Zrozumieć przedwojenne kino.

 

Screenshot_3

Logo popularnego programu prowadzonego przez Stanisława Janickiego w latach osiemdziesiątych

Nastała epoka super kina. Wysoka technika przerosła nasze oczekiwania. 3 D, HD, Dolby S. i takie tam „czary mary”. Obraz najwyższej jakości zastąpił wyobraźnię widza. Niesamowite ujęcia, pomoc zaawansowanej techniki komputerowej pomagają stworzyć sugestywne obrazy, w które można łatwo uwierzyć i zatracić granicę pomiędzy jawą a fantazją. Oczywiście technologia w niesprawnym ręku obnaża spore niedociągnięcia; krostkę na nosie, włos w zupie i niedopracowaną scenografię. Jednocześnie daje wiele niezapomnianych wrażeń. Trzeba to szczerze przyznać.

Tymczasem początki kina odchodzą w zapomnienie, a klimat starych czarno-białych filmów pamięta coraz mniej osób. Sentymentalne niedzielne popołudnia lat osiemdziesiątych ze „Starym Kinem” Stanisława Janickiego to już tylko mgliste i ciepłe wspomnienie rozrywek PRLu.

Przy takiej technice jak obecna i poziomie artyzmu czym może wyróżnić się stara produkcja, a czym obronić? Jak przekonać młodych, że warto je oglądać? I jakie są przyczyny niezrozumienia przedwojennych produkcji?

Pierwszym powodem jest tragiczny stan starych kopii, które cudem zostały ocalone przed zniszczeniem. Przetrwały całą wojnę. Po jej wybuchu osoby, które miały dostęp do archiwów i poczuwające się do ratowania kulturalnej spuścizny, starały się ukryć jak największą ilość kaset. Byli to zupełnie anonimowi ludzie, którzy z narażeniem życia chowali taśmy po piwnicach lub wywozili za granicę. Przez pięć lat metalowe kasety, a w nich klisze narażone były na wilgoć, bakterie, grzyby, wybuchy, ogień i zwykły wandalizm.

Dzięki staraniom Filmoteki Narodowej odnaleziono lwią część dorobku. Niektóre z nich były w strasznym stanie. Z innych pozostały tylko fragmenty ( np. „Robert i Bertrand” z Dymszą i Bodo). Wielu z nich nie odnaleziono. Zwłaszcza filmów niemych. Taki był koszt ocalenia.

Efektem zniszczeń stały się obiektywne niedogodności w oglądaniu; przeskoki akcji, zupełne nieoczekiwane i niezrozumiałe spowodowane klejeniem i naprawami. Dalej zły dźwięk, zaciemnienie obrazu, oraz jego ubytki, niezborność dźwięku z wizją. To tylko niektóre techniczne mankamenty.

Screenshot_1

Zdjęcie zniszczonej kliszy: fot. Monika Supruniuk,
źródło: www.nitrofilm.pl

Gdy już się przebrnie przez te niedogodności, następują kolejne, tym razem innej natury.

Wygląd aktorów, jakże rożny od współczesnego, budzi zdziwienie i śmiech młodych. Większość nowego pokolenia przyjmuje go jako niezrozumiałą modę.

A wystarczy wiedzieć kilka faktów. W filmie niemym mimika grała bardzo istotną rolę. W zasadzie była najważniejszym narzędziem gry aktorskiej. Musiała wyrażać bez wątpliwości wszelkie uczucia. Ponieważ nie można było liczyć na żadne barwy prócz bieli i czerni, malowano twarze z przewagą tych kolorów. Malowano wszystkich, mężczyzn i kobiety, staruszków i młodych. Władysław Grabowski wspominał w jednym z wywiadów „My aktorzy, byliśmy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Nie mieliśmy wtedy żadnych tekstów, nie uczyliśmy się roli nikt nie słyszał wtedy o scenariuszach filmowych”. W realizacjach późniejszych, w latach trzydziestych, w filmach dźwiękowych aktorzy nie rezygnowali z bogatego „make upu”. Jeden z najbardziej znanych aktorów tego czasu, Eugeniusz Bodo bardzo lubił charakteryzację. Malował nie tylko oczy. Również usta, by były wyraziste. Adolf Dymsza, zwłaszcza w początkach filmów dźwiękowych również stosował mocny makijaż.

94c51b5661

Jadwiga Smosarska i Franciszek Brodniewicz w filmie „Dwie Joasie”. Film z późnych lat 30. Makijaż stracił na swojej intensywności

Najwspanialszym przykładem charakteryzacji lat dwudziestych są kreacje Poli Negri. Czarne, bardzo mocno malowane oczy dodawały głębi jej powłóczystemu spojrzeniu. Biała, porcelanowa skóra podkreślała grymasy ust. Miało to swój klimat i pozostało charakterystycznym dla kina tego czasu.

Pola_Negri_fot_Hulton_5851916

Pola Negri, fot. Hulton Archive/Getty Images/Flash Press Media
źródło: film.interia.pl 

Kolejnym ważnym elementem składowym klimatu starych produkcji jest gra aktorska, która współczesnym wydaje się przerysowana.

Pierwsze bardziej profesjonalne szkoły, gdzie szkolono w nowym zawodzie- aktora filmowego powstawały na początku lat trzydziestych. Nowocześni specjaliści oswajali adeptów z kamerą, wpajali techniki pracy na planie. Mimo tego gra aktorska wciąż przypominała teatralną, rozbuchaną, dynamiczną i pełną przerysowanych emocji. Wyglądała sztucznie i niejednokrotnie śmiesznie. Skąd się to brało? To proste. Przyzwyczajenia wyniesione z teatru pozostały. Artyści nadmiernie wyrażali swoje uczucia. Za bardzo gestykulowali. Krzyk zbyt często był narzędziem ekspresji. Tłumaczyć to należy niedojrzałością sztuki filmowej, nie dość ważną rolą reżysera oraz teatralnymi naleciałościami. Ostatni widz z balkonu musiał widzieć to, co działo się na scenie. A więc wyraźne gesty, dobra dykcja ( to akurat zaleta, która nie straciła na wartości) oraz świetna emisja głosu to były atuty ówczesnego artysty. Dość wolno te archaiczne maniery wygaszali filmowcy.

Nie trudno się domyśleć, że scenariusze nie były specjalnie wysokich lotów. W sumie, każda z historii mogła zostać opowiedziana, bo żadnej jeszcze nie opowiedziano na ekranie. Adaptacje Dołęgi-Mostowicza np. „Trędowata” albo Mniszkówny były kasowymi przebojami i cieszyły szczególnie damską część publiczności. Za to komedie zawsze były majstersztykiem sztuki komediowej bogatym w wysublimowany żart słowny ukraszany zapomnianym już szmoncesem. Jeszcze dzisiaj można doskonale się bawić przy lekkich dialogach oraz przy cudownie naiwnych perypetiach miłosnych komediowych bohaterów.



Wobec powyższych argumentów filmy przedwojenne stają się wyjątkowe i nabierają wartości historycznej. Każdy z nich przeszedł wojenną zaprawę, przetrwał wojnę i zyskały nowe życie. One same są już historią z wielu przyczyn. W tych filmach jest świat, którego już nie ma i nie będzie. Jest piękna, niezburzona, radosna i polska Warszawa, galicyjski i cichy Kraków, ryneczki nieistniejących już w tej postaci osad. Są autobusy, tramwaje, stare maszyny i praca ludzka. Są ludzie, o których już nikt nie pamięta. Jest moda współczesna, sposób noszenia i malowania, kunszt manier i pięknego słowa. Jest napawający nostalgią lwowski akcent i moda na dźwięczne „ł”. Uwieczniono tu prawdziwe modne wnętrza; wystroje pałaców, dworów, a także nowoczesnych mieszkań. Jak w maszynie czasu można cofnąć się i oglądać zależności i relacje społeczne, które zresetowała wojna. Wreszcie można dostrzec, jak niewiele, w sumie, zmienili się ludzie.



W obecnym czasie prace nad przedwojennym dorobkiem filmowym zintensyfikowano. Od 2006 roku istnieje szczytny projektKonserwacja i digitalizacja przedwojennych filmów fabularnych w Filmotece Narodowej w Warszawie”. Projekt zakłada konsekwentna restaurację ocalonych filmów.

Może kiedyś wszystkie filmy będziemy mogli obejrzeć w lepszej, zrekonstruowanej wersji.

Więcej o przedsięwzięciu : www.nitrofilm.pl



Zaproszenie z 1932 roku

CCF20140630_00000 CCF20140630_00001

Jednego dnia przyszedł do mnie Lonek Faliszewski, kolega z roku. Obaj studiowaliśmy w klasie dramatyczno-filmowej. Przyszedł i od razu, jak zwykle, było śmiesznie. Razem wyglądaliśmy przekomicznie. On wyglądał jak mała kuleczka z okrągłym brzuszkiem. Sięgał mi do piersi. Ja byłem dwumetrowym dryblasem. Na próbach klasyki, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, cała klasa śmiała się do rozpuku. Nie mogliśmy spokojnie skończyć, choćby kawałka z „Dziadów”. Sala zawsze wypełniała się dławionym śmiechem, a profesor zły i czerwony z powodu dużego ciśnienia kazał nam schodzić przedwcześnie ze sceny. Ani mojemu przyjacielowi, ani mnie nie wróżono wielkiej kariery aktorskiej. Chociaż Lonek zawsze był pewny tego, że będzie tak popularny jak Fertner. Gabarytami był do niego bardzo podobny. Miał także w sobie coś z wesołego usposobienia popularnego pana Antoniego.

Tym razem Lonek przybiegł z nowiną, że my, jako adepci sztuki będziemy zaproszeni na doroczny bal aktorów. Trochę nie wierzyłem w rewelacje mojego przyjaciela, który co rusz przybiegał z kolejną nowiną. Pamiętam, że kiedyś przybiegł zdyszany i krzyczał, że przyszedł Osterwa werbować do swojego teatru. Jedna z bardziej wrażliwych koleżanek aż zemdlała z emocji i musieli ją cucić. W końcu okazało się, że przyszedł pan kONSERWAtor uszczelniać okna.

Tym razem Faliszewski był wyjątkowo podniecony. Bił się w piersi i zarzekał, że widział imienne zaproszenia na bal. Postanowiliśmy zobaczyć je na własne oczy.

Lonek zawsze wiedział co gdzie się znajduje, a zaproszenia przez przypadek zobaczył w pokoju dyrektora. Postanowiliśmy sprawdzić prawdomówność naszego kolegi. Poszliśmy pod dyrektorski gabinet. Był zamknięty. Wpadliśmy na pomysł by wykorzystać lekko uchylone okno, które znajdowało się nad drzwiamy.

Kolektyw koleżeński stwierdził, że będę drabiną, bo najbardziej się do tego nadaję. Lonek miał się po mnie wspiąć. I rzeczywiście wszedł mi aż na ramiona. Koledzy śmiali się zamiast pomagać. Ten zaś, na moich ramionach, tak się kręcił, że pomimo mojej siły spadł łamiąc sobie obojczyk. Krzyk Faliszewskiego usłyszał jeden z naszych profesorów, który przybiegł z informacją, że Faliszewski nareszcie uzyskał prawidłową emisję głosu.

Złamany obojczyk i zamieszanie okazało się wcale niepotrzebne, bo zaproszenia były u woźnego. To zaproszenie mam do dziś. Był to mój pierwszy dorosły i wspaniały bal, na którym przyszło mi oglądać najwspanialsze sławy filmu i teatru polskiego. Widziałem wspaniałe kreacje znanych aktorek takich jak Maria Malicka, Lena Żelichowska, czy Mira Zimińska. Podpatrywałem sposób bycia na wielkich salonach. Najbardziej podobał mi się Władysław Grabowski, który bratał się z każdym, bez względu na jego pozycję w towarzystwie. Nawet wypiłem z nim „jednego”. Podziwiałem wielkie indywidualności przedwojennej Warszawy.

Czasem udaję, że tego nie pamiętam. Cudowny czas sprzed wojny głęboko wrzucam w niepamięć, jakby nigdy się nie zdarzył. Nowy świat, w którym się znalazłem po wojnie, to nie był czas dla tamtych ludzi z balu 1932. Nawet nie był to czas mojego przyjaciela Lonka Faliszewskiego, który powołany do wojska w 1939 roku, zginął w pierwszym miesiącu wojny.

Screenshot_2

Trubadur powstańczy- Mieczysław Fogg

 

M. Fogg

Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.

Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.

Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławnym chórze Dana.

Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.

Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno  104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”

Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.

Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował poniższą piosenkę Mieczysławowi Foggowi.

Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.

Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

Jak napisano „Czerwone Maki”

czerwone Maki

W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.

„Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli „za Polskę się bić”.  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich – mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.

Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:

Czerwone Maki na Monte Cassino

Zamiast rosy piły Polską krew…

Po tych makach szedł żołnierz i ginął,

Lecz od śmierci silniejszy był gniew!

Przejdą lata i wieki przeminą,

Pozostaną ślady dawnych dni!…

I tylko maki na Monte Casono

Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!

W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu.”

 

zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Polski 1942-45, www.kresy-siberia.org

cytat z książki: „Była sobie piosenka” Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

„Za dawno, za dobrze się znamy”- przyjaźń, życie, miłość czyli Marian Hemar i Fryderyk Járosy. Rozmowa z Anną Mieszkowską.

 

 

Wydaje się, że temat miłości i przyjaźni już został wyczerpany, że powiedziano już wszystko, a przecież każdy z nas przeżywa te uczucia na nowo, wyjątkowo. Kto jak nie poeci i artyści umieją wyrażać uczucia najpiękniej? Kim może być poeta i artysta, który cudownie ujmuje miłość w rytmiczne słowa? Czy ktoś taki – wrażliwy i emocjonalny umie kochać pełniej i piękniej?

O romansach artystycznej sfery dwudziestolecia międzywojennego mówiono chętnie. Stanowiło to swojego rodzaju atrakcję nie tylko lokalnej społeczności. Im sławniejsze nazwisko, tym uważniej obserwowano jego życie prywatne i chciwie chwytano plotki. Romansy, romansiki, flirty, miłość rozpalały wyobraźnię zwykłych ludzi. Jakie było ono naprawdę. Dzięki wieloletniej pracy historyków życie zbladłych gwiazd nie odchodzi całkowicie w zapomnienie.

Pani Anna Mieszkowska, pisarka, historyk teatru, dokumentalistka zgodziła się uchylić rąbka tajemnicy prywatnego życia Mariana Hemara i jego równie sławnego przyjaciela Fryderyka Járosego.

Zdjęcie: Marian Hemar – autor przedwojennego kabaretu Qui pro quo, w środku legendarny konferansjer Fryderyk Járosy; fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1935 roku, w teatrzyku Cyrulik Warszawski, Fryderyk Járosy wykonywał piosenkę Mariana Hemara pt. „A ja nic tylko ty” do pięknej muzyki Edwarda Straussa. Była śpiewana w duecie z Leną Żelichowską. Piosenka cieszyła się dużym powodzeniem. Nie tylko dlatego, że była wesoła i krotochwilna, ale również opisywała odwieczną walkę płci. Piosenka demaskująca śmiesznostki kobiety i mężczyzny, ale także traktująca o wzajemnych, intymnych relacjach kochanków. To chyba było odważne wyznanie. Jaki zatem był stosunek F. Járosyego do kobiet, czy taki jak w piosence?

A. M: Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy przypomnieć co jest treścią tego uroczego utworu. Mamy na scenie parę. Pan jest wyraźnie znudzony namolnością damy, która wciąż powtarza: A ja nic, tylko ty… Bo ona za nim nie widzi świata… I zasypuje partnera lawiną propozycji spędzenia wieczoru, na które on odpowiada lekceważąco: nie mam ochoty, nie mam czasu, nie mam pieniędzy… Autor słów nazywa bohatera piosenki mistrzem cierpliwości. A puentą jest jego dramatyczny okrzyk: Ludzie ratujcie mnie! Coś musiało być prawdą w tej przedstawionej sytuacji, Hemar miał znakomite oko i ucho na realia z życia i znakomicie potrafił to przedstawić w swoich piosenkach i skeczach. Fryderyk Járosy cieszył się ogromnym powodzeniem u kobiet. A właściwie cieszy się nim nadał, mimo iż od jego śmierci upłynęło ponad pół wieku. W historii teatru, kabaretu zapisał się nie tylko jako aktor, reżyser, konferansjer, ale przede wszystkim uwodziciel publiczności. Mówiło się w Warszawie, że współpraca z Járosym przynosi szczęście! Że był czarodziejem, który potrafił ze słabego nieraz tekstu stworzyć kreację dla wykonawcy.

Kim był Wielki Fryderyk; bezwzględnym łamaczem kobiecych serc, koneserem, opiekunem, bo na pewno nie przykładem dobrego męża? Jak kochał F.J.?

A.M.: Odpowiem tak: wiedział, jak zdobyć kobietę, to na pewno. Ale wcale nie był zainteresowany dłuższym utrzymaniem związku… Dzisiaj mógłby zostać posądzony o uzależnienie od seksu. Był lojalny w przyjaźni, ale i dla miłości, która przeminęła. Jego dwa zachowane listy do Ordonki z 1947 roku powinny się znaleźć w kanonie listów miłosnych, pisanych po latach…

 

 

podpis: ze zbiorów Anny Mieszkowskiej, ogłoszone w publikacjach: „Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu” (Muza 2005), „Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny” (Muza 2007), „Jestem Jarosy! Zawsze ten sam…” (Muza 2008).

A jaki był w codziennym życiu?

A.M.: Wcale nie taki łatwy, jakby to się mogło wydawać. Najwięcej wiem o nim od Stefanii Górskiej, z którą był aż dziewięć lat! Najsłynniejsze jego partnerki życiowe ze środowiska kabaretowego to w kolejności: Ordonka, Górska i Zofia Terné. Najkrócej był z Hanką Ordonówną, z ostatnią partnerką rozdzieliła go wojna. Oboje zostali aresztowani 24 października 1939 przez gestapo. Ją po tygodniu Niemcy zwolnili i odstawili do granicy wschodniej, skąd pojechała do rodzinnego Równego, następnie do Lwowa itd.. Jego przetrzymywano w kilku więzieniach: w alei Szucha i na Daniłowiczowskiej aż pół roku. Okupant chciał, aby założył teatrzyk rewiowy dla Niemców… Po ucieczce z gestapo zjawił się u rodziców Górskiej. Ona skontaktowała go ze Stefanią Grodzieńska i Jerzym Jurandotem, którzy uznali iż najbezpieczniej będzie dla niego w … getcie. Przebywał tam aż do końca czerwca 1942 roku. Stafania Górska opowiadała, że był to „mężczyzna na romans a nie na życie”. Do szału doprowadzała ją jego pedanteria i pilnowanie czystości. Miał wszystko poukładane, począwszy od papierów, których nie wolno było ruszać, na garderobie kończąc. Byli parą dziewięć lat ale nie mieszkali razem. On opłacał dla niej osobne mieszkanie. Męczył go jej bałagan i brak zorganizowania. Z innymi partnerkami też raczej nie mieszkał…

Nicea 1926 r Hanka Ordonówna i Fryderyk Jarosy

Miał żonę i dzieci za granicą, rzadko się z nimi widywał, a mimo to nie rozwiódł się. Był w stałych, można powiedzieć, oficjalnych związkach w Polsce, zawsze z artystkami. Czasem płynnie przechodził z jednego związku w drugi, co narażało go na nieprzyjemności ze strony pań uzurpujących sobie prawo do niego. Odnoszę wrażenie, że tak naprawdę nie oddawał się związkowi bez reszty, a jego miłość była kontrolowana.

A. M. : Jedyną żoną Fryderyka Járosy’ego była Natalia von Wrotnowski, Rosjanka z pochodzenia. Arystokratka z najwyższej półki! Pobrali się w Monachium w 1912 roku. Dzieci było dwoje: córka, Marina, którą poznałam i młodszy dwa lata syn Andrzej. Po urodzeniu drugiego dziecka, po dramatycznej ucieczce z rewolucyjnej Rosji do Berlina, Natalia zachorowała na tarczycę, przeszła ciężką operację, która wytrąciła ją z równowagi na wiele lat. Fryderyk jeszcze w Rosji romansował z przyjaciółką żony, sławną aktorką Olgą Czechową. W Berlinie, w którym mieszkał w latach 1919-1924 żył z obiema paniami w dwóch różnych mieszkaniach. Ten związek z Olgą skończył się, gdy przyjechał do Warszawy na gościnne występy z teatrzykiem rosyjskich emigrantów Niebieski Ptak. Czechowa była już wówczas znaną filmową aktorką. Gdy odwiedziła Warszawę w latach trzydziestych, spotkali się, Fryderyk miał jej zdjęcie na nocnym stoliku w sypialni warszawskiego mieszkania. Ostatni raz widzieli się w Los Angeles w 1952 roku z inicjatywy Konrada Toma i Henryka Warsa. Rozwód z Natalią był wykluczony. W jej sferze rozwodów nie było! Chociaż istniała tolerancja dla takich podwójnych związków… Do wybuchu drugiej wojny światowej, Járosy wysyłał żonie i dzieciom spore sumy pieniędzy na ich utrzymanie. Po wojnie jego sytuacja materialna była dramatyczna. Po przeżyciach wojennych w Polsce, i w obozie w koncentracyjnym w Buchenwaldzie, stracił zdrowie. Żył wśród polskiej emigracji w Londynie, pracując między innymi na nocnej zmianie w fabryce ciastek.

Pamięć o Marianie Hemarze przycichła, choć jego piosenki wciąż nucą nowe pokolenia. Często bez wiedzy o ich autorze. Kto nie zna „Wąsik, ach ten wąsik”, „Czy ty wiesz moja mała”, „Upić się warto”„Czy paniMarta jest grzechu warta”„Pamiętaj o tym wnuku” i wiele innych. Zaraz po wybuchu wojny Hemar musiał uciekać za granicę, do Rumunii. Od samego początku był ścigany przez okupanta za piosenkę satyryczną wyśmiewającą Hitlera. Jednocześnie skończyło się jego dotychczasowe życie wypełnione kulturą szczęśliwego przedwojnia. Samotność wygnania tym bardziej była dla niego dojmująca, że wcześniej otaczał się wybranymi przyjaciółmi i kochanymi kobietami. Fryderyk Járosy był jednym z jego najbliższych współpracowników. Czy ta przyjaźń, była szorstką, na granicy rywalizacji?

A.M.: Przed wojną mocniejszą pozycję miał Járosy, był dyrektorem teatru, reżyserem programów, do których Hemar pisał teksty. W spuściźnie Fryderyka zachował się jedyny list Hemara pisany tuż po wojnie już w 1945 roku. Był odpowiedzią na propozycję powojennej współpracy… Obaj przyjaciele stracili ze sobą kontakt na długie pięć lat. Nic o sobie nie wiedzieli. Járosy nie domyślał się nawet, że dawny autor tekstów w jego przedstawieniach w czasie wojny awansował na niezależnego twórcę. Hemar od 1942 roku mieszkał w Londynie i sam pisał, reżyserował i zapowiadał własne programy. Przed 1939 rokiem rywalizacja między nimi na pewno była, ale raczej bez agresji. Byli obaj z jednego świata kabaretu, w którym niemal wszystko, co robili było doskonałe. Od 1946 roku, w Londynie sytuacja się zmieniła. To Hemar zaprosił dawnego dyrektora teatru jako TYLKO wykonawcę do swojego programu… Raz!

Obaj Panowie lokowali swe uczucia, jak Pani potwierdziła, w artystkach. To ich łączyło. Czy to znaczy, że uwielbiali te same kobiety, że tak samo kochali?

A.M.: Obaj kochali się w kobietach z teatru. Hemar zakochał się Mirze Zimińskiej i Marii Modzelewskiej, która dla niego porzuciła męża, znakomitego malarza Stefana Norblina. Norblin później ożenił się z Leną Żelichowską, i uciekli z Polski razem z Hemarem jego samochodem… Dla obu tych pań napisał wiele dobrych, lirycznych piosenek. Młodzieńczą sympatią Hemara, jeszcze ze Lwowa była Janina Romanówna, dla której napisał przepiękną piosenkę „To ta pierwsza miłość”. Ciekawostka: po wojnie żoną Hemara została tancerka amerykańska, duńskiego pochodzenia Carol Ann Eric. Ożenił się z nią w Londynie, nie mając rozwodu z Modzelewską. Popełnił bigamię. Nie tyle z miłości do Cai, co z zemsty na Marii…

Ktoś, kto pisał takie piękne piosenki o miłości, ktoś kto tak lirycznie wyrażał uczucia musiał kochać pięknie i niezwykle…a może nie było tak różowo w zwykłym życiu?

A.M.: Jak wspomniałam już Fryderyk Járosy, uroczy na scenie i w towarzystwie, w codziennym pożyciu był partnerem raczej trudnym. Poza tym Fryderyk nie był gościnny, nie zachowały się wspomnienia z przyjęć u niego w domu. Nigdy nie zapraszał do siebie gości. Hemar odwrotnie. Nie uwodził w towarzystwie pań. Miał kompleks z powodu niskiego wzrostu i opinię raczej nieatrakcyjnego mężczyzny. Za to był wspaniałym mężem zarówno dla Marii Modzelewskiej (która go porzuciła we wrześniu 1939, wyjeżdżając z przyjacielem), jak i dla Cai, z którą byli małżeństwem ponad 25 lat. Ich przyjaciele w Wielkiej Brytanii pamiętali, że to Hemar był gospodarzem domu. Dbał o ogród, ciągle coś remontował i przerabiał, uwielbiał gotować i to dla dużej grupy gości. Kilka razy w roku wydawał przyjęcia, które zapisały się w kronikach emigracyjnego życia kulturalnego. Ostatnią towarzyszką życia Fryderyka Járosyego była Janina Wojciechowska, kobieta „z publiczności, bez cienia szminki”, ale to ona stworzyła mu skromny, ale wygodny dom w okresie londyńskim. Nigdzie razem nie bywali, nie pokazywali się wspólnie. Różne były tego powody. W 1945 roku stało się coś przedziwnego. Zofia Terné, gdy dowiedziała się, że Fryderyk żyje i działa w Brukseli, porzuciła swoich przyjaciół w teatrze Drugiego Korpusu i przyjechała do jego żołnierskiego teatrzyku, który stworzył pod dawną nazwą Cyrulik Warszawski. Jakiś czas razem jeszcze występowali, on bardzo ładnie ją zapowiadał, ale prywatnie nie zeszli się ponownie. Wybrał Janinę… Zofia po kilku latach ułożyła sobie życie prywatne, wychodząc za mąż za malarza Stanisława Mikułę.

Próby w Radiu Wolna Europa, Włada Majewska i Marian Hemar 

Marian Hemar przed wojną żył obok wielkich sław teatru i kabaretu, znany tylko jako autor tekstów. Po wojnie reżyserował, był konferansjerem, czasem wykonawcą własnych piosenek. Podobno był niecierpliwy, nerwowy, a w pracy teatralnej nawet despotyczny. Budził uwielbienie, ale i niechęć. Która z piosenek Mariana Hemara oddaje najlepiej jego charakter i temperament. Którą by Pani wybrała wiedząc tyle o tym autorze?

A.M. : To bardzo dobre, ale i trudne pytanie. Marian Hemar przedwojenny i powojenny to dwie różne osoby. Do 1939 roku napisał setki lirycznych piosenek, w których nie ukrywał swego kochliwego charakteru. Podkreślał, że te najlepsze szlagiery pisał, gdy był nieszczęśliwie zakochany… Gdyby wziął te teksty pod lupę dobry psycholog, powiedziałby nam dużo o Hemarze jako o wrażliwym mężczyźnie i słabym człowieku. W każdej piosence miłosnej jest opisany jakiś dramat, kokieteria niespełnionym uczuciem, rozczarowanie, żal, tęsknota itd. Podaję tytuły tych moim zdaniem najpiękniejszych: „Za dawno, za dobrze się znamy” (dlatego nie trzeba nam słów, słyszę, co mówisz milczeniem swem, że chcesz już odejść, i tak to wiem. Milczeniem się z sobą żegnamy, ten uśmiech to koniec i kres. Nic już nie mówię – widzisz słów mi brak. A zresztą ty wiesz to i tak…). „To ta pierwsza miłość” ( która kończy się albo bardzo dobrze, albo bardzo źle…).

„Nadejdąkiedyś takie dni” (będziemyobok siebie szli…)„Kogo nasza miłość obchodzi” (tylkociebie i mnie…). „Czyty wiesz moja mała” (żeto straszny jest żart, żeś mnie tak zapomniała, jakbym nic niebył wart).  No i koniecznie trzeba znać i nucić „Pensylwanię” i „Wspomnijmnie” z premiery przedstawienia „Artyści” w Teatrze Polskim w 1929 roku. Ale nie można nie pamiętać o jeszcze jednym przeboju napisanym (jak dwa ostatnie!) dla Marii Modzelewskiej do przepięknej muzyki Gershwina „Człowiek, którego kocham”, w której to piosence jest zapowiedź osobistego dramatu ich obojga… Nie zdradzę tekstu, proszę go szukać…

Ale gdzie?

A. M. : Chociażby w ogłoszonym przeze mnie i Władę Majewską albumie piosenek i skeczy Mariana Hemara „Za dawno, za dobrze się znamy”. Są tam także piosenki powojenne, londyńskie. A wśród nich ta, która najlepiej opowiada o niełatwym charakterze jej autora: „Noc świętojańska”, w której Janina Jasińska śpiewała:

Tu w fotelu abażur i cień,

My pod lampą i tak, jak co dzień –

Ty w fotelu z gazetą – a ja,

Jak co noc i jak co dnia.

Czem zajęta? To tamtem – to tem –

Patrzę w ciemność za oknem i wiem,

Że to wszystko właściwie – nie to

O co kiedyś nam w życiu szło…

Pani Anno z pewnością poszukam. Jestem ogromnie wdzięczna za piękną opowieść- serdecznie dziękuję za rozmowę .

Bezwarunkowa

(materiał powtórzony)

W naszych czasach bardzo łatwo jest uzyskać miano szaleńca czy oszołoma. Wystarczy, że zrobi się coś innego niż wszyscy, lub coś co według powszechnej opinii jest głupie, czy wstydliwe.
*

Ten początek wakacji i zakończenie roku szkolnego był tak samo nudny jak i każdy inny. Podziękowania, rozdawanie świadectw i tak dalej. Wiadomo jednak, że na początek każdej uroczystości, jest część bardzo oficjalna. Śpiewany jest hymn. Modą jest, całkiem dla mnie niezrozumiałą, żeby hymn Polski nie śpiewać lecz burczeć pod nosem z niechęcią.

Rodzicie, którzy przyszli na zakończenie roku szkolnego zachowywali się podobnie. Komenda -do hymnu- nie zrobiła na nich większego wrażenia. Młode mamy w ferworze dyskusji i oglądania się na boki, w poszukiwaniu obiektu do dyskusji, nawet nie zauważyły wezwania dyrektora.
Panowie stali z rękami w kieszeni, inne kobiety siedziały, zainteresowane zdjęciami, które właśnie zrobiły.
Generalnie, nikt z dorosłych nie zauważył, że śpiewany jest nasz dumny Hymn Narodowy, który kiedyś śpiewano z zapartym tchem i pełną piersią. Tak się zmieniły czasy.

Ale co z tym oszołomem? Ano nic. Sympatyczne mamy nareszcie znalazły sobie wdzięczny obiekt na „tapetę” w mojej osobie. Powodem było moje dziwaczne zachowanie. W czasie hymnu stałam na baczność i śpiewałam. Nie jakoś wyzywająco- tak po prostu. Jednak spotkałam się z drwiącymi uśmieszkami osób dookoła.

W tym momencie nasunął mi się obraz: amerykański mecz piłki , przed którym wszyscy na trybunach wstają, mężczyźni zdejmują czapki ( niejednokrotnie ciężkie, bo z pojemnikami piwa), składają je na piersi i śpiewają głośno, wyraźnie i dumnie. Można mieć ich za wzór obywatelskich postaw.

A u nas? Naród tak ciężko doświadczany, walczący o przetrwanie nareszcie mógłby śpiewać, ale już nie chce. No więc ja jestem oszołomem, bo chcę.

*

Jest to paradoks na skalę światową. Co w nas takiego drzemie, że ten kraj pełen jest sprzeczności i przekory. Tyle lat zajęło nam wywalczenia sobie tożsamości, przywilejów i demokracji, a kiedy już to wszystko jest, to z tego nie korzystamy.

*

Przywilej głosowania w niezależnych wyborach jest najwyższym osiągnięciem demokracji. U nas, całkiem od niedawna. Z tego przywileju aż chciałoby się korzystać, również w poczuciu obowiązku wobec państwa, w którym przyszło żyć.

Za to głosowanie poza miejscem zamieszkania wymaga nie tylko chęci, ale i determinacji. Wszystko jak zwykle przez skrzeczącą rzeczywistość. Kolejki w urzędach do okienka, gdzie wydaje się zaświadczenia są podobne do tych w mięsnych lat osiemdziesiątych, kiedy spodziewano się, że rzucą polędwicę.
Wielu z potencjalnych wyborców to zniechęca, czemu się absolutnie nie dziwię. Podejrzewam, że z wyjazdu nie zrezygnują, a z głosowania i owszem. Czyżby państwu nie zależało na tym by obywatele głosowali?

*

Obowiązek obywatela wobec „opiekującego„ się nim państwa jest powszechny. Stanie w kolejkach i skrzywiona twarz niezadowolonej i wyniosłej urzędniczki jest bonusem i „nagrodą” za spełnienie obywatelskiej powinności, bo inne profity trudno dojrzeć. Bo gdzie? W szpitalu, szkole, a może w urzędzie?
Wiem!! Pewnie w galerii handlowej!!

*

Analizując wielką niechęć śpiewania hymnu, dochodzę do wniosku, że jest to syndrom, rodzaj podświadomego protestu ludzi wobec otaczającej nas rzeczywistości.
Dojmujące poczucie wyzysku, braku opieki i elementarnej troski o słabych, nie pozwala na czucie się dumnym obywatelem. Trudno jest bowiem unieść się ponad codzienne życie, ku wznioślejszym wartościom, jeżeli po opłaceniu podatków i ubezpieczeń społecznych, pozostaje jedynie mała garść grosza na powszednie potrzeby.

Płacenie podatków i ubezpieczeń jest poczytywane jako przymus i nieuzasadnione zdzierstwo, bo nie wynikają z tego właściwe rodzaje państwowego rewanżu.
Poczucie, że obowiązek ten jest jednostronny, a podatki są wrzucone w kasę państwową jak w studnię bez dna, daje poczucie krzywdy, a nawet złości.
Wobec takiej argumentacji, rodzi się we mnie zrozumienie do postaw moich sfrustrowanych rodaków. Bo codzienność nazbyt ich przygniata.

*

Historia jednak dowodzi i oby nie musiała nigdy więcej, że w Polakach kotwiczy miłość bezwarunkowa. Bo łatwo jest być patriotą w czasach dobrobytu i pokoju. Śpiewać pochwalne hymny na cześć obficie karmiącej ręki. Miłość warunkowa jest prosta i nieskomplikowana, choć bardzo nietrwała i kapryśna, ale też zdrowa dla obu stron. Ona to opiera się na wzajemnym świadczeniu i homeostazie pomiędzy prawem a obowiązkiem. Jej byt warunkuje zasada: przywilej wykorzystać, obowiązek wypełnić, prawa oczekiwać.
W podstawie naszego bytu leży genetyczna miłość bezwarunkowa. W niej jest siła, ale też trudny niesprawiedliwy los. Na niej bazują rządzący. Także na tym, że nie mamy innego wyjścia, a to już jest bardzo nie w porządku.

Fot. źródło:
ourpreciouslamb.wordpres.com

Godzina W

 Już dwa światy, inne życie, inni ludzie, jakże inne problemy.

Serca te same, wciąż młode, buntownicze, zdolne do poświęceń i chcę w to wierzyć.

Po latach tłumionej pamięci i czekaniu na sprawiedliwość historii, ta daje upust swojej racji.

Każdego historia oceni tak, jak na to zasługuje. Kto ma czyste serce, nie zadrży.

Oni nie drżeli.

 

Elegia o… (chłopcu polskim)

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,

haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,

malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,

wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,

gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.

Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,

przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pekło?

Krzysztof Kamil Baczyński

 

Szczęśliwa jestem, że młodzi ludzie o tej dacie tak dobrze pamiętają. Zespół Lao Che poświęcił temu wydarzeniu historycznemu swoją całą płytę Pt. „Powstanie Warszawskie”. Zachęcają młodzież do zainteresowania się tym bolesnym tematem z innej strony. W ten sposób ożywa młody duch, a „Tamci Młodzi” stają się bliscy- teraźniejsi, łatwiej wyobrażalni. To dobrze.

 

Podłe jarzmo gorsetu-czyli historia wyzwolonej, przedwojennej mody.

Początek wieku XX przyniósł totalną rewolucję w kobiecych strojach. Rozkwitające feministyczne trendy rzuciły się także cieniem na modę, która dynamicznie rozpoczęła przemianę kobiet.
Rewolucją, w pierwszym etapie, można nazwać zrzucenie gorsetu kształtującego kibić, od wielu lat będącą zmorą mdlejących kobiet. Ten niewygodny wynalazek stał się przyczyna wielu żeńskich przypadłości począwszy od przemieszczeń narządów, do deformacji żeber i klatki piersiowej, aż po wszelakie dolegliwości gastryczne i krążeniowe.

Zrzucenie jarzma gorsetu stało się symboliczne. Kobiecość uwolniła się od twardych ograniczeń, jakie narzuciła im rola nadana przez wszech panującego dotychczas mężczyznę.

Dygresja skrajnie feministyczna i niestety prawdziwa, ale nie napisana po to by pogrążyć panów.

Mężczyźni, jak donoszą media, obecnie, mają ogromny wkład w kreowaniu damskiej mody, co dowodzi wielkiej ich mądrości i ewolucji mentalnej jaka nastąpiła w ostatnim stuleciu. Z czego cieszyć się nie tylko wypada.

 

Zaraz po rewolucji tekstylnej powstała moda lat dwudziestych. Charakterystyczne dla niej było kreowanie kobiet na wyzwolone, krótko ścięte chłopczyce, które nie dość że zrzuciły fiszbinowe okowy, ale także w ogóle zrezygnowały z podkreślania talii. Dość krótkie sukienki odkrywające dotąd schowane nogi, stały się bezsprzecznie głównym atutem tego designu.

Moda lat trzydziestych przyhamowała pęd ku maskulinizacji strojów. Kobiety ponownie wróciły do strojów, które podkreślały ich płeć. Świadome swoich walorów i siły płci, używały żeńskich przymiotów jako argumentu i poważnego atutu w dyskusji. Wiedziały doskonale gdzie leży ich siła i wykorzystywały ją bezwzględnie dla osiągnięcia zamierzonych celów. Celem tym- to się nie zmieniło od zarania- był mężczyzna.

Nurty lat trzydziestych udowodniły, że kobiety nie są w stanie zrezygnować z podkreślających urodę fatałaszków. Warto tu wspomnieć o nowo narodzonym trendzie, który wdarł się do codzienności wraz z kinematografią- kreacja modowa gwiazd. Kobiety coraz chętniej kopiowały stroje swoich kinowych ulubieńców, a aktorzy coraz śmielej ulegali firmom modowym. Zula Pogorzelska reklamowała obuwie. Eugeniusz Bodo prezentował nie tylko na zdjęciach, równie na co dzień; garnitury, krawaty, buty, Jan Kiepura stał się ikoną mody w Polsce i Niemczech. W dobrym tonie znalazło się tzw. bywanie. Gwiazdy mające kontrakty z firmami odzieżowymi pojawiały się w miejscach publicznych i prezentowały zakontraktowane stroje, najczęściej futra, bekiesze, pelisy, suknie, krawaty, obuwie. Czym się różnili od naszych współczesnych celebrytów? Niczym raczej- z wyjątkiem gustu.

Zgodnie z zaistniałym prądem zaczęto organizować coroczne bale mody, na których wybierano króla i królową mody. Sławne gwiazdy prześcigały się w kreacjach, by zdobyć ten prestiżowy tytuł. Wśród znanych nazwisk, które go otrzymały znalazły się: Eugeniusz Bodo, Maria Malicka, Karolina Lubieńska, Ina Benita, Loda Halama i wiele innych.

 

Elegancja była nieodłącznym elementem ubioru. Podczas gdy kasjer, czeladnik; mężczyzna nie rezygnował z koszuli, garnituru i krawatu (najmodniejsze były dwurzędówki i spodnie pumpy w kant), kobieta dodawała sobie elegancji kapeluszem i rękawiczkami. W zależności od pór roku kapelusze zmieniały się z filcowych „Pola Negri” po drobne toczki z boku głowy z ażurową woalką, czy zalotnym piórem, czasem kwiatem.


Szyku głowy dopełniała fryzura. Kobiety czesały się najczęściej w drobne loki misternie przypięte wokół głowy. Loki kręcono na specjalnych żelazkach. Rozgrzewane były najczęściej na piecach i co prawie niemożliwe dla młodych obecnie kobiet- bez termostatu i bez elektryki.

Co oznaczało, że loki nierzadko spalono. To oczywiście nie jedyne agresywne zabiegi, jakim ulegały modne damy. Tlenienie perhydrolem i trwała były ryzykownymi zabiegami, których powodzenie gwarantowało jedynie duże doświadczenie fryzjerów.

Należy dodać, co nie jest dzisiaj już tak bardzo oczywiste, że wszystkie materiały składały się z materiałów naturalnych. W tym czasie królowała „ręczna robota”, która nie była niczym niezwyczajnym. Produkcja krajowa, rzemieślnicza w rynku tekstylnym przeżywała swój renesans. Krawcy, szewcy- mieli pełne ręce roboty. Co nie oznacza, że nie było importu. Paryskie toalety były najbardziej cenione, a co za tym idzie- bardzo kosztowne.

Suknie balowe nie były artykułem pierwszej potrzeby, ale każda kobieta marzyła, żeby założyć ją choć jeden raz. Dominowały kreacje odkrywające ramiona, podkreślające talie, z dekoltami lub odkrytymi plecami. Były powłóczyste, opinające ciało; błyszczące cekinami i jedwabiem. Inne zaś były zwiewne, lekko prześwitujące z falbanami i trenami.Elementem dopełniającym była oczywiście biżuteria, ale także modne były kwiaty przypinane do sukni.

 Lata trzydzieste to radosny czas rozkwitu mody i ogromny skok ku nowoczesności. Kobiety, które przez ostatnią dwudziestolatkę rozpinały swoje emancypacyjne żagle, teraz wierząc w siebie śmiało rozpoczynały nowy rozdział historii dotąd słabszej płci. Z cechy dotąd uznawanej za słabość kobiety uczyniły główny ATUT swojej siły.

„Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”- rozmowa z Anną Mieszkowską autorką biografii o Fryderyku Járosym.

 

 

Autorka Anna Mieszkowska podczas wystawy poświęconej Fryderykowi Jarosyemu w 2000 r.

 

 

Kiedy napisała do mnie Pani Anna Mieszkowska prawie stanęło mi serce. Pani Anna ostrzegała mnie, że przy zetknięciu z historią Fryderyka Járosyego należy szczególnie uważać na ten czuły narząd. Pomna swoich emocji przy zbieraniu materiałów do książki, poważnie obawiała się, jak ja zniosę to zetknięcie z legendą. Nie myliła się- cały świat wkoło mnie chwilowo jakby stracił blask, a serce wykonuje potężną pracę bijąc za szybko.

*

Anna Mieszkowska jest historykiem teatru. Jako pracownik PAN zajmuje się emigracyjną dokumentacją teatralną. Jest autorką głośnej i pierwszej biografii o Irenie Sendler: „Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej”, na podstawie której w 2009 roku zrealizowano film produkcji USA.

W swoim dorobku posiada m.in.: biografię o Marianie Hemarze („Ja kabareciarz! Marian Hemar od Lwowa do Londyny” ), album wydany wspólnie z Władą Majewską („Za dawno, za dobrze się znamy. Piosenki Mariana Hemara”),  pozycje o dziejach kabaretu emigracyjnego („Była sobie piosenka. Artyści emigracyjnej Melpomeny”).

Prywatnie- dobry i serdeczny człowiek, a przede wszystkim szalenie cierpliwy. Mówiąc to wykonuję wielki ukłon w stronę mojego Gościa.

Dzisiaj będziemy rozmawiać o ważnej, jak sądzę, dla Pani pozycji w jej dorobku, biografii Fryderyka Járosyego: „Jestem Járosy! Zawsze ten sam…”, wydaną przez Wydawnictwo Muza.

Co tak naprawdę spowodowało, że zachwyciła się Pani Fryderykiem Járosym do tego stopnia, żeby napisać jego biografię?

Moją fascynację wywołała lektura wspomnień Stefanii Grodzieńskiej „Urodził go Niebieski Ptak”. Pani Stefania napisała zdanie, które stało się moim mottem: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie!”. Pożałowałam i postanowiłam zmierzyć się z legendą przedwojennych kabaretów. Spróbowałam wejść w ten świat. Ponieważ książek na ten temat jest wiele: wspomnienia Krukowskiego, Sempolińskiego, Fogga, Zimińskiej…, postanowiłam napisać książkę, której głównym tematem byłyby losy powojenne, emigracyjne dawnych gwiazd kabaretu – Zofii Terne, Konrada Toma …

Tak powstał zamysł książki „Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny” (2007). Ale już w 1998 ogłosiłam w „Pamiętniku Teatralnym” obszerny artykuł „Zawsze ten sam, czyli Fryderyk Jarosy na emigracji w latach 1945-1960”. Stał się on także rozdziałem książki „Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu” (2005).

Ale miałam w sobie niepokój, że dla pamięci Fryderyka to za mało. Stąd pomysł niezależnej, osobnej publikacji poświęconej niezwykłemu „Polakowi z wyboru” uzupełnionej archiwalnym nagraniem ostatniego wywiadu, którego udzielił Teodozji Lisiewicz w programie literacko-muzycznym Radia Wolna Europa, na dwa miesiące przed nagłą śmiercią w Viareggio w sierpniu 1960 roku.

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale są osoby, które nie wiedzą kim był „Fryderyk Wielki”. Proszę przybliżyć jego postać.

Nazywano go Fryderykiem Wielkim, mistrzem, a nawet królem kabaretu. Oczywiście tego przedwojennego. Bo chociaż Járosy żył jeszcze po drugiej wojnie światowej 15 lat, jego czasy, epoka, w której czuł się najlepiej i najszczęśliwiej żył i pracował, minęła bezpowrotnie we wrześniu 1939 roku. Skąd się wziął w przedwojennej Warszawie? I kim właściwie był ten czarodziej teatru?

Bo lakoniczna informacja, że urodził się 10 października 1889 roku w Pradze, a zmarł 6 sierpnia 1960 roku w Viareggio, że był aktorem, reżyserem, piosenkarzem, autorem sztuk dramatycznych, opowieści biograficznych prawdziwych, i zmyślonych zupełnie nie pasuje do tego niezwykłego człowieka.  Jak w niewielu zdaniach oddać bogactwo jego osobowości, opisać sztukę, której był jedynym autorem i wykonawcą? Bo chociaż mówił najczęściej z estrady cudzym tekstem (konferansjerki pisali mu m.in. Tuwim i Hemar), śpiewał piosenki innych autorów, to wszystko robiło na widzach wrażenie czegoś wyłącznie jego pomysłu i jego autorstwa.

Tadeusz Boy- Żeleński z okazji dziesięciolecia pracy artystycznej Járosyego  w Polsce pisał: „Od pierwszej chwili pokochano go. Miał wdzięk, miał dowcip i tę nieokreśloną zdolność nawiązania kontaktu z publicznością”. Kazimierz Krukowski już po wojnie dopowiedział: „Járosy to nie szablonowy zapowiadacz numerów. Bez jego >Proszę Państwa< zawsze jakby czegoś brakowało. Węgier z pochodzenia, Polak z przekonania, stał się własnością Warszawy i polskiego Londynu. Zostawił po sobie najlepsze wspomnienia jako artysta, dyrektor, przyjaciel, człowiek”.

Tadeusz Wittlin zapamiętał: „Używał niemieckich i angielskich wód kolońskich. Palił nałogowo Egipskie, grał nałogowo w brydża, nie mając szczęścia do kart. Często grał także na wyścigach. Mówił płynnie po rosyjsku, niemiecku, francusku, znał angielski. Na scenie występował prawie zawsze w smokingu, rzadziej we fraku. W życiu ubierał się bez zarzutu. Był elegancki, a nawet wytworny. Nie tylko w stroju, ale i w sposobie bycia. Nie podnosił głosu, do artystów miał cierpliwość i stanowczy spokój. Był ulubieńcem nie tylko publiczności, ale i krytyków”

 

 

Fryderyk Jarosy podczas występu.

 

 

No właśnie: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie”- powiedziała Stefania Grodzieńska. Widząc taki opis mężczyzny- rzeczywiście należy żałować.

Żałuję, że nie będę mogła poznać kogoś tak wspaniałego jak Fryderyk Járosy, ale i Stefania Grodzieńska i wiele innych cudownych osób tamtej epoki.

Proszę mi jednak powiedzieć, czym zachęcić młode osoby do pamięci o nich?

W czym widzi Pani największe trudności?

Z moich obserwacji wynika, że młodzi ludzie (w wieku 20-30 lat) chętnie wracają do wspomnień pradziadków. Piosenki Fogga mają nowe wykonania. Do udziału w festiwalu piosenki „retro” zgłaszają się młodzi wykonawcy z całej Polski. To cieszy.

Czego szukają w przeszłości? Czaru tamtych lat, bajki, kultury słowa i obyczaju. Szacunku dla innych.

To był świat wysokiej kultury, chociaż nie było przepychu, bogactwa na codzień. Lata trzydzieste to kryzys gospodarczy, którego my też doświadczamy.

Panie sprzedawały futra, aby mieć na życie. Potem garsonki, a nawet suknie. Ale była jakaś solidarność w społeczeństwie, w grupach społecznych i zawodowych.

Dzięki Pani pracy ten świat nie odejdzie w zapomnienie.

Kilkanaście lat zajęło Pani poszukiwanie osób, przyjaciół, znajomych Fryderyka, którzy mogliby dać świadectwo jego życia. Rozumiem, że Pani znalazła. Kto to był, kto Pani pomógł?

Nie byłoby tej książki bez pomocy około stu osób!

Z Polski pomogli mi: dr Hanna Krajewska, dyrektor Archiwum PAN, Lidia Wysocka, Antoni Marianowicz, Kazimierz Koźniewski, w Waszyngtonie: Jan Nowak Jeziorański, Kaya Mirecka Ploss, w Los Angeles: Wanda Stabrowska, w Australii: Gwidon Borucki, w Londynie: Włada Majewska, Renata Bogdańska-Anders, Helena Kitajewicz, Irena Delmar, i wiele innych osób, które wymieniam i dziękuję w książce.

Powiedziała Pani o wspomnieniach Stefanii Grodzieńskiej w książce „Urodził go Niebieski Ptak”.  Przyznam się, że i dla mnie jest ona cudowna. Dzięki niej mogłam zbudować sobie wyobrażenie o Fryderyku Járosym.

Słynne jego przezwania:  „Szarpio” o Stefanii Grodzieńskiej, albo „Hanećka” o Ordonce. Takie ciepłe i cudownie klimatyczne wyrażenia, które oddawały stosunek Fryderyka do ludzi. Faktów, o których wspomina Stefania Grodzieńska nie rozwija Pani w biografii. Odnoszę wrażenie, że obie książki bardzo doskonale się uzupełniają. Czy dobrze zrozumiałam Pani intencje?

Taka była moja idea, aby opisać inny czas w życiu Fryderyka niż ten, o którym opowiada Stefania. Zresztą w drugim wydaniu „Niebieskiego Ptaka”, Stefania za moją zgodą dopisała rozdział, który był skróconą wersją mojego artykułu z „Pamiętnika Teatralnego”.

Nigdy nie zapomnę jaką radość sprawiłam Stefanii opowieściami o żonie i dzieciach Jarosyego.

Ona przyznała, że w te jego opowieści o rodzinie oboje z Jurandotem nie wierzyli. Fryderyk miał żelazną zasadę, że sprawy rodzinne nie były przedmiotem towarzyskich dyskusji. A jego najbliższa rodzina zupełnie się nie orientowała w skali jego kariery w Polsce.

Tak miało być i było.

 

 

Od lewej: Janina Wojciechowska, Fryderyk Jarosy, Marina Jarosy-Kratochwil 1960 r

 

 

Ta jego tajemniczość  zapewne utrudniła pracę w zbieraniu wiadomości na jego temat.

Trzeba było tytanicznej pracy, żeby zebrać materiał, który rzetelnie i prawdziwie przedstawił osobę „Wielkiego Fryderyka”. Proszę opowiedzieć, jak zbierała Pani materiały do biografii.

Materiały do tej książki zbierałam od 1991 roku. Ale to co, najważniejsze – czyli archiwum Jarosyego znalazłam w Wiedniu  w 1995 roku. Dziwnym zbiegiem okoliczności odszukałam jego córkę, Marinę Jarosy-Kratochwil. Kilka miesięcy przed moim pojawieniem się u niej, sama chciała oddać pamiątki po ojcu do wiedeńskiego muzeum teatralnego. Ale tam jej powiedziano, że NIGDY o takim artyście nie słyszeli. Zabrała wszystko z powrotem do domu. I za jakiś czas ja się zjawiłam.

To z pewnością było cudowne spotkanie. Bardzo zazdroszczę…

Marina była bardzo podobna do ojca. Zarówno pod względem urody jak
i charakteru. Kontaktowa, ciepła, serdeczna. Zaprosiłam ją do Warszawy. Była dwa razy. Zaprowadziłam do Stefanii Grodzieńskiej, która bardzo przeżyła to spotkanie. Obie panie były wzruszone – a ja – szczęśliwa! W kwietniu 2000 roku zorganizowałam ogromną wystawę w warszawskim Muzeum Teatralnym. Z koncertem. Wszystko bardzo dobrze wypadło. Później kilka razy byłam jeszcze w Wiedniu. Między innymi z Aliną Janowską na uroczystości odsłonięcia  dwujęzycznej płyty na grobie Fryderyka, którą ufundował  ZASP.

Ostatni raz widziałyśmy się w 2008 roku, przywiozłam książkę, którą przytuliła. Obie się popłakałyśmy, jakby przeczuwając, ze to może być nasze ostatnie spotkanie. Potem już tylko był kontakt telefoniczny…

Zdążyła Pani ofiarować książkę jeszcze ciepłą, zaraz po wydaniu…

NIKT mi nie chciał wydać tej książki!!!! Aż zniechęcona zarzuciłam projekt na kilka lat. Wszystko się odwróciło po biografii o Irenie Sendlerowej, której pierwsze wydanie było w 2004, i potem: Hemar: 2005, Była sobie piosenka 2006, i Fryderyk 2008. Nie było łatwo!!!! Niestety Muza zaniedbała sprawę marketingu moich trzech kabaretowych książek.

To bardzo smutne, co Pani mówi. Lepiej sprzedają się poradniki pisane wielką czcionką  przez celebrytów, niż naprawdę wartościowa literatura o wspaniałych Polakach.

Fryderyk Járosy uznawał się za Polaka. Zachowywał jak gorący patriota. Wypłacono mu z nawiązką -niewdzięcznością i odrzuceniem, a na koniec opuszczeniem, samotnością i banicją. Wiem, że znosił to dumnie i nawet pogodnie. Czy uważa Pani, że obecnie, w sposób wystarczający zrehabilitowano pamięć o jego osobie?

Fryderyk mógł uniknąć aresztowania, więzienia, getta, ran w powstaniu, Buchenwaldu.

Dla Niemców był Reichsdeutschem! Stąd propozycja, aby prowadził kabaret niemiecki.

Miało to dalsze konsekwencje po wojnie. Niemcy nie chcieli dać mu odszkodowania za utratę zdrowia … bo przecież należał do grupy uprzywilejowanych! A że on wolał cierpieć jak Polacy, to jego sprawa. Dla Fryderyka taka postawa, którą wybrał w Polsce była postawą Człowieka Honoru!

Ostatnie jego lata spędzone wśród polskiej emigracji w Londynie nie były łatwe. W polskim środowisku żył w pewnej izolacji. Niby o nim wiedziano, w coś go jeszcze angażowano, do czegoś go jeszcze zapraszano. Ale to była upokarzająca namiastka dawnej aktywności. W Londynie nie znalazł zrozumienia, ani wsparcia moralnego. Nie odwzajemniono jego szczerych, patriotycznych uczuć do Polski i Polaków. Niedawny ulubieniec publiczności pod koniec życia był schorowany, w niedostatku, na angielskim, rządowym zasiłku.

„My wszyscy od razu zapomnieliśmy o nim” – z żalem pisał Hemar w sierpniu 1960 r., dwa tygodnie po śmierci przyjaciela. „Żal mi bardzo, że daliśmy odejść Fryderykowi Jàrosyemu, nie pożegnawszy go za życia, serdecznie i pięknie, nie dawszy sposobności, aby on do nas wygłosił długą, dowcipną, pożegnalną konferansjerkę”.

 

 

Fryderyk jaroshy- Zawsze ten sam

 

 

Napisała Pani we wstępie swojej książki:

” Przez wiele lat, szukając informacji o nim w różnych krajach, próbowałam zrozumieć, kim był człowiek, który napisał o sobie: „Doktor filozofii, Welfare oficer – 2 Corps., teatralny producer, Actor, pisze na maszynie, playwright, bookkeeper, announcer, presenter; ang., franc., ros. – zupełnie dobrze, niem.-bardzo dobrze. Szuka pracy tłumacza”.

Czy zrozumiała Pani?

Odpowiedź na to pierwsze pytanie znajduje się w ostatnim rozdziale książki „Jestem Jarosy! Zawsze ten sam…”, na s. 243 we fragmencie listu do Anny Antik … i na s. 248 w opisie zawartości kalendarzyka na 1960 rok:

„Twoje słowa są bardzo ważne dla mojego chorego serca. Z upływem lat człowiek staje się samotny, że zaczyna zazdrościć każdemu, kto już wszystko ma za sobą. Wszystko można sobie wyperswadować. Ze wszystkim można się pogodzić, ale co zrobić, kiedy przyjdzie na człowieka tęsknota za głupstwem, za młodością, za wspomnieniami najszczęśliwszych lat (…). Patrząc na bardzo stare drzewa w parku, powiedziałem głośno: „Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”.

O planach na wznowienie wydania nie będziemy rozmawiać?

Nie, jestem przesądna…

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę, to był dla mnie zaszczyt. W skrytości ducha marzę, że to jeszcze nie koniec…

Dziękuję

 

 

Autorka Anna Mieszkowska po zakończonej uroczystości poświęconej Fryderykowi Jarosyemu- Zmęczona, ale szczęśliwa

 

 

Pani Anna Mieszkowska przekazała Czytelnikom bloga plik unikatowych zdjęć. Na jednym z nich znajduje się Stefania Grodzieńska z Mariną Járosy-Kratochwil, córką Fryderyka Járosego. Na rewersie jest dedykacja: „Dla Pani Moniki Zakrzewskiej i wiernych czytelników Bloga Co się dziwisz z najlepszymi życzeniami spełnienia marzeń! Anna Mieszkowska, Warszawa 26.02.2013 r”