Recenzja serialu „BODO”- nagrodzone prace cz. 3.

Bodo: Chcesz, to mnie bierz

Recenzja, która nic nie kosztowała

To ty, jako pierwsza, zrozumiałaś, że nie ma we mnie ani odrobiny talentu (…). Pewnie dlatego nie mogę z tobą zostać.

Śledzę zapowiedzi, rozmowy z twórcami, nie raz i nie dwa przewijam do początku fragmenty taneczne i wstawki wokalne. Ekscytuję się. Kiedy pojawia się 1. odcinek – nie oglądam, czekam na co najmniej 2 kolejne, bo wiem, jak boli syndrom odcinka pilotażowego. Jest już 3, zasiadam do maratonu, spodziewam się wszystkiego co najlepsze, fantazjuję o hiszpańskim Gran Hotelu i czeskiej Pierwszej Republice, o serialu nowoczesnym, biografii z elementami kina gatunkowego.

Oglądam.

W głowie kotłują mi się wyrażenia ze słownika mowy nienawiści. O A. Królikowskim myślę najgorzej jak można o aktorze, rodzice Bodo irytują mnie, matka (A. Wosińska) cierpiętnictwem, ojciec (M. Bonaszewski) nadekspresją. Retorycznie pytam, kto pozwolił Stasiowi Tarkowskiemu (A. Fidusiewicz) opuścić pustynię. Czuję, że kolejna scena z Morycem (P. Żurawski) uczyni ze mnie antysemitkę. Podoba mi się jedynie prof. Uziembło (S. Pawlak) i muzyka.

Seans przerywam w połowie 2. odcinka na rzecz przypadkowego fragmentu Przedwiośnia. Z żalem stwierdzam, że czasy, kiedy aktorami młodego pokolenia byli M. Stuhr, M. Dorociński i B. Szyc minęły bezpowrotnie. Postanawiam nie oglądać więcej serialu Bodo.

O czym marzy pensjonarka całym sercem…

Na facebookowym fanpage’u TVP czytam przypadkowy komentarz: Jeśli usunąć wulgarne sceny seksu, byłaby super produkcja rodzinna. Oburzam się na ten pomysł cenzurowania rzeczywistości, której nośnikiem powinien być serial biograficzny, dla potrzeb kina familijnego. To nie jedyny komentarz w tym tonie, na który natrafiam, dlatego wiedziona ciekawością, postanawiam sprawdzić, o co chodzi. Na powrót zaczynam wierzyć, że tło obyczajowe serialu nie ograniczy się tylko do długich ujęć łódzkiej ulicy.

Z nadzieją na skandal włączam 2. odcinek. Nudzę się, a kiedy Bodo w obronie swojego płaszcza gotów jest dać pokiereszować sobie twarz, patrzę na niego z politowaniem. Ciągle czekam na obiecane zgorszenie, które w końcu zabierze mnie w lata dwudzieste, lata trzydzieste. Trwam.

Niespodziewanie z marazmu wyrywa mnie 1. świetna, żywiołowa scena w przytułku dla bezdomnych. To przełom. 2. odcinek kończę oglądać z myślą, że tu będzie się jeszcze dziać.

3. odcinek utwierdza mnie w tym przekonaniu. Śmieję się z testu na dobrego chrześcijanina i innych dyskretnych żartów, zaczynam wciągać się w drobne intrygi, coraz bardziej ciekawi mnie: wróci do Łodzi czy nie. Zapominam nawet, po co właściwie znów zaczęłam oglądać Bodo. I wtedy początkująca aktorka Nina (A. Kurowska) oraz dyrektor teatru Apollo (O. Lubaszenko) przypominają mi. Spodziewam się witkacowskiego nienasycenia i tumanów kokainy, widzę kilkusekundową scenę interesownego, bezceremonialnego zbliżenia, które powraca także w następnym odcinku, tym razem z Bodo w roli głównej. Cieszę się tych scen i wszystkich innych, w których Bodo jest molestowany i w których kobiety i mężczyźni składają mu niemoralne propozycje. Ten serial, jeśli ma choć trochę przybliżyć epokę (i środowisko), potrzebuje ich tak samo jak odpowiedniej scenografii.

Według obliczeń Netflixa widz, żeby wciągnąć się w fabułę potrzebuje średnio 3 odcinki. Algorytmy Bodo sprawdzają się, 4. odcinka nie mogę się doczekać.

Nie przesadza pan? Znamy się krótko!

Jestem oczarowana. W 4. odcinku po kinie familijnym nie ma śladu. Najpierw scena występu w dość podejrzanym przybytku, później chwila nieodwzajemnionej namiętności z Adą i akcja rusza na dobre.

Bodo mężnieje, występy w niesławnych spelunkach i praca przy wywózce ciał zmarłych na grypę sprawia, że przestaje przypominać naiwnego wymoczka. Jest coraz bardziej odważny, czasem bezczelny, podoba się i wykorzystuje to. Mnie także, zaczynam być bezkrytyczna.

Oglądając 5. odcinek, w którym zmienia się aktor grający tytułowego bohatera, zapominam, że chciałam obejrzeć polski Gran Hotel – nonsens. Jestem zachwycona! Zdjęcia są jaśniejsze, więcej w nich przestrzeni, rozmachu, a w Bodo uroku. Tempo akcji przyśpiesza, emocje narastają (w 5. odcinku pierwszy raz się wzruszam), coraz częściej się śmieję.

Występ Bodo i Z. Pogorzelskiej (R.Gąsiorowska – całościowo wyborna) w odcinku 6. oglądam 3 razy, muzyka i choreografia to jedyne, co niezmiennie podoba mi się od początku serialu. Wkrótce zaczynam myśleć o Bodo źle, że interesowny bałamut i świnia, po chwili wzdycham jednak: Titina, wróć! I tak w pętli wielokrotnie. To już nie jest karuzela z momentami, ale rollercoaster wrażeń, i oglądając serial w maratonie, z ich nadmiaru, dopada mnie globus.

Dobrze by było, gdybyś zagrał nie jak ostatnia noga.

Rozumiem już dlaczego A. Królikowski dostał tę rolę i od 3. odcinka podoba mi się jego kreacja, choć w T. Schuchardtcie dostrzegam więcej stosownej charyzmy i naturalnego szarmu (odpowiadającego, oczywiście, wiekowi granej postaci). Nie drażnią mnie już rodzice Bodo (matka w 5. odcinku zaczyna być nawet zabawna) Moryc ani Hans. Zaczynam lubić K. Hanusza (E.Kulm). Podobają mi się epizodyczne role M. Stróżyńskiej (Trudi), M. Hirch (red. Drewiczówna), E. Herbuś (P. Negri) i wielu jeszcze krócej pojawiających się na ekranie postaci (m.in. N. Sikora).

Ja się nigdzie nie ruszam! Teraz to moje miasto.

Sprawdzam ile odcinków liczy serial. Jeszcze 7. Zostaję, chociaż poważnie grozi mi obłąkanie.

 Joanna Betlej

4 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.