953 r.-” Sprawa Szymka Bielasa”

1954r. _”Pokolenie”

1958 r.-„Wolne miasto”

1958r.- „Ósmy dzień tygodnia”

1959 r.-”Cafe pod Minogą”

1960 r.- „Krzyżacy”

1965 r.-”Sam pośród miasta”

1967 r.-”Westerplatte”

1977 r.-”Sprawa Gorgonowej”

1978 r. -”Wśród nocnej ciszy”

1978 r.-”Romas Teresy Hennert”

1981 r.-” Dziecinne pytania”

1981 r.-„Człowiek z żelaza”

1983 r.-”Szczęśliwy brzeg”

1988 r. -”Biesy”, „Zmowa”

1991 r.-”Skarga”

Seriale: „Dom”, „Polskie drogi”, „Zmiennicy”

Galeria aktora: http://fototeka.fn.org.pl/pl/strona/wyszukiwarka.html?key=Mielczarek+Klemens&search_type_in=osoba&view_type=tile&sort=alfabetycznie&result%5B%5D=1873&lastResult%5B%5D=1873&pageNumber=1&howmany=50&view_id=

Po przejściu na emeryturę stworzył dla dzieci własny teatr jednego aktora. Nazwał go Kuku-Ryku. Jeździł z nim po całej Polsce, odnosząc sukcesy. Dekoracje i maski woził w bagażniku. Sam był dyrektorem, aktorem, organizatorem i kierowcą. Konwencja jego teatru opierała się na maskach, które zaprojektowali Kazimierz Mikulski i Adam Kilian. Zarówno on, jak i zaproszone z widowni dzieci zakładali maski i wspólnie rozpoczynali wędrówkę w krainę bajek, ucząc się przy okazji różnego rodzaju tańców. Otrzymywał mnóstwo listów z podziękowaniami od kierownictwa szkół, a dzieciaki z utęsknieniem czekały na kolejne spotkanie z jego teatrem.”

W roku 1996 Klemens Mielczarek otrzymał Nagrodę miasta Warszawy. W gronie nagrodzonych tego roku znaleźli się między innymi: Mira Zimińska-Sygietyńska, Loda Halama, Maria Modzelewska, Lidia Wysocka.

Ze wspomnień Witolda Sadowego: „Moje przyjazne stosunki z Klimkiem datują się od bardzo dawna. Od czasów wojny i niemieckiej okupacji, kiedy byliśmy jeszcze młodzi i świat należał do nas. Nawet wojna nie zabiła w nas optymizmu. Klimek był człowiekiem ciepłym, dobrym i pogodnym. Świetnym kolegą. Przez pewien czas pracowaliśmy razem w Teatrze Klasycznym i graliśmy w kilku sztukach. Dawno go nie widziałem, ale od czasu do czasu prowadziliśmy długie rozmowy przez telefon. Nigdy się nie skarżył i nie narzekał. Był dumny ze swoich dzieci. Wiedziałem, że chorował, bo od dłuższego czasu nie spotykałem go ani w operze, ani w teatrach. Starał się nie opuścić żadnego przedstawienia. I choć to nie jest już ten teatr, na którym się wychowaliśmy, nie przestał go kochać. Żegnaj Klimku, pozostała już nas garstka.”

Klemens Mielczarek zmarł w 2006 roku przeżywszy 86 lat. Został pochowany na Starych Powązkach.

Polecam Waszej pamięci nietuzinkową postać Klimka.

Www.encyklopediateatru.pl „Klemens Mielczarek. Pożegnanie”. (Witold Sadowy) za Gazeta Wyborcza Stołeczna nr 50

Zdjęcie: Reżyseria:Kański Tadeusz, Vergano Aldo, PrawaStudio Filmowe „Kadr”, Autor: Wawrzyniak Kazimierz