Wstydliwa krakowska sprawa.

Tego krakowskiego widoku na pewno nie zobaczycie na żadnej z pocztówek ani wizytówek miasta. Stał się on sromotą grodu i niewygodnym śmieciem, który nie dość dokładnie zamiotło się pod dywan. Za stan obecny, narastający od lat trudno jest obwinić jedną konkretną osobę. Z całą pewnością przyczyną zaistniałego faktu stała się bezmyślność, tępy upór, brak perspektywicznego myślenia i totalna głupota. Nie jest to niestety stwierdzenie odkrywcze.

Rzecz dotyczy pięknego zabytku Krakowa, w rozkwicie onegdaj, a teraz w totalnej ruinie. Co zastanawiające, w Krakowie- ostoi zabytków, ten osierocony budynek na próżno wygląda opieki. Kiedyś nazywał się dumnie- Pałacem Tarnowskich. Jego historia zaczyna się już w XVI wieku, a koleje losu dowodzą, że to obiekt szczególnej ochrony historycznej.

Mieścił się poza głównymi murami starego miasta, otoczony bujnym starym drzewostanem. Na tyłach pałacu pozostało jeszcze trochę starych drzew, o które już dawno przestano dbać. Rosną na terenie ogromnej wagi, w sensie developerskim, stąd ich totalna bezużyteczność.

Los obiektu zdaje się być przesądzony. Ruina długo już nie wytrzyma. Trudno podejrzewać kogoś o to, że dewastacja jest jego celem. Dłuższa obserwacja tego budynku właśnie takie nasuwa skojarzenia. Przysłowiowymi deskami zabite okna, swobodna twórczość „spreyowców” na elewacji, porozrzucane śmieci wokoło; puszki, butelki, nawet stary monitor. Wszystko to razem tworzy rozpaczliwy obraz.

Odnoszę wrażenie, że osoby przechodzące obok tego budynku, odwracając głowę, wolą nie widzieć, wolą nie reagować. Zdaje się, że władze miasta również nie jeżdżą ulicą Szlak.

 

Pałac jest własnością prywatną  zagranicznej firmy. Właściciel podobno nie chce wypowiadać się w mediach, w związku z czym nie są upublicznione jego plany dotyczące tego zabytku, jeśli takie w ogóle istnieją. Posiłkując się artykułami z ubiegłych lat wiadomym jest, że plany zagospodarowania obiektu istniały, tylko że żaden z nich nie wszedł w fazę realizacji.

Gazeta Krakowska z dnia 15-09-2011 zamieściła artykuł, w którym napisała: „Pełnomocnik spółki wysłał do nas pismo o potwierdzenie, że jest właścicielem zabytkowego obiektu i dochowuje obowiązku jego konserwacji. Mając takie zaświadczenie, byłby zwolniony z podatku od nieruchomości – mówi Chrząszczewski.

Konserwator obiekt skontrolował i chwycił się za głowę. Dawny pałac to rudera zniszczona m.in. pożarem z kwietnia 2011 r. Co więcej, właściciel zrezygnował z jego ochrony. Konserwator napisał więc zaświadczenie, a w nim – że właściciel nie spełnia ustawowego obowiązku dbania o zabytek. I zawiadomił prokuraturę. Postępowanie prowadzi policja.”

Po wojnie, jak słusznie  Drogi Czytelnik się orientuje, pałac został upaństwowiony i długo był siedzibą Polskiego Radia. Po zmianie ustroju rodzina Tarnowskich, zapewnesłusznie, odebrała państwu swoją własność. Jednak ciężar nieruchomości okazał się dla niej zbyt wielki i zdecydowała się na sprzedaż. Tak rozpoczęła się kaska niepomyślnych zbiegów okoliczności i z roku na rok coraz bardziej niszczał pełniąc  rolę miejskiego straszydła choć  pierwszeństwa w oszpecaniu okolicy krakowskiemu „szkieletorowi” i tak nie odbierze.

Czy ktoś jest mi w stanie odpowiedzieć, jakie są granice własności i czy istnieje bardziej świętsze prawo od prawa własności? W tej sprawie, prawo własności ewidentnie zwycięża pokonując prawo do własności historycznych, narodowych, intelektualnych. Co mówią potomkowie sławnego rodu Tarnowskich widząc swoje dziedzictwo w tak opłakanym stanie? Nie żal im?

Reportaż o stanie pałacu wewnątrz. Drastyczne zdjęcia. Źródło: fotopx.blogspot.comPowyżej zdjęcie z fotoreportażu autora bloga: fotopx.blogspot.com. Ostrzegam, że zdjęcia są mocno zasmucające.

Źródło cytatu:


http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/450760,krakow-palac-tarnowskich-ruina-na-sprzedaz,id,t.html?cookie=1

Plaster

Zepsuł mi się ciśnieniowy ekspres do kawy. Taki starodawny zaparzacz, sprzedawany w „Pożegnaniu z Afryką”. Istotną część zaworu ciśnieniowego, który gdzieś przepadł, zastąpiłam, z powodzeniem, łyżeczką do herbaty.
Wspaniały patent, i nie musiałam wydawać pieniędzy na naprawę.
Zdziwiłam się, gdy po obejrzeniu mojego znakomitego wynalazku znajomy powiedział mi, że właśnie dlatego, w Polsce, nie powinno być elektrowni atomowych.
-Co ma piernik do wiatraka?

 

***
Wydawało mi się, że jestem zaradna i oszczędna, nawet byłam dumna ze swojej pomysłowości. Pominęłam tylko straty energii na wadliwym zaworze. Nie uzmysłowiłam ich sobie po prostu. Koszt naprawy okazał się wielokrotnie niższy, niż straty energii spowodowane wadliwym działaniem sprzętu. Ot i cała oszczędność.
Jako społeczeństwo, jesteśmy mistrzami prowizorek. Mało tego, uważamy je za trwalsze od rozwiązań radykalnych i prawdziwie naprawczych.
***

Znając i wstydząc się powyższego, jak w „olśnieniu schizofrenicznym”, nareszcie zrozumiałam, jak wielką i niezastąpioną rolę, w naszych placówkach służby zdrowia, spełnia PLASTER.Plaster, to nieocenione dobrodziejstwo szpitali i do tego bardzo tanie. Uniwersalność tego dobrodziejstwa jest wprost nie do uwierzenia i nie do ocenienia.Służy do zabiegów specjalistycznych. Przykleja się nim dreny, rurki intubacyjne, worki, kabelki od aparatury, zasłony na stole operacyjnym, oznacza się narzędzia ( te niejałowe) i leki.
Okleja rany pooperacyjne i nie tylko. Uszczelnia ssaki, maseczki tlenowe, nieszczelny sprzęt, cieknące płyny w butelkach. Używa się go do montażu sprzętów szpitalnych. Udoskonala nim niedoskonałe urządzenia.

W zapleczu szpitalnym okleja się wanny, naczynia do sterylizacji, pakiety i zestawy zabiegowe, oznacza się pobrane preparaty i materiał do badań. Plastrem zakleja się nieszczelne okna i wiejące dziury na salach chorych. Domyka się wypaczone  okna, zawiesza kroplówki ( chociaż tu, plaster ustępuje kolejnej zdobyczy techniki-bandażowi). Okleja wenflony, opatrunki, okłady, kompresy.

W toaletach, wdzięcznie służy jako gazetka ścienna z lakonicznymi informacjami dla pacjentów typu: „nieczynne”, „nie kąpać się w wannie”, „prysznic tylko przed wizytą”, „tylko dla personelu”.

Służy jako etykiety do leków i kroplówek, jako zamknięcie do szafek z lekami, jako zakładka do dokumentacji, jako uzupełnienie ubioru personelu ( zamiast guzika), jako identyfikator, jako znacznik w kalendarzu, jako niezastąpiony łącznik rzeczy rozdartych, rozpadniętych, rozerwanych, rozklekotanych, zużytych i generalnie pamiętających czasy, króla Ćwieczka.

Smutną rzeczą jest to, że w latach dziewięćdziesiątych, w szkołach medycznych uczono personel zaradności właśnie taką uniwersalną metodą: Nie wiesz co robić? Użyj plastra. Wtedy było to może uzasadnione, ale stan taki nie może trwać w XXI wieku.

Tę smutną prawdę naszych czasów trudno pozostawić bez komentarza. Można się śmiać, można dyskutować, ale co dalej?

Sytuacja się zmienia, kiedy ty sam leżysz na stole i masz świadomość, że właśnie przystępują do ciebie skądinąd bardzo zdolni, wykształceni i mądrzy, ale w wielkim stopniu, ograniczeni w swoim działaniu lekarze.
Ograniczenia są spowodowane nie tylko ubogością sprzętową, ale również plastrem mentalnym*, który to na ich umiejętności i fachowość nakleja wszechwładny urzędnik.
Tak w ten sposób młodzi, zdolni i sfrustrowani lekarze, ze związanym rękoma, wyjeżdżają za granicę. Nie tylko by godniej zarabiać, ale by godnie pracować, wykorzystując wszelkie możliwe środki i sprzęty, oraz swoją wiedzę do ratowania ludzi.

A sytuacja u nas w kraju pozostaje bez zmian. Chorzy, cierpiący, starsi, ale też i młodzi, biedni ludzie, powiązani plastrem czekają dobrej nowiny. Czekają na rzetelne leczenie, na wyrok i szczęście w nieszczęściu, że ich choroba jest w spisie chorób, których leczenie jest refundowane. Czekają na decyzję urzędnika, czy pacjent będzie mógł być leczony czy nie. Czy jego stan rokuje powrót do produktywności sprzed choroby, by mógł ponownie być przydatny jako podatnik.

Tu, niemający nic wspólnego z medycyną urzędnicy, stają w roli boskiej, decydując na papierze o życiu ciężko chorych ludzi. Zasłaniając się przepisami i prawem, łatwo  uwalniają od wyrzutów sumienia i odpowiedzialności za podejmowane krzywdzących człowieka decyzji.

Mam dla nich jedną cenną radę:

Jeśli bezsenną nocą, wyrzuty sumienia nagle nadejdą, a oczy nie będą chciały im się zamknąć do snu, polecam PLASTER.

*Plaster mentalny- myślenie w kategoriach podpisanych kontraktów, które określają konkretnie ilość, rodzaj wykonanych i refundowanych zabiegów. Myśli o dopasowaniu się do wymogów kontraktu, zaważają na decyzji o sposobie i jakości opieki i leczenia.

Histeuria

Cudny czas lata. Pogoda, choć mocno mokra, nie jest w stanie mnie powstrzymać od nawiedzana miejsc wyjątkowych pod różnym względem.
Słowo realia, jednoznaczne tutaj ze „skrzeczącą rzeczywistością”, to chleb codzienny. Remonty drogowe, czy inne rodzime absurdy, zwykłe codzienności przestały już dziwić. Odpowiednie nastawienie psychiki w podróży wystarczy, aby gładko i w miarę bezstresowo przebrnąć przez korki drogowe i umysłowe.
*
Kazimierz nad Wisłą. Miasteczko sławne z niepowtarzalnej atmosfery, zabytków i festiwali. Nazwę Kazimierz nadały, primo,  norbertanki na cześć swojego dobroczyńcy Kazimierza Sprawiedliwego, który przekazał im we władanie te tereny. Secundo, Kazimierz Wielki wzniósł tu obronny zamek którego ruiny, na malowniczym wzgórzu można podziwiać po dziś dzień.
W pełni wakacyjnego sezony przez uliczki przepływają tłumy zawiedzionych turystów. Najważniejsze zabytki miasta, zakryto rusztowaniami i płachtami, zagrodzono zabraniając wstępu.
.
Ruiny Zamku w Kazimierzu Dolnym, lipiec 2011

Ruiny Zamku w Kazimierzu Dolnym, lipiec 2011, widok od strony  wieży
Wieża widokowa w Kazimierzu Dolnym, lipiec 2011
Kościół farny, Kazimierz Dolny

Bez zbędnego komentarza także należy zostawić Świątynię Sybilli w Puławach, którą miałam ochotę obejrzeć po raz wtóry, oraz obiekt położony w ogrodzie Czartoryskich tuż obok.

Puławy, Świątynia Sybilli

W lipcu przejeżdżałam przez centrum Rybnika. Niestety, przy nie najgorszym zmyśle orientacji, jako takiej znajomości miasta, stanęłam jak wryta, bez pomysłu przejechania przez miasto.

Amok remontów drogowych najwyraźniej zaślepił kogoś, kto decyduje o kolejności napraw drogowych, bądź też nie ma przyjemności bywania w tym bądź co bądź uroczym mieście. Gdyby bywał z pewnością stanąłby na jednym z licznych rybnickich rond i rozpłakał się jak dziecko, jako i ja. Zamkniętym drogom towarzyszą nieczytelne pomarańczowe znaki. Jedne pokazują objazd, kolejne, wprost przeciwnie, bądź też wcale nic nie wskazują, bo są poprzekreślane. Według ich oznakowania, co najwyżej pies trafił wielokrotnie do swojego ogona.
Rybnik w lipcu. Czerwony-remontowane drogi, zielony-trasa przelotowa.

*
Wciąż się dziwię czemu remont nie można robić poza szczytem sezonu turystycznego? Jeśli już konieczne są renowacje natychmiastowe, to, czy nie można robić tego z głową i na tyle estetycznie, na ile miejsce i zabytek ten zasługuje? Kto to wszystko tak genialnie wymyśla?
Dziwię się, dlaczego remonty dróg robi się tak złośliwie i bezmyślnie, aby zatkać drogi alternatywne?
*
Dzięki funduszom europejskim, znajdują się pieniądze na tak palące potrzeby, jak drogi czy ratowanie naszych wspaniałych zabytków, dziedzictwa narodowego. Gdyby nie one, większość pomniejszych zabytków niszczałaby.
 Z pewnością byłby ogromny problem znalezienia środków w innym worku. 
Zastanawia mnie  sposób realizacji zamierzonych przedsięwzięć i klucz jakim posługują się osoby decydujące o terminach i sposobach realizacji. Czy jest to bezmyślność, czy celowe działanie, aby renowacje i remonty odbywała się w szczycie sezonu…
Ciągle sama przekonuję się, że powinnam się z tego powodu cieszyć i cieszę się od kilku lat. Cieszę się z permanentnego remontu i korków na autostradzie, bo jak wyremontują, to będzie cudowna jazda. Cieszę się z korków w każdym odcinku naszej pięknej Polski, bo już niedługo będzie można jeździć po wyremontowanym. Cieszę się z kolejek w urzędach, bo za to spotyka mnie, bardziej niż kiedyś, uśmiechnięta twarz urzędnika. Cieszę się z wszelkich utrudnień, zwężeń, remontów jakoby ta baba, która w domu miejsca nie miała więc kupiła sobie kozę.

Cieszę się z wysokiego kursu Franka, bo kiedyś musi spaść na łeb, co to będzie za radość… Cieszę się że jest źle, bo wciąż wciskają nam z uśmiechem na ustach, że przejściowo i że musi być gorzej, żeby było lepiej.
Żeby się pocieszyć włączam telewizję, w której mnie uspokoją, że Polakom żyje się lepiej, na co przedstawią znów odpowiednie wykresy.
Cóż wiec robić, „jutro będzie lepiej, hop siup”.

Belle epoque

Straszny ze mnie malkontent i cyniczny typ. Nic mi się nie podoba. Począwszy od ogłupiających reklam w telewizji, poprzez współczesny język i pseudo-kulturę, a raczej jej brak, skończywszy na zaniku wszelkich form grzecznościowych. Tak boli mnie ta pauperyzacja.
Odarte do nagości dziedziny życia, pozostają szare i brzydkie, jak często spotykane twarze pijaczyn, wykrzywione w gombrowiczowskim stylu.
Na ulicach zbyt wiele Gombrowicza i Orwella, a za mało Leśmiana, Lechonia, Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Staffa …
To nieuniknione, świat się zmienia. Ale dlaczego tak strasznie brzydnie?
 *
Jesteśmy w wielkim błędzie, jeśli uważamy naszą współcześnie epokę za prekursora wyzwolonego seksu. My tylko wymyśliliśmy jego brzydotę. Brzydka prawda i piękny fałsz, oto podstawowa różnica dzieląca nasze światy. 
*
Nie trzeba długo charakteryzować tego elementu naszego życia. Każdy, aż nazbyt dojmująco odczuwa wszech-panujący kult seksu. Ulice, szkoły, sklepy, gazety epatują bezwstydną nagością, czyniąc ją zwyczajną. Trudno jest nie zauważyć ogromnych bilbordów z półnagimi modelkami, filmów ociekających erotyką, w wielu przypadkach w złym guście. Współczesne trendy mody odzierają kobiety i mężczyzn z tajemniczości. Każą odsłaniać coraz więcej i więcej, nie pozostawiając nic, co by mogło być alkową ciała i duszy, dostępną tylko wybranym. Nic, co by mogło stać się przyczyną podniety i ekscytacji, źródłem domysłów i marzeń. Wszystko to staje się tylko przedmiotem niezdrowej i krótkotrwałej, konsumpcyjnej chuci.
*
W związku z ciągłym przesuwaniem granic dopuszczalnej, „publicznej erotyki”, oczywistym staje się fakt, że siła przyczyn podniety, musi być zdecydowanie większa. Wrażliwość na tą sferę nie jest już tak ogromna, przez co granica wolności musi wciąż się przesuwać naprzód. Podnieta staje się cenną, poszukiwaną i uzależniającą używką, która stale wymyka się z rąk. Aby jej sięgnąć, wynajduje się wciąż mocniejsze doznania.
Przez to, sfera intymna współczesnych, staje się smutnym wyścigiem, całkiem poważnym i profesjonalnym, według porad i podręczników, z migającym telewizorem w tle. To takie smutne. Oznaczać to może, że ludzkość wpada w zastawione przez siebie sidła wolności seksualnej.

*

Jeszcze nie tak dawno, w okresie międzywojennym, ten sam temat był towarzyskim tabu. 
„O tym się nie mówi, to się robi”, dewiza ta obowiązywała każdego prawdziwego gentlemana. Pomimo tego, nie brak było licznych, prawdziwych lub nie, plotek rozgrzewających wyobraźnię i atmosferę towarzyskich salonów. Jednak wszystko miało swój wyrafinowany smak i tajemnicę. Nikt tak naprawdę nie znał do końca romansowych powiązań, chyba, że zadeklarowali je sami zainteresowani. Tajemnica trwała za przyczyną dyskrecji mężczyzn i wstydliwości (jak kto woli pruderii) kobiet, li też poważnej dbałości o swoje związki oficjalne i opinię.
Sztuka uwodzenia istniała. Była wykwintna i rozbudowana. Stała się subtelną, rozpalającą zmysły grą. Trwała czasem zbyt długo, jak na współczesne gorące głowy, a nagroda w ostateczności mogła okazywać się wątpliwa. To nie miało znaczenia. To był, paradoksalnie, bez-parytetowy świat zdobywców obu płci. Bo zdobywanie było jak smakowanie wykwintnego dania. 
Nie dzisiaj wymyśliliśmy niekonwencjonalność i rozwody. Nasi przodkowie dużo śmielej myśleli o swoim intymnym życiu niż chcemy to przypuszczać. Prababcia to nie tylko zacna matrona ze zdjęcia w sepii- to również kobieta z krwi i kości, która przeżyła swoją młodość, być może radośnie i z „pieprzykiem”. Zachowując przy tym należytą dyskrecje i intymność swojego związku, ale co najważniejsze,  z fantazją.

Dwudziestolecie międzywojenne obfitowało w gorące, burzliwe związki wśród polityków, arystokracji i elit kulturalnych, ale też wśród zwykłych ludzi. O tych ostatnich wiemy najmniej.
Zofia Nałkowska prowadziła interesujące życie. Po zrzuceniu jarzma dwóch nieudanych związków, przeżywała burzliwe romanse, czasem z partnerami młodszymi o dwadzieścia lat, między innym z Bruno Shulzem. 
Podobnie Magdalena Samozwaniec, satyryczka, siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wyszła ponownie za maż za partnera, młodszego od siebie o dwadzieścia lat. 
Siostra- poetka zaś, trzykrotnie mężatka, nie pozostawała wierną żoną, przeżywając wciąż zawody miłosne.
Hanka Ordonówna, znana gwiazda przedwojennych kabaretów i filmów wiodła wolne życie artystki. Małżeństwo z hrabią Tyszkiewiczem, nie mogło zmusić jej do wierności. Legenda Ordonki przetrwała do dziś. Jej fascynująca osoba rozpalała męską wyobraźnie. Choć bywały ładniejsze i zgrabniejsze od niej, to żadna nie nosiła w sobie tej gorącej tajemnicy.
Fryderyk Jarosy uwielbiał kobiety, a one szalały za nim. Pomimo małżeńskich więzów, nie pozostawał obojętny na wdzięki płci przeciwnej, trwając w ślubnym związku, z przekonaniem, że rozwód byłby niegodziwością. 
Boy Żeleński wraz z żoną, swoje małżeństwo, zdefiniowali na swój sposób, dając sobie przyzwolenie na wielką intymną swobodę. Zawsze do siebie wracali. Dla związków nietradycyjnych również znalazło się miejsce w „belle epoque” –Szymanowski, Lechoń, Iwaszkiewicz pozostawali w związkach homoseksualnych.
Żadnego środowiska nie omijały takie wydarzenia. Skandale przenoszone pocztą pantoflową były równie pikantne jak dziś, a może nawet jeszcze bardziej interesujące. Niestety, wiele z nich, umotywowane utratą honoru, kończyły się dramatycznie. 
*
W porównaniu tych dwóch światów, można orzec, że zasadniczo nic się nie zmieniło. Ludzie pozostają tacy sami, ze swoimi wadami i zaletami, namiętnościami i pragnieniami. Zmienia się rzeczywistość, ale szala, w mojej opinii przechyla się na korzyść epoki poprzedniej. 
Brzydota naszego świata, wyzucie z tajemnicy, piękna, subtelnej romantyki, zubożało nas do kości. Ogólnodostępny świat mediów, na stałe podłączył nas do obrazów, które kiedyś chciano wyobrażać sobie i powtarzać wstydliwym szeptem na ucho. 
Wypruto wnętrzności intymnemu światu, wsadzono do szklanego słoja i udostępniono na widok publiczny.
Anatomicznie i szczegółowo rozpracowano technikę bliskich relacji partnerów, kradnąc im twarze i dusze. Młodym umysłom zaprogramowano techniki, medyczne formułki.
Zatruto ich psychikę obrzydliwymi szczegółami odzierającymi z subtelności i tkliwości, odbierając im niewinne pierwsze zadurzenie .Bo nie nadało się mu  należnego  znaczenia. 
Zapominając o najwyższych przymiotach człowieczeństwa, młodym daje się wciąż mniej romantyki, coraz więcej techniki.

Oto co dzieje się z naszym światem- „robotyziejemy”





Bezwarunkowa

W naszych czasach bardzo łatwo jest uzyskać miano szaleńca czy oszołoma. Wystarczy, że zrobi się coś innego niż wszyscy, lub coś co według powszechnej opinii jest głupie, czy wstydliwe.

*

Ten początek wakacji i zakończenie roku szkolnego był tak samo nudny jak i każdy inny. Podziękowania, rozdawanie świadectw i tak dalej. Wiadomo jednak, że na początek każdej uroczystości, jest część bardzo oficjalna. Śpiewany jest hymn. Modą jest, całkiem dla mnie niezrozumiałą, żeby hymn Polski nie śpiewać lecz burczeć pod nosem z niechęcią.

Rodzicie, którzy przyszli na zakończenie roku szkolnego zachowywali się podobnie. Komenda -do hymnu- nie zrobiła na nich większego wrażenia. Młode mamy w ferworze dyskusji i oglądania się na boki, w poszukiwaniu obiektu do dyskusji, nawet nie zauważyły wezwania dyrektora.
Panowie stali z rękami w kieszeni, inne kobiety siedziały, zainteresowane zdjęciami, które właśnie zrobiły.
Generalnie, nikt z dorosłych nie zauważył, że śpiewany jest nasz dumny Hymn Narodowy, który kiedyś śpiewano z zapartym tchem i pełną piersią. Tak się zmieniły czasy.

Ale co z tym oszołomem? Ano nic. Sympatyczne mamy nareszcie znalazły sobie wdzięczny obiekt na „tapetę” w mojej osobie. Powodem było moje dziwaczne zachowanie. W czasie hymnu stałam na baczność i śpiewałam. Nie jakoś wyzywająco- tak po prostu. Jednak spotkałam się z drwiącymi uśmieszkami osób dookoła.

W tym momencie nasunął mi się obraz: amerykański mecz piłki , przed którym wszyscy na trybunach wstają, mężczyźni zdejmują czapki ( niejednokrotnie ciężkie, bo z pojemnikami piwa), składają je na piersi i śpiewają głośno, wyraźnie i dumnie. Można mieć ich za wzór obywatelskich postaw.

A u nas? Naród tak ciężko doświadczany, walczący o przetrwanie nareszcie mógłby śpiewać, ale już nie chce. No więc ja jestem oszołomem, bo chcę.

*

Jest to paradoks na skalę światową. Co w nas takiego drzemie, że ten kraj pełen jest sprzeczności i przekory. Tyle lat zajęło nam wywalczenia sobie tożsamości, przywilejów i demokracji, a kiedy już to wszystko jest, to z tego nie korzystamy.

*

Przywilej głosowania w niezależnych wyborach jest najwyższym osiągnięciem demokracji. U nas, całkiem od niedawna. Z tego przywileju aż chciałoby się korzystać, również w poczuciu obowiązku wobec państwa, w którym przyszło żyć.

Za to głosowanie poza miejscem zamieszkania wymaga nie tylko chęci, ale i determinacji. Wszystko jak zwykle przez skrzeczącą rzeczywistość. Kolejki w urzędach do okienka, gdzie wydaje się zaświadczenia są podobne do tych w mięsnych lat osiemdziesiątych, kiedy spodziewano się, że rzucą polędwicę.
Wielu z potencjalnych wyborców to zniechęca, czemu się absolutnie nie dziwię. Podejrzewam, że z wyjazdu nie zrezygnują, a z głosowania i owszem. Czyżby państwu nie zależało na tym by obywatele głosowali?

*

Obowiązek obywatela wobec „opiekującego„ się nim państwa jest powszechny. Stanie w kolejkach i skrzywiona twarz niezadowolonej i wyniosłej urzędniczki jest bonusem i „nagrodą” za spełnienie obywatelskiej powinności, bo inne profity trudno dojrzeć. Bo gdzie? W szpitalu, szkole, a może w urzędzie?
Wiem!! Pewnie w galerii handlowej!!

*

Analizując wielką niechęć śpiewania hymnu, dochodzę do wniosku, że jest to syndrom, rodzaj podświadomego protestu ludzi wobec otaczającej nas rzeczywistości.
Dojmujące poczucie wyzysku, braku opieki i elementarnej troski o słabych, nie pozwala na czucie się dumnym obywatelem. Trudno jest bowiem unieść się ponad codzienne życie, ku wznioślejszym wartościom, jeżeli po opłaceniu podatków i ubezpieczeń społecznych, pozostaje jedynie mała garść grosza na powszednie potrzeby.

Płacenie podatków i ubezpieczeń jest poczytywane jako przymus i nieuzasadnione zdzierstwo, bo nie wynikają z tego właściwe rodzaje państwowego rewanżu.
Poczucie, że obowiązek ten jest jednostronny, a podatki są wrzucone w kasę państwową jak w studnię bez dna, daje poczucie krzywdy, a nawet złości.
Wobec takiej argumentacji, rodzi się we mnie zrozumienie do postaw moich sfrustrowanych rodaków. Bo codzienność nazbyt ich przygniata.

*

Historia jednak dowodzi i oby nie musiała nigdy więcej, że w Polakach kotwiczy miłość bezwarunkowa. Bo łatwo jest być patriotą w czasach dobrobytu i pokoju. Śpiewać pochwalne hymny na cześć obficie karmiącej ręki. Miłość warunkowa jest prosta i nieskomplikowana, choć bardzo nietrwała i kapryśna, ale też zdrowa dla obu stron. Ona to opiera się na wzajemnym świadczeniu i homeostazie pomiędzy prawem a obowiązkiem. Jej byt warunkuje zasada: przywilej wykorzystać, obowiązek wypełnić, prawa oczekiwać.
W podstawie naszego bytu leży genetyczna miłość bezwarunkowa. W niej jest siła, ale też trudny niesprawiedliwy los. Na niej bazują rządzący. Także na tym, że nie mamy innego wyjścia, a to już jest bardzo nie w porządku.

Fot. źródło:
ourpreciouslamb.wordpres.com

Bilecik

Znów musiałam pójść na pocztę. Takie eskapady wprawiają mnie w zły humor. Zwykle wiem, co tam zastanę. Dostałam bilet 657. Przede mną do okienka było dwadzieścia osób. W sumie nie tak źle, bywało gorzej, ale miejsca siedzące zajęte były przez emerytów, którzy zawsze mają czas. Młodzi, niecierpliwi zwykle wychodzą i co 5 minut wracają ( dzięki temu wietrzą) by zobaczyć jak posunęła się kolejka. Spokojnie mogliby sprawdzać co 15 minut.

Zadziwiającą właściwość mają panie w okienku. Odnoszę wrażenie, że kryterium doboru pracowniczego, jest prędkość obsługi klienta. Im wolniejsza i flegmatyczniejsza, tym lepsza. Na marginesie, płace tych pań, nie zachęcają do gorliwości i szybkości. W końcu nie dostają procentu od załatwionych klientów. Więc spokojnie mogą sobie klepać jednym palcem w komputer, pochuchać na pieczątkę, zmienić datę w pieczątce, spytać koleżankę, szukać znaczka, kaligraficznie wypisywać świstek. 0statni bastion poprzedniego systemu. Tu kolejki nigdy nie zawodzą, bez względu na porę dnia.

Każdy kto tu przyjdzie, marzy, żeby poszło jak najszybciej. Złości się, jak petent przy okienku marudzi, a gdy sam stanie, przestaje mu zależeć na szybkości. Ze złośliwą satysfakcją celebruje moment pobytu przy okienku. Adresuje koperty, szuka pieniędzy w portfelu, liże znaczek, rozglądając się z satysfakcją na boki. Zapomina, że przed chwilą zgrzytał zębami na podobnie zachowującego się samoluba.
Niestety zrobiłam podobne, wypisywałam kopertę, polecony, poprosiłam o zwilżenie gąbki do znaczków, a kiedy wychodziłam, odprowadzały mnie nienawistne spojrzenia numerków od 657 w górę. No i na kogo ja się złoszczę? Na siebie przecież się złoszczę!

Istnieją jeszcze klienci, a ta grupa jest najbardziej dokuczliwa, którzy uważają, że kolejki ich nie dotyczą. Oni przecież chcą tylko spytać, bardzo się spieszą itp. Podchodzą do okienka, kiedy zwykły kolejkowy stacz straci czujność. Są przy tym impertynenccy, roszczeniowi i bardzo pewni siebie. Ten ich tupet sprawia, że często są puszczani po za kolejnością za przyzwoleniem ogółu.

*

Bileciki dostają wszyscy bez wyjątku. Na poczcie, w banku, urzędzie, kinie, samolocie, autobusie, na parkingu, w przychodni. Jednym słowem wszędzie. Ma to na celu wprowadzenie porządku społecznego, zapewniającego uśredniony komfort. Powszechna niechęć do bilecików, skojarzonych z pewnego rodzaju usługami jest co najmniej dziwna.

Często dominuje tu chęć uzyskania poza biletem, czyli usługą dostępną dla wszystkich, czegoś więcej niż bilet przewiduje, a wiec specjalnego potraktowania. Tam gdzie są kolejki, załatwienia sprawy, jako priorytet. W teatrze, dostania loży dla VIPów. W urzędzie, pozytywnie rozpatrzonej sprawy od ręki. W autobusie miejsca siedzącego. W banku wyjątkowo niskiego kredytu. W sklepie indywidualnej bonifikaty. Gdy policjant złapie na przekroczeniu przepisów drogowych, ze względu na tysiąc wyjątkowych powodów przedstawianych z wyjątkową pomysłowością, oczekuje się specjalnego potraktowania w postaci braku mandatu. A wszystko to dlatego, że człowiek chce się czuć wywyższony ponad innych, jedyny i wyjątkowy.
Świadomość ustawiania nas w socjalnej równości jest nie do zniesienia, co potwierdzają powyższe, tylko wybrane przykłady.

Istnieją jednak przywileje, które wywyższają niektórych spośród nas. Ideałem jest, aby najbardziej godni z nas, zasłużeni i mądrzy, otrzymywali mandat, który jest zaszczytem i nobilitacją. „Mandat społeczny” to skroplone zaufanie do człowieka wybranego i wyjątkowego .

Tymczasem ów „mandat” otwiera wszystkie drzwi, rezerwuje wszędzie najlepsze miejsca, załatwia sprawy poza kolejnością, rezerwuje wygody, luksus, daje prawo czucia się lepszym i ważniejszym, często bezkarnym. Takie pojęcie „mandatu społecznego”, ku mojemu ubolewaniu, staje się niejednokrotnie jego istotą i najwyższą wartością jego posiadania.

Najważniejszym spośród takich wyróżnień jest „immunitet”, który w założeniu ogólnym, daje nietykalność. Powstanie takiego przywileju, w prostym pojęciu, dało jego posiadaczowi ochronę przed ludźmi i prawem. Dało gwarancję niezależności działania określonym osobom. Co jest mocno uzasadnione i konieczne w demokratycznym społeczeństwie. Czemu zatem „immunitet” kojarzy się często ze słowami- „ponad prawem” i „bezkarny”? Co tu nie gra?

W tym wszystkim chyba zawodzi człowiek, jego próżność i egoistyczna chęć wywyższania się ponad innymi. Słabość człowieka w tych eksponowanych wyróżnieniach jest tak boleśnie widoczna i dojmująca.

Oto mądre i dobre założenia demokratyczne, wykrzywiają się na kształt gombrowiczowskiej gęby.
A my, zwykli, grzeczni kolejkowicze, wybieramy się po rozum do głowy, jak sójka za morze. Tam nie ma kolejek. Zamiast pomyśleć, wolimy, aż ktoś wtłoczy nam do głowy gotową, grzecznie ułożoną myśl, sformułowaną przez prężnego socjotechnika. Orwellowski świecie odejdź!

PLASTER


Zepsuł mi się ciśnieniowy ekspres do kawy. Taki starodawny zaparzacz, sprzedawany w „Pożegnaniu z Afryką”. Istotną część zaworu ciśnieniowego, który gdzieś przepadł, zastąpiłam, z powodzeniem, łyżeczką do herbaty.
Wspaniały patent, i nie musiałam wydawać pieniędzy na naprawę.
Zdziwiłam się, gdy po obejrzeniu mojego znakomitego wynalazku znajomy powiedział mi, że właśnie dlatego, w Polsce, nie powinno być elektrowni atomowych.
-Co ma piernik do wiatraka?

***
Wydawało mi się, że jestem zaradna i oszczędna, nawet byłam dumna ze swojej pomysłowości. Pominęłam tylko straty energii na wadliwym zaworze. Nie uzmysłowiłam ich sobie po prostu. Koszt naprawy okazał się wielokrotnie niższy, niż straty energii spowodowane wadliwym działaniem sprzętu. Ot i cała oszczędność.
Jako społeczeństwo, jesteśmy mistrzami prowizorek. Mało tego, uważamy je za trwalsze od rozwiązań radykalnych i prawdziwie naprawczych.

***

Znając i wstydząc się powyższego, jak w „olśnieniu schizofrenicznym”, nareszcie zrozumiałam, jak wielką i niezastąpioną rolę, w naszych placówkach służby zdrowia, spełnia PLASTER.

Plaster, to nieocenione dobrodziejstwo szpitali i do tego bardzo tanie. Uniwersalność tego dobrodziejstwa jest wprost nie do uwierzenia i nie do ocenienia.

Służy do zabiegów specjalistycznych. Przykleja się nim dreny, rurki intubacyjne, worki, kabelki od aparatury, zasłony na stole operacyjnym, oznacza się narzędzia ( te niejałowe) i leki.
Okleja rany pooperacyjne i nie tylko. Uszczelnia ssaki, maseczki tlenowe, nieszczelny sprzęt, cieknące płyny w butelkach. Używa się go do montażu sprzętów szpitalnych. Udoskonala nim niedoskonałe urządzenia.

W zapleczu szpitalnym okleja się wanny, naczynia do sterylizacji, pakiety i zestawy zabiegowe, oznacza się pobrane preparaty i materiał do badań. Plastrem zakleja się nieszczelne okna i wiejące dziury na salach chorych. Domyka się niedomykalne okna, zawiesza kroplówki ( chociaż tu, plaster ustępuje kolejnej zdobyczy techniki-bandażowi). Okleja wenflony, opatrunki, okłady, kompresy.

W toaletach, wdzięcznie służy jako gazetka ścienna z lakonicznymi informacjami dla pacjentów typu: „nieczynne”, „nie kąpać się w wannie”, „prysznic tylko przed wizytą”, „tylko dla personelu”.

Służy jako etykiety do leków i kroplówek, jako zamknięcie do szafek z lekami, jako zakładka do dokumentacji, jako uzupełnienie ubioru personelu ( zamiast guzika), jako identyfikator, jako znacznik w kalendarzu, jako niezastąpiony łącznik rzeczy rozdartych, rozpadniętych, rozerwanych, rozklekotanych, zużytych i generalnie pamiętających czasy, kiedy elementem scalającym cegły były jajka.

Smutną rzeczą jest to, że w latach dziewięćdziesiątych, w szkołach medycznych uczono personel zaradności właśnie taką uniwersalną metodą: Nie wiesz co robić? Użyj plastra. Wtedy było to może uzasadnione, ale stan taki nie może trwać w XXI wieku.

Tę smutną prawdę naszych czasów trudno pozostawić bez komentarza. Można się śmiać, można dyskutować, ale co dalej?

Sytuacja się zmienia, kiedy ty sam leżysz na stole i masz świadomość, że właśnie przystępują do ciebie skądinąd bardzo zdolni, wykształceni i mądrzy , ale w wielkim stopniu, ograniczeni w swoim działaniu lekarze.
Ograniczenia są spowodowane nie tylko ubogością sprzętową, ale również plastrem mentalnym*, który to na ich umiejętności i fachowość nakleja wszechwładny urzędnik funduszu.
Tak w ten sposób młodzi, zdolni i sfrustrowani lekarze, ze związanym rękoma, wyjeżdżają za granicę. Nie tylko by godniej zarabiać, ale by godnie pracować, wykorzystując wszelkie możliwe środki i sprzęty, oraz swoją wiedzę do ratowania ludzi.

A sytuacja u nas w kraju pozostaje bez zmian. Chorzy, cierpiący, starsi, ale też i młodzi, biedni ludzie, powiązani plastrem czekają dobrej nowiny. Czekają na rzetelne leczenie, na wyrok i szczęście w nieszczęściu, że ich choroba jest w spisie chorób, których leczenie jest refundowane. Czekają na decyzję urzędnika, czy pacjent będzie mógł być leczony czy nie. Czy jego stan rokuje powrót do produktywności sprzed choroby, by mógł ponownie być przydatny jako podatnik.

Tu, niemający nic wspólnego z medycyną urzędnicy, stają w roli boskiej, decydując na papierze o życiu ciężko chorych ludzi. Tłumacząc się przepisami i prawem, zwalniają się z odpowiedzialności i uwalniają od wyrzutów sumienia.

Mam dla nich jedną cenną radę:

Jeśli bezsenną nocą, oczy nie będą chciały im się zamknąć do snu, polecam PLASTER.

*Plaster mentalny- myślenie w kategoriach podpisanych kontraktów , które określają konkretnie ilość, rodzaj wykonanych i refundowanych zabiegów. Myśli o dopasowaniu się do wymogów kontraktu, zaważają na decyzji o sposobie i jakości opieki i leczenia.

Marczaki

Pewna kobieta w okresie wiosennym, zamykała swoje koty w kojcu. Sąsiad, zagorzały wielbiciel zwierząt domowych, któremu nie podobało się postępowanie kobiety, doniósł na nią do Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami.
Wezwane z donosu towarzystwo, przyszło na kontrolę. Polegała ona na sprawdzeniu stanu zdrowia zwierząt, ważności szczepień, warunków bytowych. TONZ nie stwierdził żadnych uchybień w opiece nad kociakami. Zwierzaki były czyste, nakarmione i napojone. Na noc zawsze były wprowadzane do domu.
Jedyną ich nie dogodnością, jaką znosiły, było zamknięcie w dość dużym kojcu. Na pytanie, kontrolera, dlaczego zamyka biedne kotki w kojcu, starsza pani odpowiedziała krótko:
-No przecież wiosna!

***

Pomijając niesamowitą urodę, zwinność, wart podziwu charakter, sympatyczność, kot jest drapieżcą. Jest zwierzęciem, co charakterystyczne dla drapieżników, ciekawskim, wszędobylskim, a przede wszystkim posiada instynkt łowcy. Wypuszczany swobodnie, spędza czas na snuciu się po okolicy i wynajdywaniu sobie ciekawych zajęć. Głównym z nich jest polowanie. Jakież wspaniałe czasy nadchodzą dla kotów…

***

W marcu rodzi się pierwszy miot zajęcy. Rozpoczyna się okres godowy wielu ptaków, trwający do lata. Wiele ptasich gatunków gniazduje na ziemi lub w niskich krzakach, ale przecież i drzewo nie stanowi dla kota żadnej przeszkody.
Wszystkie te młode, dziko żyjące zwierzaki padają łupem naszych domowych pupili.

Kot nie jest jedynym „wtórnym drapieżcą”. Wdzięcznie pomaga mu domowy „Burek”, którego ukochana „pancia” bezmyślnie puszcza na pole.
Domowe zwierzaki nie polują z głodu, bo to można by było zrozumieć. Polują z samej uciechy i nudy.

Bezpańskie i pańskie psy puszczane wolno polują na zające, przepiórki i kuropatwy ( to rzadkość z samej ich liczebności o innych gatunkach już nie wspomnę bo czy ktoś widział dropia), bażanty. Gonią sarny. Przestraszona sarna, zaraz po porodzie, zostawia swoje młode i do niego już nie wraca. Swoje maleństwo pozostawia łasce psich wujków.

***

Rodząca się przyroda, charakterystyczny zapach wiosennego powietrza, napełnia nas energią i wigorem. Rodzi się nowe życie. Wkrótce mamy zajęcze wyprowadzą swoje młode marczaki na pierwszy spacer po polu.


Zadbajmy o to, żeby mogły wyprowadzać je w spokoju. Okazujmy miłość nie tylko wybranym pupilom, ale także tym, których wolność i dzikość nie rozpieszcza.

Trzymanie psa na smyczy, to nie barbarzyństwo, to głęboka świadomość istnienia życia wokół nas.

Granit


Sprawy życia doczesnego docierają także na cmentarz. Niewątpliwie umarłym nie robi to żadnej różnicy, ale żyjącym, wizja miejsca spoczynku spędza sen z powiek.

Cmentarz, o którym piszę, również dotknęła ta obrzydliwa rzeczywistość.

Kiedyś wyglądał cudownie, jak „mini Powązki”, „małe Rakowice”. Przecudny cmentarz w zacisznym miejscu, z kilkoma wiekowymi pomnikami i tak samo starymi drzewami. Znajdował się w cichej dzielnicy niewielkiego miasta. Bogaty drzewostan, okrywał siedzibę wiecznego spoczynku, czapą zieloności. W koronach drzew chowały się wiewióry i mnogość gatunków ptaków leśnych. Niejeden „romantyk” wymarzyłby sobie to miejsce, jako swoją przystań.

Zimą gołe pnie brzóz w słoneczny, mroźny, dzień, uśmiechały się do przechodniów. Wiosną pachniał bez i jaśmin, krzewy, które tam właśnie rozkwitały najpiękniej.
Latem nigdy tu nie było cicho, koncert ptactwa trwał nieustannie od świtu do zmroku. Ale…
Liście spadające na wykwintne granity, korzenie wiekowych drzew, korzystające ze swoich odwiecznych praw, stwarzały potencjalne zagrożenie materialnej oznace pozycji społecznej żyjących.

Stało się to w ciągu roku.

W bezpośrednim sąsiedztwie cmentarza wybudowano ruchliwą drogę. Wycięto prawie wszystkie wiekowe drzewa lub przycięto je przy samym pniu. Obnażono stare, zabytkowe pomniki, smutno górujące nad innymi grobami, oraz granity pysznie błyszczące złotymi literami.

A „on” wygląda teraz jak więźniarka, której, wbrew jej woli, zgolono włosy. Już nie jest piękny. Jest kupą bogatego gruzu.
Trudno zgodzić się na świat bez piękna. Trudno zaakceptować niszczenie go dla pychy, wygody i komercji.
To już lepiej dać się spopielić lub spłonąć ze wstydu.

Granit jest jak ludzka próżność- zatwardziała, pełna ciemnoty i bezduszna.

(zdjęcia : www.kamienna.info)

Sroka

Zważywszy na powszechność występowania ptaków, zarówno w ilości jak i gatunku, logicznie, nabywam do nich określonego stosunku. Lubię je i pomagam przetrwać zimę, zwłaszcza tym najmniejszym- wróblom, sikorkom, kosom i szpakom, którym się nie chce odlatywać. W domu posiadam kanarka-wybitnego śpiewaka, którego wyleczyłam z ciężkiej choroby.

Kiedyś pewnego dnia wiosny, zawitała na mój balkon para gołębi w amorach. Zasiedliły doniczkę, którą przeznaczyłam na inne cele. Przeganiałam je możliwie jak najczęściej z powodów bardzo przyziemnych, a znanych wszystkim powszechnie. Niestety gołębie były nieustraszone i zdeterminowane w walce o M1. Przestałam je przeganiać, kiedy pojawiło się jajko, a potem drugie.

Zupełnie nieoczekiwanie, stałam się członkiem gołębiej rodziny. Dwa maluchy rosły jak na drożdżach, dokarmiane przez zdumiewająco troskliwych rodziców, którzy okazywali swoje gołębie serce nie tylko dzieciom, ale i sobie nawzajem. Ta sielanka mogła trwać cały czas, gdyby nie napaść bandy srok podczas nieobecności dorosłych. Banda ta poszarpała oba pisklaki, zadając im ciężkie rany. Dla jednego okazały się śmiertelne w ciągu kilku godzin.

Rozpacz gołębi, które zastały skutki krwawej jatki w gnieździe, była ogromna i wyraźna dla wrażliwości ludzkiej. Mój mały, drugi i jedyny pisklak żył, ale cierpiał i nic nie można było zrobić, a sroki krążyły czekając na następną okazję. A ja zza firanki pełniłam wartę. Odbyłam nawet konsultację ze śląskim hodowcą gołębi. Należało czekać i pozwolić naturze działać.

Warowanie przy oknie było dość uciążliwe, dlatego zbudowałam domek z pudła po telewizorze. Sroki już nie mogły nic zrobić. Mój Ogryzek wyrósł na zdrowego gołębią, ale bez piór na łebku i grzbiecie. Przyfruwa czasem na balkon. Zawsze go poznaję.

*

A sroki, obrzydliwe drapieżniki, któż może zaradzić ich brutalności i perfidii działania? Nikt!-Posiadają immunitet- działają w majestacie prawa i pod jego ochroną- eleganckie ptaszki w galowym stroju.

„Ekolodzy” wymyślili, że srokom należy się sztuczna ochrona, a te niszczą w sposób zastraszający i rozmyślny wróble, drobne ptaki śpiewające, młode wszelkiego innego ptactwa, zdarza się, że polują na wiewiórki. Zakłócając tym samy odwieczne i najważniejsze prawo równowagi. Skąd się bierze ten nadzwyczajny przywilej tego „nadptactwa”? Z praw niesłusznie, nazbyt szybko i bezrozumnie przydzielonych.

Sroka zaś, świadoma swojego immunitetu, staje się wyrafinowana w swojej bezkarności. Coraz bardziej bezczelna i pyszna, okrutna i pogardliwa. Staje ponad prawem, w imię swojego „świętego prawa”, z którego korzysta konsekwentnie wbrew rozumowi, naturze i przyzwoitości.

*

I znów pozostaje czekać, aż nieomylna Temida wyrówna swoje szale i sprawiedliwości stanie się zadość.

Powiedziałam Temida?

- Miałam przecież na myśli Naturę .