Zaproszenie

 Muzeum Narodowe w Krakowie oraz Fundacja Wisławy Szymborskiej zapraszają na film dokumentalny Andrzeja J. Koszyka Niektórzy lubią poezję z 1996 roku, poświęcony Wisławie Szymborskiej.

Jest to pierwszy film dokumentalny o Wisławie Szymborskiej, który powstał po przyznaniu jej Nagrody Nobla (zaraz po ogłoszeniu decyzji przez Akademię Szwedzką, ale jeszcze przed wyjazdem lauretki do Sztokholmu na uroczystość wręczenia nagrody).

Ze względu na ograniczoną przestrzeń film będzie wyświetlany przez cztery kolejne wtorki.

Inauguracja cyklu już 4 czerwca!

Pokaz filmu odbędzie się w Kamienicy Szołayskich – Oddziale Muzeum Narodowego w Krakowie (plac Szczepański 9) w przestrzeni „Szuflady Szymborskiej” – wyjątkowej ekspozycji poświęconej Poetce.

Zapraszamy we wtorek 4 czerwca o godz. 16.30. Wstęp na projekcję filmu jest bezpłatny. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc prosimy o wcześniejsze odebranie wejściówek, dostępnych w kasie Księgarni Młoda w Kamienicy Szołayskich.

Andrzej J. Koszyk – ur. w Łodzi, studiował w praskiej Wyższej Szkole Filmowej i Telewizyjnej FAMU. Od kilkudziesięciu lat mieszka w Niemczech, gdzie pracuje jako operator filmowy. Jest autorem kilkunastu autorskich filmów dokumentalnych.

 NIEKTÓRZY LUBIĄ POEZJĘ – WISŁAWA SZYMBORSKA

Film dokumentalny, 30 min, Niemcy, 1996

Reżyseria: Andrzej J. Koszyk

Występują: Wisława Szymborska, Teresa Walas, Stanisław Balbus, Karl Dedecius, studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego

Protest

 

 

 

źródło: fine art america

 

 

 

Objazdowe prosektorium „The Human Body Exhibition” zawitało do Krakowa. Nie wymienię ani nazwy, ani miejsca, gdzie ono się znajduje, bo mogłoby to stać się dodatkową reklamą, a tego nie chcę. Wystawa, która w imię sztuki wykorzystuje ludzkie zwłoki jest godną stanowczego potępienia i bojkotu. Bardzo dziwię się firmie, która umożliwiła ekspozycję tej makabrycznej wystawy. Uważam, że powinna być zakazana i zamknięta ze względu na brak poszanowania szczątków ludzkich, a także ze względu na totalny brak walorów artystycznych.

Jeśli macie inne zdanie, zapraszam do dyskusji…

PS. Mój wpis celowo lakoniczny i zwięzły. Bo wystawa wydaje mi się niegodną dłuższego postu..

Gigantyczny obraz-krakowska bagatelka.

Monumentalna alegoria:

Natchnienie jest monarchą, który łaskawie i z góry nierówno dzieli swoje dary. Wskazuje miejsce w swoim panteonie sztuki. Ugruntowany podwaliną platońskiej filozofii godzi Piękno z Prawdą. Piękno jest zawsze dobre, gdy nim jest w istocie. Skulona i nie dość urodziwa  Prawda- przyjmuje sojusz Piękna, choć robi to niechętnie.

U ich stóp znudzona Talia, muza komedii, daje się zabawiać błaznowi. Dla rozweselenia  swojej kapryśnej pani komediant ożywia smutne kukły. Niezadowolenie Talii bierze się od zbytniej bliskości Melpomene, muzy tragedii. Wielki Apollo już na zawsze wprowadził niezgodę pomiędzy tymi siostrami. Przyodziana czarnym kirem Tragedia załamuje spracowane, żylaste ręce. Zbrodnia i występek wciąż towarzyszy jej istnieniu. Brzemię zła rodzące się wciąż na nowo, w towarzystwie Furii, Widm i Demonów wyciskają na jej twarzy swoje piętno.

W bliskości zła posłaniec miłości-Eros skazany jest na samotność i ciągły płacz nad swoim nieszczęsnym sercem. Jego miejsce jest po prawej stronie, gdzie panują radośniejsze z sióstr-Muz.

Terpsychora skupia wokół siebie radosny orszak tancerzy. Muzyka i Śpiew wdzięcznie towarzyszą beztroskiej zabawie ciał. W szalonym tańcu królują zmysły, ku radości Bachusa.

W szale rozkoszy Psyche szamoce się, głodna wyższych uniesień. Tylko uwalniając się od świata zmysłowego Dusza możne wstąpić w świat idei, definiowanych przez Platona jako najwyższe.

Alegoria zawierająca w sobie elementy greckich wierzeń, dramatu i filozofii została przedstawiona na szczególnym obrazie znajdującym się w Krakowie. Dokładnie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. A jeszcze bardziej ściśle- na kurtynie teatru.

Monumentalnego i gigantycznego w swoich rozmiarach, liczącego prawie 120 lat dzieła dokonał  Henryk Siemiradzki, wybitny artysta, malarz, tworzący w drugiej połowie wieku XIX.

Jego obrazy zdobią europejskie galerie. Duża kolekcja jego dzieł znajduje się w Krakowie, mieście, do którego artysta miał szczególny sentyment, choć na stałe mieszkał w Rzymie. Aby płótno, o którym mowa, powstało, Siemiradzki musiał przystąpić do konkursu, który ogłosiła Rada Miejska Miasta Krakowa. Projekty spłynęły z całej Europy. Swoje propozycje przysłali min. Józef Mehoffer, Stanisław Wyspiański, Jadwiga Bogucka, Tomasz Lisiewicz.

Płótno o wymiarach 1190 na 960 cm w Krakowie nie stanowi ewenementu przy dziełach Matejki, czy Wawelskich Arrasach. Powstało w Rzymie, w technice zapewniającej trwałość i odporność na zanieczyszczenia.  Zanim zostało zawieszone pokazano je na wystawie w Rzymie i Wiedniu. Sam autor uczestniczył w konstruowaniu mocowania kurtyny w teatrze. Jest ona zainstalowana tak, aby niezawodnie podnosiła się do góry bez zwijania, czy zaginania.

Zasłona tysiące razy rozpoczynała  przedstawienia mniejsze i większe, kreacje najwybitniejszych aktorów: Ludwika Solskiego, Juliusza Osterwy, Michała Tarasiewicza, Zo-fii Jaroszewskiej, Jana Kurnakowicza, Jerzego Leszczyńskiego, Antoniego Fertnera,  Haliny Gryglaszewskiej, Halina Mikołajskiej, Marty Stebnickiej, Mariana Cebulskiego, Adam Hanuszkiewicza, Gustawa Holoubka, Tadeusza Łomnickiego i wielu innych wspaniałych.

Obecnie każdy widz może podziwiać przetrwałe wiekowe dzieło, które wciąż cieszy zmysły, nadając teatrowi splendoru i oprawy.

Henryk Siemiradzki istnieje bardzo mocno w kulturze Krakowa. Podarunek dla miasta, obraz „Pochodnie Nerona”, stał się przyczynkiem dla powstania Muzeum Narodowego w Sukiennicach. Jedna z sal muzeum została nazwana na jego cześć „Salą Siemiradzkiego”. Zachęcam do zwiedzania muzeum, zwłaszcza, że już od zeszłego roku można podziwiać „Hołd Pruski”, który wrócił z dalekiej tułaczki.

Krajobraz znad Świsłoczy

Ludwik Wodzicki

Wstydliwa krakowska sprawa.

Tego krakowskiego widoku na pewno nie zobaczycie na żadnej z pocztówek ani wizytówek miasta. Stał się on sromotą grodu i niewygodnym śmieciem, który nie dość dokładnie zamiotło się pod dywan. Za stan obecny, narastający od lat trudno jest obwinić jedną konkretną osobę. Z całą pewnością przyczyną zaistniałego faktu stała się bezmyślność, tępy upór, brak perspektywicznego myślenia i totalna głupota. Nie jest to niestety stwierdzenie odkrywcze.

Rzecz dotyczy pięknego zabytku Krakowa, w rozkwicie onegdaj, a teraz w totalnej ruinie. Co zastanawiające, w Krakowie- ostoi zabytków, ten osierocony budynek na próżno wygląda opieki. Kiedyś nazywał się dumnie- Pałacem Tarnowskich. Jego historia zaczyna się już w XVI wieku, a koleje losu dowodzą, że to obiekt szczególnej ochrony historycznej.

Mieścił się poza głównymi murami starego miasta, otoczony bujnym starym drzewostanem. Na tyłach pałacu pozostało jeszcze trochę starych drzew, o które już dawno przestano dbać. Rosną na terenie ogromnej wagi, w sensie developerskim, stąd ich totalna bezużyteczność.

Los obiektu zdaje się być przesądzony. Ruina długo już nie wytrzyma. Trudno podejrzewać kogoś o to, że dewastacja jest jego celem. Dłuższa obserwacja tego budynku właśnie takie nasuwa skojarzenia. Przysłowiowymi deskami zabite okna, swobodna twórczość „spreyowców” na elewacji, porozrzucane śmieci wokoło; puszki, butelki, nawet stary monitor. Wszystko to razem tworzy rozpaczliwy obraz.

Odnoszę wrażenie, że osoby przechodzące obok tego budynku, odwracając głowę, wolą nie widzieć, wolą nie reagować. Zdaje się, że władze miasta również nie jeżdżą ulicą Szlak.

 

Pałac jest własnością prywatną  zagranicznej firmy. Właściciel podobno nie chce wypowiadać się w mediach, w związku z czym nie są upublicznione jego plany dotyczące tego zabytku, jeśli takie w ogóle istnieją. Posiłkując się artykułami z ubiegłych lat wiadomym jest, że plany zagospodarowania obiektu istniały, tylko że żaden z nich nie wszedł w fazę realizacji.

Gazeta Krakowska z dnia 15-09-2011 zamieściła artykuł, w którym napisała: „Pełnomocnik spółki wysłał do nas pismo o potwierdzenie, że jest właścicielem zabytkowego obiektu i dochowuje obowiązku jego konserwacji. Mając takie zaświadczenie, byłby zwolniony z podatku od nieruchomości – mówi Chrząszczewski.

Konserwator obiekt skontrolował i chwycił się za głowę. Dawny pałac to rudera zniszczona m.in. pożarem z kwietnia 2011 r. Co więcej, właściciel zrezygnował z jego ochrony. Konserwator napisał więc zaświadczenie, a w nim – że właściciel nie spełnia ustawowego obowiązku dbania o zabytek. I zawiadomił prokuraturę. Postępowanie prowadzi policja.”

Po wojnie, jak słusznie  Drogi Czytelnik się orientuje, pałac został upaństwowiony i długo był siedzibą Polskiego Radia. Po zmianie ustroju rodzina Tarnowskich, zapewnesłusznie, odebrała państwu swoją własność. Jednak ciężar nieruchomości okazał się dla niej zbyt wielki i zdecydowała się na sprzedaż. Tak rozpoczęła się kaska niepomyślnych zbiegów okoliczności i z roku na rok coraz bardziej niszczał pełniąc  rolę miejskiego straszydła choć  pierwszeństwa w oszpecaniu okolicy krakowskiemu „szkieletorowi” i tak nie odbierze.

Czy ktoś jest mi w stanie odpowiedzieć, jakie są granice własności i czy istnieje bardziej świętsze prawo od prawa własności? W tej sprawie, prawo własności ewidentnie zwycięża pokonując prawo do własności historycznych, narodowych, intelektualnych. Co mówią potomkowie sławnego rodu Tarnowskich widząc swoje dziedzictwo w tak opłakanym stanie? Nie żal im?

Reportaż o stanie pałacu wewnątrz. Drastyczne zdjęcia. Źródło: fotopx.blogspot.comPowyżej zdjęcie z fotoreportażu autora bloga: fotopx.blogspot.com. Ostrzegam, że zdjęcia są mocno zasmucające.

Źródło cytatu:


http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/450760,krakow-palac-tarnowskich-ruina-na-sprzedaz,id,t.html?cookie=1

Muzeum Narodowe w Krakowie zaprasza

 

Muzeum Narodowe w Krakowie przygotowało dla odwiedzających specjalną ofertę. Chętni do zobaczenia wszystkich stałych ekspozycji, we wszystkich oddziałach, będą mogli pobrać w kasie darmowy bilet, który uprawnia do wejścia na wystawy.

Zachęcam gorąco, jest co oglądać. Promocja będzie trwać tylko do 27 stycznia, a więc czasu pozostało niewiele.

Zawsze Młoda

Plakat II wystawy TAP „Sztuka”, 1898, modelka Ata Zakrzewska
O tym marzy każda kobieta. 
Młodość wieczna, jeśli taka w ogóle istnieje, tkwi w myśli, duchu, w
ulotnej idei wrażliwego artysty, który potrafi zamknąć w swoim dziele część
przeszłości, cegiełkę młodości szczęśliwej modelki- muzy. Na próżno, drogie
panie,  botoksy, kwasy hialuronowe i
przyjaźń z chirurgiem plastycznym. Warto zgodzić się z tym zawczasu, że zawsze
młoda pozostaje jedynie idea.
Nihilistycznie zaczęłam, choć nie powiedziałam nic nowego, ale,
 co gorsza, mogłam do siebie zrazić tym
brutalnym „intro” płeć piękną. Choć paradoksalnie, miałam na celu zachęcenie, pobudzenie
do łowienia piękna, które nie wyraża się jedynie lustrzanym odbiciem, jawi się
za to urodą duszy pełnej cudownych przymiotów kobiecości.
„Ruda”, Teodor Axentowicz, 1899, modelka Ata Zakrzewska 
Zachwyciły mnie kobiety Młodej Polski, które uchwycone przez
mistrzów, nie imają się czasu i nie boją starości. Zazdrośnie spoglądam na ich
spokojne twarze, szukam ukojenia i rady. Najmocniej przyciąga mnie twarz „Rudej”. Anielsko spokojne oblicze i usta, które zaraz wypowiedzą trująco-słodkie  słowo. Cóż za zbieg okoliczności, że to właśnie
ten obraz przyciągnął mnie w muzeum najmocniej. Modelką uwieczniona na obrazie
jest Ata Zakrzewska. Cóż za ładny zbieg okoliczności. Co Ata chce mi
powiedzieć? Wracam do niej jutro!
Feniks powstaje z popiołów

Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda
Przez las omszałych wieków tajemniczo płynie
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii.
Niech się usta człowiecze zawrzą jak mimozy,
Jak róże, gdy z kapliczki Anioł Pański spłynie,
Jak perskie na księżyca widok tulipany.
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii
Przez ogród moich marzeń przepachnąco płynie
Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda.

Wacław Rolicz-Lieder
Portret Ireny Solskiej, Leon Wyczółkowski
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie w Kamienicy Szołayskich
znajdujący się przy Placu Szczepańskim otworzył, po remoncie, swoje podwoje dla
zwiedzających. Rozpoczął 26.09.2012 uroczystością związana z udostępnieniem dla
publiczności nowej, ciekawej ekspozycji. „Zawsze Młoda!” to wystawa prezentująca
bogaty zbiór obrazów, grafik, druków, rzeźb, rękodzieła, druków, plakatów z
okresu około 1900 roku.
Jan Matejko tworzył wówczas monumentalne dzieła, lecz pod jego surowym skrzydłem rodził się już nowy prąd. Jego wychowankowie krytycznie patrzyli na
twórczość mistrza. Nowe stowarzyszenia artystów, wystawy sztuki oraz
kawiarniane burze głów, owocowały umocnieniem się nowej myśli  artystycznej, której koronne przykłady możemy
obejrzeć w  Kamienicy Szołayskich.
Na wystawie znaleźć można dzieła twórców takich jak:
Stanisław Wyspiański, Leon Wyczółkowski, Jacek Malczewski, Olga Boznańska,
Teodor Axentowicz i wielu innych.
Wystawa będzie czynna jeszcze rok, a więc jest czas na zaplanowanie
sobie wycieczki. Przypominam, że w niedzielę można zobaczyć ekspozycję za
darmo. Wystarczy tylko przyjść. 
Czy znajdziecie na wystawie taki krótki tekst ?
W sztuce jest spokój
W sztuce ukojenie
W sztuce jest życie
W sztuce zapomnienie

Kraków okiem Gustawa Holoubka

Wydeptując swoje ścieżki Krakowa, współczesny mieszkaniec, widzący w starowiecznych budynkach swoją codzienność, często zapomina, że przyszło mu żyć w magicznym mieście. 
Co rano podąża drogami sławnych nazwisk. Widzi to, co oni widzieli. Wrasta w te same miejsca, w których tamci zapuszczali swoje korzenie.

Kraków. Miasto nieobojętne. Na szczęście nie budzi skrajnych emocji.  Nie polaryzuje odczuć mieszkańców, zachwyca turystów. Tak jest teraz.  To miasto otwarte na świat, choć jego domeną jest dawny urok i galicyjski spokój.

Gustaw Holoubek, choć kojarzony głównie ze sceną warszawską, tu właśnie rozpoczął swoją ciekawą podróż przez życie. Dzięki spisanym wspomnieniom, ożywia jeszcze na krótką chwilę świat, którego był częścią.
Podążając za jego słowem, odbywam sentymentalną podróż i na nowo spoglądam na znane budynki i miejsca. 
*
Zwierzyniec
Teraz to dzielnica i ekskluzywna i zapomniana zarazem. Gdzieniegdzie nowoczesność mocno wymazuje dawną tajemnicę, a jednocześnie, dla dziwnej równowagi, majątkowa zawierucha hamuje trwałą przemianę tego miejsca. Stare drzewa wciąż pozwalają pamiętać, jakim tajemniczym miejscem była dawniej ta dzielnica.
„Budowla drewniana i okrągła, bardzo tajemnicza i niedostępna, o której zawsze się mówiło, że jest starosłowiańską gontyną. Jeszcze parę kroków w górę, po prawej stronie, na niewielkim dziedzińcu biały kościół Świętego Salwatora. W tym zakątku właśnie, u stóp wzgórza wśród dziesiątków sadów,  straszliwie bogatych w czereśnie, jabłka, gruszki i śliwki, gnieździły się wille, omszałe, starożytne, strzeżone przez psy, a mieszkańców tych domostw, przynajmniej za mojego dzieciństwa, nikt nigdy nie widział. Nic więc dziwnego, że w tym miejscu zatopionym w wiecznym cieniu miały swoje siedlisko wszystkie strachy świata”
Błonia Krakowskie.
Tu nie mogło się wiele zmienić. Zmienia się otoczenie. Wokół rosną nowoczesne budynki, znak naszych czasów. Te krakowskie „Pola Elizejskie” pozostają niezmienne.
„Krakowskie Błonia. Nigdy nie liczyłem, ile mają morgów i dotąd nie wiem, może dwieście, a może dwa tysiące. Są w kształcie trójkąta, którego podstawą są (…) wały Rudawy, a wierzchołkiem wylot ulicy Wolskiej. (..) Nie odznaczają się niczym szczególnym. Rośnie na nich trawa i wszystkie z trawą związane kwiatki świata. A przecież Błonia były i są jednym z firmowych znaków Krakowa, jak Wawel, kościół Mariacki, Sukiennice, Wisła czy Planty”
Plac na Groblach

Gimnazjum imienia Bartłomieja Nowodworskiego, to wspanialej tradycji szkoła, której pedagodzy mieli szczęście wykształcić tak szlachetne charaktery jak m.in.: Jana III Sobieskiego, Józefa Bema, Ignacego Daszyńskiego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Jana Matejkę, Jana Mehoffera, Stanisława Wyspiańskiego, Antoniego Kępińskiego i wielu, wielu innych. Wśród nich Gustawa Holoubka.
„To stamtąd, ze światła tej wspanialej uczelni, z talentów jej świetnych nauczycieli mogę czerpać pewność, że wychowanie w duchu humanistycznym to dochowanie się człowieka z takim poczuciem godności, jakie wynika z przekonania, że najwyższą wartość doczesną jest drugi człowiek.”


Współczesny wygląd gimnazjum: photoblog.pl

Wawel
O Wawelu pisać- wciąż zawsze za mało. Miejsce to w każdym z odwiedzających budzi inne odczucia. Pielgrzymki, nawet w szare, brzydkie dni nie ustają. Dla „Krakusa”, który ma wyjątkowe szczęście wielokrotnej bytności w tym miejscu, najlepszym czasem odwiedzin, są godziny nietypowe, dające gwarancję „świętego” spokoju.
„Na doniosłym wzgórzu, strzelisty, gotycki, otoczony mgłą albo burzowymi chmurami, napełniony dźwiękiem największego dzwonu świata unosi się w powietrze i wchłania co zostało stworzone, od antyku przez Szekspira (…)Jakikolwiek byłby punkt widzenia na ten najcenniejszy narodowy zabytek, jedno jest pewne: W Wawelu może najwyraźniej ze wszystkich miejsc zaklęta jest polskość. To szczególne połączenie wzniosłości i zwyczajności, monumentalności i kameralności, które nadaje ludzkie wymiary siedzibie o takim zasięgu oddziaływania, jest niezwykłe i dla nas specyficzne.(…)  ”
Wspomnienia-ulotne wrażenia, nie uchwycone w odpowiedniej chwili, rozpływają się w atmosferze niepamięci, zubożając tym samym przyszłość o czyjeś emocje i tęsknoty.  Wspomnienia Gustawa Holoubka zostają z nami ciesząc oczy, zmysły nie tylko swoimi przeżyciami, unikalnymi obrazami, ale także piękną, wyjątkową polszczyzną.
 Cytaty i stare zdjęcia:
„Wspomnienia z niepamięci”, Gustaw Holoubek, Wydawnictwo Marginesy, Wa-wa 2009

Tęcza Turnera

Księżyc w nowiu, czyli straciłem łódkę nie będziesz mieć sersa, Wiliam Turner 1840

Jeszcze do 8 stycznia trwa wystawa „Turner. Malarz żywiołów”. Dyrekcja Muzeum Narodowego  w Krakowie zadecydowała, że  w ostatnie dni wystawa będzie czynna  do godziny 20.00, aby wszyscy, którzy jeszcze tego nie zrobili, mogli ją obejrzeć. Wystawa cieszy się wciąż niesłabnącą popularnością. Zachęcam do skorzystania z takiej rzadko nadarzającej się sposobności obejrzenia dzieł światowego formatu.   W przeciwnym razie, prace te będzie można obejrzeć  w Londynie.


„Prezentowane w Muzeum Narodowym w Krakowie osiemdziesiąt cztery prace Turnera, przedstawiające żywioły: ziemi, wody, powietrza i  ognia, pochodzą z Galerii Tate oraz kilku kolekcji angielskich i amerykańskich. Wystawę przygotowało Bucerius Kunst Forum w Hamburgu…” ( broszura MNK).
Są to dzieła z różnego okresu twórczego Turnera, różnego formatu i techniki.  Głównym motywem jednoczącym wystawę jest właśnie motyw żywiołów, którym malarz poświecił wiele swojej uwagi i wnikliwych studiów, posiłkując się przy tym naukami przyrodniczymi, w tym geologią. 
Wiele uwagi w swoich pracach poświęcił obserwacji natury i jej setek twarzy, od pięknych lukrowych wschodów słońca, mgieł, aż po  sztormowe sine fale, czy głębokie jaskinie. Żywiołom oddał właściwy, często groźnie piękny urok, uświadamiając tym samym ich potęgę i oczywistą niezależność od woli ludzkiej.

Wiliam Turner, Wielorybnicy, 1845

  Swoje prace Turner tworzył w niezwykły sposób. Popularny pędzel był dla niego zbyt ubogim i delikatnym narzędziem. Malował rękami, pacami, rozdrapywał, wcierał i polerował. Stąd znany był z odwiecznie brudnych, zaszłych farbą, rąk. Według niego każdy, szanujący się malarz powinien był mieć ręce brudne od farby.
Lubił robić wrażenie na współczesnych sobie odbiorcach, przetrzymując ich w ciemnym pomieszczeniu, zanim zaprezentował im obrazy. Twierdził, że oczy przyzwyczajone do ciemności lepiej odbierają światło bijące z jego obrazów.    
Rozżarzony zachód słońca nieopodal lądu, Wiliam Turner 

Jego studia nad kolorem i światłem, zachwycają. Uwiecznione wizje pełne są niedomówień i sugestii, przez co znacznie silniej działają na wyobraźnię zwykłego odbiorcy.  Niezwykłość obrazów olejnych  polega na genialnym „wyłuskiwaniu” światła i osiąganiu efektu podświetlania, zdać by się mogło, zewnętrznego.

Na uwagę zasługują tu pomniejsze prace Turnera wykonywane zazwyczaj w gwaszu lub akwareli. Są to studia natury i zjawisk atmosferycznych.  To głównie plamy kolorów, maźnięcia jakby od niechcenia. Z pozoru wykonywane szybko i niestarannie.
Wiliam Turner, Tęcza 1820-1830, akwarela

Jak to niestarannie? Prace te wyjątkowo zatrzymały mnie przy sobie. Zwłaszcza niewielka akwarela pt. „Tęcza”.  Analiza plam i celowych maźnięć uruchomiła wyobraźnie i natychmiast przywołała podobne obrazy w mojej pamięci.  Przywołała setki tęcz i podobnych zjawisk przyrody. Sprawiła, że celowe niedomówienia autora, wypełniła moja wyobraźnia.
 Dzięki „turnerowskiej ramie”, fantazja  odbiorcy tworzy niepowtarzalne odzwierciedlenie rzeczywistości zmieszanej z różną wrażliwością i życiowym doświadczeniem oglądającego.

Zachęcam jeszcze raz do obejrzenia tej wspaniałej wystawy dzieł, których ceny na aukcjach osiągają niezwykłe kwoty, a bilety są w wyjątkowo przystępnej cenie i na każdą kieszeń. 
Informacje: Muzeum Narodowe w Krakowie 

Muzeum

Muzealny Karnet 


Odeszły do lamusa czasy, kiedy do muzeum przychodziło się z wrażeniem, że zwiedzający potrzebni są tam tylko po to, by wyfroterować podłogi półmetrowymi kapciami. Kosz z paskudnymi cichobiegami straszył na wstępie, a sama myśl o grzebaniu w tym koszu, za kapciem do pary, przyprawiała o dreszcze i sprawiała, że niejeden pozostał przed drzwiami.
Dzisiejsze muzea są wspaniałe. Owszem, zgadza się, że w niektórych istnieje obowiązek zakładania ochraniaczy, ale rzadko i najczęściej jednorazowego użytku. Zmienia się sposób funkcjonowania muzeów, zarządzania, reklamowania. Piękne wnętrza, czyste, zadbane, klimatyzowane. Eksponaty wspaniale odrestaurowane, umieszczone w artystycznie zaprojektowanych wnętrzach.  Muzea wychodzą naprzeciw odbiorcy, chcą do siebie przyciągnąć jak największą rzeszę zwiedzających. Już to bogatą ofertą, już to znakomitymi promocjami i bezpłatnymi wstępami, albo bogatym wachlarzem wystaw czasowych.
Znana jest przecież mieszkańcom Krakowa „Noc muzeów”, na której doskonale bawią się wszyscy mali, młodzi i mniej młodzi.
 Pomimo zmęczenia, chodzimy wszędzie, gdzie się da i na ile pozwoli czas. Bawimy się świetnie.

Witkacy,  MNK

Animacje w Muzeum Sztuki XX wieku, Gmach Główny
Sala z lustrami, Muzeum Narodowe w Krakowie

Tymczasem Muzeum Narodowe w Krakowie, na rocznicę 125-lecia swojego istnienia,  wydało bilet uprawniający do wstępu do wszystkich swoich oddziałów. Bilety mają długa datę ważności, a więc można z powodzeniem przyjemność kulturalną rozłożyć na kilka weekendów. W karnecie jest osiem pozycji. Każdy z pewnością znajdzie dla siebie coś ciekawego. Koszt takiego karnetu jest zaskakująco niski: 22 zł, to prawdziwa gratka dla wielbicieli krakowskich muzeów.
Korzystając z tak wspanialej oferty, zawitałam do Muzeum Stanisława Wyspiańskiego. W Kamienicy Szołayskich w Salonie Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego można nie tylko pocieszyć oko ale także ucho.
Tym razem trafiłam, przyznam się, że z zaskoczenia na sympatyczny i bardzo kameralny koncert studentów krakowskiego konserwatorium. Młode, ambitne studentki przedstawiły utwory między innymi Mozarta, Offenbacha, Schuberta. Dyrektor muzeum, który był tak uprzejmy razem z nami słuchać koncertu i powiedzieć kilka ciepłych słów o wykonawcach, zapewnił nas o cykliczności koncertów. Jak zdążyłam się zorientować, pan Dyrektor bardzo sprzyja tego typu wydarzeniom, za co ogromne mu dzięki.
Koncert studentek konserwatorium w Muzeum Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie

Reminiscencje 11.11.11.

„-oni sami śpią na wieki, ale uczucia ich i myśli krążyć nie przestają w przestrzeni i płonąć w powietrzu, aż wejdą znowu w żywych, młodych, silnych, kochających ziemię i ludzi!”

 Nad Niemnem, Eliza Orzeszkowa



Tu wszystko stoi w miejscu, nawet czas. Wyhamowuje przed wiekowym portalem i cierpliwie czeka, aż znowu zagubiony w świętym przybytku człowiek, pojawi się. Tak jest w Katedrze Wawelskiej.
Miejsce to szczególnie mocno uzmysławia trwałość i stabilność świata i kruchość ludzkiego bytu. Tu mieszkają wieczni uciekinierzy, którzy czas oszukali na długo, a może i na zawsze. Wśród ich duchowej obecności chce się przebywać. Łykać kęsy ich wieczności, ocierając się tym samym, niemal cieleśnie, o historię.
Msza za Ojczyznę pośród królów i bohaterów narodowych to chwila, na którą można czekać, nie godzinę, ale kilka, bez znużenia.
*
W katedrze gęstniał tłum. Szmer, szuranie, czasem kłótnia, towarzyszyły kompresji wiernych. Donośny dźwięk Zygmunta stłumiał, ruch i głosy, wprawiał w letarg żyjących i…
 Budził tych co na mszy powinni się stawić. W tej rozpachnionej kadzidłem atmosferze, niemal materialnie odczuwało się obecność osób, których stopy dawniej, ścierały pastowaną na dziś posadzkę. Uwierzyć trudno, że godne szczątki króla Władysława Jagiełły pół metra oddalone, celebrowały tę mszę wraz ze mną.
 Wiele osób słuchając dzwonu, przymykało, w tym momencie, zbędne oczy. Każdy chciał poczuci się sam. Sam na sam z historią. 
Uczucia, myśli naszych bohaterów krążyły wśród nas, wezwane złamanym dźwiękiem Zygmunta. Głosem tak charakterystycznym i donośnym, że usłyszeli go pośród szumiących wód Styksu. Wrócili przywołani.
Choć serce dzwonu jeszcze nie pękło.Czas obudzić się drodzy!

*
W szale współczesnej komercji, wojny poglądów, topnieniu szlachetnych idei, karykaturalnej moralności, to miejsce otuliło mnie spokojem i odgrodziło od teraźniejszości.
Teraźniejszości, w której zwykłemu człowiekowi, źle się dzieje. Przez kolorowe okulary, które ktoś założył mu na oczy, coraz jaskrawiej prześwieca prawdziwa rzeczywistość. Nie wystarcza już sprytna manipulacja socjotechników, aby biedak czuł się luksusowo. Nie wystarczy medialna papka i zlepek bzdurnych ogłupiaczy, podanych z uśmiechem słoneczka. Wszystko się wali, bo ze zwykłego człowieka ostatnia kropla soku właśnie wypływa. Na niej, nie pożywi się już żaden ogromny Echinococcus.
*
Ile jeszcze drogich Ci rzeczy sprzedasz bliski mi człowieku? Co zrobisz, gdy one się skończą? Sprzedasz swoją duszę?
*
Wieczorem tego samego dnia na Rynku krakowskim, odbyła się „Lekcja śpiewania”. Pomimo przejmującego zimna, było mnóstwo osób. Były także dzieci. Śpiewano wiele wspaniałych pieśni legionowych i powstańczych. Publiczność śpiewała głośno i żarliwie. Zwłaszcza: „Pieśń Legionów” i „Rozkwitały pąki białych róż”. Widziałam łzy, radość, na twarzach młodych i starszych, zdziwienie w oczach dzieci. 
To była dla nich wielka lekcja. I dla mnie skarcenie, że czasem w Was wątpię.

Hiszpania w Krakowie

Anna Maria Wazówna , Marcin Kober, Patrimonio Nacional

Lato, może nie gorące, ale za przyczyną wyżu znad Hiszpanii, stało się w  Krakowie wyjątkowo „ciepłe”. Wszystko to za przyczyną wspaniałego pomysłu pokazania Polakom części historycznego dziedzictwa Hiszpanii. W Muzeum Narodowym w Krakowie, właśnie trwa wystawa, jakiej dawno nie było.
Skarby Korony Hiszpańskiej.

Została zorganizowana we współpracy z Patrimonio Nacionale de Espana ( Dziedzictwa Narodowego), a patronat nad nią objęły głowy obu państw- Polski i Hiszpanii.
Zaskakujące jest to, że na plakatach ogłaszających wystawę, których, ku mojej uciesze jest wiele, zaznaczono mocny akcent polski. Zapewnie znalazł się on nie przez przypadek.
Wizerunkiem promującym to wydarzenie kulturalne, jest portret malutkiej Anny Marii Wazówny, siostry Władysława IV, króla Polski i córki Zygmunta III Wazy, króla i ojca Władysława, co zapewne wszyscy wiedzą :-).
Portret ten znalazł się w zasobnych zbiorach korony hiszpańskiej z tego powodu, że ciotka małej królewny, była żoną króla Hiszpanii Filipa III, a zarazem siostrą królowej Polski, a żony Zygmunta.
Wizerunki takie, nie były niczym dziwnym. Utrwalanie latorośli  w tym wieku, było praktyką dość częstą, a nawet pożądaną w rodach królewskich. Pamiętać należy, że był to jedyny sposób utrwalania dzieciństwa, które, jak sami wiemy, tak szybko mija.
Dla Małgorzaty ( królowej hiszpańskiej), musiała być to ckliwa pamiątka.
Prócz tego miłego akcentu, który łechce naszą oczywistą dumę, są inne, na miarę światową, skarby.
Na zbiór wystawowy złożyły się eksponaty z przestrzeni kilku wieków, stylów i dziedzin: zbroje, rzeźby, obrazy, sztuka użytkowa.
Ponieważ moje zdanie jest tylko zdaniem laika, a fachowcy z pewnością wybaczą mi nieścisłości i nieplanowaną ignorancję, jednak po obejrzeniu zbiorów czuję niedosyt. Po tej smacznej zakąsce, ma się ochotę na danie główne. Danie głownie owszem istnieje, lecz w Hiszpanii, a na taką wycieczkę nie wszyscy mogą sobie pozwolić. Z drugiej, jednak, strony, rozumieć należy i docenić starania organizatorów w sprowadzeniu tak cennych zabytków. Przedsięwzięcie jest imponujące.
ECCE HOMO, Tycjan, 1560, Patrimonio Nacional
Całości splendoru dodają malarskie wspaniałości takich mistrzów jak: El Greco, Verones, Tycjan, Tintorett, Zurbaran, Riber, Morales, Velasquez, Goya.
Obcowanie z dziełami tak wielkimi, jest przeżyciem niezapomnianym i wzniosłym. Dotykanie historii, która tworzy świat, zbliżanie się na wyciągnięcie ręki do płócien najznakomitszych mistrzów to nie lada okazja, unikalna i warta obejrzenia.
Gorąco zachęcam do odwiedzenia wystawy, która wciąż trwa. 

Majowe Rakowice

A ja wciąż swoje. Przemijanie jest naturalną konsekwencją realnego bytu. Rakowice miejsce wiecznej ciszy, cmentarz wielu pokoleń Krakowian. W maju nasiąka inną, niż listopadowa, atmosferą. Nie ma tłumów, stosów zniczy, komercji. O tym miejscu, bardziej niż ludzie, pamięta natura. Majową przyrodą otacza ciszę, przerywaną jedynie trelami ptaków.
Nigdy nie doświadczałam nieprzyjemnego odczucia będąc na cmentarzu. Zawsze był dla mnie ostoją ciszy, spokoju i dobrej, dziwnej aury, nigdy źródłem lęku, ani przyczyną dla której miałabym się bać.
Warto zajrzeć, zwiedzić, odwiedzić. 
Kamienne anioły na straży dużych, bardzo starych katakumb.
Cokoły z mocno zniszczonymi, przez kwaśne deszcze, kamiennymi figurami.
Rodowe herby na grobach, jedyne już teraz obrazy dawnego arystokratycznego świata.
Tu herb Starykoń.
Skromne stokrotki, które znalazły sobie promień światła.
Polne kwiaty na zbiorowym grobie tych co zginęli podczas I Wojny Światowej.
Ludzkie postacie, długie i krótkie żywoty, tragedie i zwykłe życie zamknięte w porcelanowym szkiełku.
I anielski opiekun  Eloe

Plebiscyt w Słowackim

Do Teatru im. Juliusza Słowackiego powracam wciąż z niesłabnącą fascynacją i zachwytem. Stylowe, przepyszne wnętrza, kameralność, niewywietrzały jeszcze, pomimo wschodniego przeciągu, zapach „Młodej Polski”, czyni ten teatr wyjątkowym.
Trzeba wiedzieć, że jako zabytek, w stosunku do innych krakowskich zabytków, jest młody. Do użytku oddano go w 1893 roku.
Budynek stoi w miejscu dawnego, starego kościoła pod wezwaniem Świętego Ducha. Kościółek ten został wyburzony podczas prac związanych z „upiększaniem” i porządkowaniem Starego Miasta. Wyburzenie czternastowiecznego kościoła wielu uznało za czyn niegodny. Jan Matejko w proteście przeciwko wyburzaniu zabytków, oddał honorowe obywatelstwo miasta Krakowa i zabronił wystawiania swoich dzieł w Krakowie.
Pomimo krótkiego życia, teatr zdążył zasłużyć sobie na swoją sławę, rodził talenty i wydarzenia artystyczne, które szerokim echem odbijały się w całym kraju.
Historia teatru toczy się, a rok 2011 przyniósł mu nowe premiery, dlatego idąc z duchem czasu, zaprosił widzów do Plebiscytu Publiczności.
„Zachęcamy do wybrania najlepszych w kilku kategoriach:spektakl, reżyseria, scenografia oraz najlepsza aktorka i najlepszy aktor.(…)
Zakończenie Plebiscyu 6 marca 2011”
Na premiery teatru  złożyły się:






A ja jutro mam zamiar doskonale się bawić w Teatrze im. Juliusza Słowackiego na lekkiej i przyjemnej sztuce Moliera „ Chory z urojenia”,  z doborową aktorską obsadą.
Bezczelnie nie proszę o życzenia dobrej zabawy, bo jestem pewna, że będę bawić się przednio.
Pomyślałam sobie, że po przegranej, zasłużyłam na chwilę przyjemności. (Opis sztuki podlinkowany na zdjęciu)

Warneńczyk


-A teraz dzieci spójrzcie na ten grób. Tu leży bardzo młody król, który miał tyle samo lat, co wy i już był królem, a wy co? Same łobuzy i nieuki!.
-A ja to bym wolał być królem, niż się uczyć!*

Czasami instytucja przewodnika bardzo się przydaje zwłaszcza w takich miejscach, jak Katedra na Wawelu. Pozwala to, w wielu wypadkach, zachować twarz w oczach młodzieży i uchronić się od niewygodnych pytań.
*
Kenotafium Władysława Warneńczyka, jest tak sugestywne. Tej sugestii, że grób jest prawdziwy i „pełny”, ulega sporo osób. Tłumaczyć to należy z pobłażliwością, gdyż historycy sami, nie są zgodni co do tego, gdzie młody Władysław został pochowany. Jedno jest pewne, zaginął pod Warną w czasie walki z Turkami 1444 roku. Nigdy nie odnaleziono jego ciała, a jego grób pozostał zawsze pusty. 
Ten na Wawelu, bo istnieje jeszcze mauzoleum w Warnie, został ufundowany w 1906 roku, a wykonany przez Antoniego Madeyskiego. Tego samego artystę, który wykonał biały sarkofag Jadwigi Andegaweńskiej.
*
Co się stało z młodym, dobrze zapowiadającym się królem, nie ustalono nigdy. Tak naprawdę , w bitwie pod Warną, nie widziano jego śmierci, ani też ciała. Pogłoski, że Turcy, zabili go, a jego głowę, zatkniętą na włócznię, obwożono po obozie, a sułtan trzymał ją w naczyniu z miodem, są tylko plotkami przez nikogo nie potwierdzonymi.
Już sam Jan Długosz notował, że „wszyscy byli przekonani, że król Władysław żyje i spodziewali się, że kiedyś się ukaże, uznano, że wybór Księcia Litewskiego Kazimierza, ma wprawdzie moc prawną, nie należy go ogłaszać [królem] na piśmie”.
„Książe Kazimierz bardzo się niepokoił i martwił losem swego rodzonego brata, króla Władysława i klęską jego wojska i narodu chrześcijańskiego i nie starcza(ło) mu siły na podjęcie się spraw publicznych. Wydaje się mu, że to jeszcze za wcześnie, żeby się miał narzucać do przejmowania Królestwa Polskiego(…), że należy czekać przez dłuższy okres na nadejście pewniejszej wiadomości o życiu lub śmierci króla.”
Racja stanu wymagała tego, aby brat Kazimierz, przejął koronę po bracie. Tak chcieli posłowie, tak chciała jego matka Zofia. Można wnioskować, że aby dodać argumentom należytej siły, zaczęto uznawać Władysława za zmarłego, pomimo, że o „jego życiu dochodziły wówczas, nie zasługujące na lekceważenie wiadomości”.
Wbrew temu, posłowie naciskali: „Smucimy się jako ci, dla których jego śmierć jest nie tylko przykra, ale także niebezpieczna. Ale upłynął rok, w czasie którego nie pokazał się nikt, kto widziałby go żywego, skłania to nas do przypuszczenia, że on raczej zmarł niż żyje.”
Uznano Władysława za zmarłego, bo nie było dostatecznych dowodów na jego życie, a milczenie króla, było jednoznaczne. W Europie, jednak, istniało mgliste przekonania, zwłaszcza powtarzane wśród rycerzy, że Warneńczyk żyje. Przekazywano sobie nawet relacje z rzekomych spotkań z królem. Taką to relację miał zdać Mikołaj Florysa w liście z 1472 roku do Krzyżaków.
Jan Długosz zapisał: ”wielu poważnych ludzi upewniało w listach, że się udał do Konstantynopola, to do Wenecji, do Włoch, Siedmiogrodu, na koniec do Albanii i Rascyi; a im pożądańsze były te wieści, tym łatwiej zyskiwały wiarę”.
Podobno miał się pojawić na jednej z portugalskich wysp, pod przybranym nazwiskiem Alemao (Niemiec) i tam spędzić dalsze swoje życie, żeniąc się i wydając potomka imieniem Zygmunt.
*
Rosa stwierdził, iż Krzysztof Kolumb nie był synem kupca, a potomkiem Władysława , który przebywał na Maderze, skąd miał pochodzić Kolumb.
Dla sprawdzenia tej tezy, jedynym możliwym wyjściem są badania genetyczne Jagiellonów ( Władysława, Zofii Olszańskiej, brata Warneńczyka Kazimierza), ale (choć nie jestem fachowcem) wątpię, czy uzyskanie materiału genetycznego będzie możliwe. 
Choć zwłoki królów były poddawane balsamowaniu, nie było ono tak precyzyjne, jak to miało miejsce w starożytnym Egipcie. „Ograniczano się z reguły jedynie do otwarcia jamy brzusznej, wyciągnięcia wnętrzności, kąpieli solnej, nasycenia i zasypania ciała chmielem, ziołami, bawełną, czasami wapnem lub maściami”
Przypomnieć należy, że serce Władysława Jagiełły znajduje się w kościele Franciszkanów w Gródku, gdzie król zmarł.
Życzę powodzenia w badaniach i szczęścia, które niewątpliwie by się przydało.
Czy jednak, zdobycie niezbitych dowodów, że Kolumb był potomkiem Jagiellonów coś zmieni?
*
Swoją drogą zastanawiam się, czemu jeszcze do tej pory nie stworzono profilów genetycznych naszych królów? A może takowe już istnieją, tylko trzymane są w tajemnicy?
Taka tajemnica, poniekąd jest zrozumiała. Któżby nie chciał zbadać swojego profilu DNA i porównać go z królewskim. Ileż to królewskich potomków mogło by się pojawić na tym łez padole…





* sytuacja autentyczna, zasłyszana podczas wizyty w Katedrze

Zapraszam do Katedry na Wawelu

Bibliografia:
Groby Królewskie na Wawelu Michał Rozek, Petrus, 2008, Kraków
Polska Jana Długosza red. nauk. Henryk Samsonowicz, PWN, 1984, Warszawa
Czasopismo Bluszcz nr 19/2010, Piotr Mosak, „Warneńczyk na Maderze”

Smętna Dobrodziejka Krakowa

Och sezon turystyczny w pełni. Jakaś leniwość blogowa mnie ogarnęła. Polot gdzieś się stracił. Idąc z trendem sezonu, pomyślałam sobie, że warto dalej iść szlakiem zabytków krakowskich. Może to przyda się więcej. Może to zachęci Was Drodzy Moi do odwiedzin królewskiego grodu.

W bazylice OO Franciszkanów, tego o którym wspomniałam już poniżej, jest boczna kaplica. Na prawo od głównego wejścia. Jest to kaplica Matki Bożej Bolesnej, znanej również pod nazwą Smętnej Dobrodziejki Krakowa. To miejsce cieszyło się (i wciąż tak jest) ogromną popularnością już od wieków. Działo się to za przyczyną wielu łask, które tu otrzymywali wierni, o czym świadczą niezliczone ilości serduszek wotywnych wokół ołtarza.

„Przed tym obrazem grzeszni wielkimi ciężarami nieprawości obciążeni, za przyczyną tej Panny od Pana Boga pociechy odnoszą… Ludzie w różnych frasunkach, kłopotach i jakichkolwiek dolegliwościach będący, gdy się tam z nabożeństwem ofiarują, za pomocą Bożą i niezwłoczną przyczyną Panny błogosławionej to, o co poproszą, otrzymują. Jest to obraz na wejrzenie żałobny, do skruchy i łez wylania każdego pobudzający”.(Piotr Hiacynt Pruszcz)

Historia samego obrazu jest bardzo ciekawa. Jest to późnogotycki obraz malowany na drewnie przez Mistrza Jerzego, wspaniale odnowiony i utrzymany. Jest to prawdopodobnie część większego dzieła , tzw. tryptyku, który tu przedstawiał scenę męki Pańskiej na krzyżu. Niestety żadna z części prócz tej nie ocalała do naszych czasów. Podczas pożaru w 1850 roku, obraz w niewytłumaczalny sposób ocalał w nienaruszonym stanie, choć wszystko wokół uległo całkowitemu spaleniu.
Z obrazem związany był zwyczaj ułaskawiania zbrodniarzy skazanych na śmierć. Działo się to za przyczyną Bractwa Męki Pańskiej, które to uzyskawszy od króla przywilej, mogło darować wolność jednemu ze skazańców. Odbywało się to w Wielki Czwartek, właśnie przed obrazem Matki Bożej Smętnej, po Mszy świętej i Komunii. Jeden z nich, wybrany, wstawał i wychodził z kościoła wolny.

Wizerunek Dobrodziejki Krakowa jest na wskroś przejmujący i wyjątkowy. Twarz i usta zastygłe w niemym cierpieniu. Po policzkach płyną łzy. Oczy zaczerwienione wciąż patrzą w stronę ukrzyżowanego Jezusa. Aniołowie wokół niej trzymają przedmioty Męki Pańskiej, a świetlny miecz przeszywa jej serce. Wszystko to o czym przypominają jej aniołowie przyjmuje z pokorą i zgodą, ale jednocześnie, z wielkim ludzkim, matczynym bólem.
Ten wizerunek ma swoją głęboką wymowę. Przychodzą tu ludzie ze swymi kłopotami i troskami. Ta twarz wciąż ożywiona emocjami, staje się bliska. Tutaj Twoje zmartwienia stają się mniejsze, bardziej znośne? Budzi się, ożywa na nowo nadzieja…

Jeśli będziecie w Krakowie, kościół OO Franciszkanów jest obowiązkowym punktem. W murach tego kościoła kryje się tyle tajemnic i historii.

Bł. Salomea

W krakowskim, wspaniałym kościele OO Franciszkanów od XIII w. spoczywają relikwie błogosławionej Salomei, córki Leszka Białego, siostry Bolesława Wstydliwego, księżnej, wywodzącej się z dynastii Piastów.
Franciszkanie osobę Salomei darzą specjalnymi względami. Śmiertelne jej szczątki leżą obok brata Bolesława, w specjalnej, jej poświęconej kaplicy, w kościele przy ulicy Franciszkańskiej w Krakowie.
Niektórzy historycy, umieszczenie szczątek bł. Salomei w kościele wiążą z datą konsekracji kościoła. Rzecz to nie pewna, lecz jednak znamienita, w którą pięknie jest wierzyć.
Na witrażach kościoła, stworzonych w XIX w. przez Stanisława Wyspianskiego, przy ołtarzu głównym, Salomea przedstawiona jest w habicie Klarysek. Stoi dumnie i spokojnie, a z jej rąk wypada królewska korona. Ten symbol ma oznaczać, że poświęciła się ona życiu zakonnemu, rezygnując z zaszczytów i splendorów życia królewskiego.
Ponieważ pochodziła z rodu potężnych Piastów, jej życie, tak jak wszystkich królowych, należało nie do niej samej, a do misji jaką musiała wypełnić, a jaką naznaczali ojcowie, królowie. W wieku 3 lat wyznaczono jej męża- księcia węgierskiego Kolmana. Po wielu latach, małżeństwo to doszło do skutku. Mariaż jednak, nigdy nie wypenił się do końca, ponieważ Salomea złożyła wieczyste śluby czystości. Poczciwy Kolman, zgodził się na białe małżeństwo, w którym wytrwali przez ponad dwadzieścia lat, aż do jego śmierci, która to nastąpiła podczas bitwy z Mongołami nad rzeką Sajo.
Owdowiała Salomea, powróciła do Polski i przyjęła śluby zakonne. Wstąpiła, do ufundowanego przez jej brata klasztoru w Zawichoście. Później, dekretem papieskim, Ona i inne Klaryski, została przeniesiona do nowego, bardziej bezpiecznego klasztoru w Skale pod Krakowem. Tu dbała o rozwój klasztoru, i o nową osadę, która powstała za jej przyczyną. Tu dokończyła swojego żywota. Obecne przy jej śmierci osoby relacjonowały, że w momencie śmierci, z jej ust wyszła gwiazda, która stała się jej atrybutem. Po śmierci zasłynęła z cudów uzdrawiania.
Myśląc o Niej, ogarnia mnie zaduma. Cóż tak doczesnego jak władza i pieniądze, teraz, ale i dawniej, jest bardziej pożądane na świecie? Wszystkie współczesne, ludzkie zabiegi, zdają się potwierdzać, że nic ponad to…
A jednak, trochę ogłuszani, chcemy myśleć, że wartości niespieniężone są ważniejsze, czystsze i szlachetniejsze. Bo przecież my, Naród, którego bogactwem są wartości ponadmaterialne, bo inne dawno nam zabrali, stąd i stamtąd, musimy wiedzieć i pamiętać to najmocniej.

Park Jordana

Park Jordana, ten najsłynniejszy w Polsce, był częścią koncepcji znanego i cenionego działacza, społecznika, krakowskiego lekarza ginekologa- Henryka Jordana. Jordan to niepospolita osobowość krakowska, z której działalności, pomysłów i realizacji korzystamy po dziś dzień. Ogólnym założeniem jego koncepcji było stworzenie parków zabaw dla dzieci i młodzieży dla podniesienia słabej kultury fizycznej w społeczeństwie.

Był to ewenement nie tylko w skali Polski. Takich parków nie tworzono jeszcze nigdzie. Zważywszy na fakt, że Polska była w niewoli, Jordan musiał liczyć się z wieloma przeciwnościami i oporem władz, które nie były chętne wzbogacaniu jakiejkolwiek kultury w narodzie.

W 1888 roku H. Jordan wystąpił do Rady Miejskiej w Krakowie z wnioskiem o przyznanie mu miejsca na Błoniach krakowskich, w celu zorganizowania, własnymi siłami i kosztem, parku dla dzieci i młodzieży. Uchwałą Rady Miejskiej w 1889 roku przyznano doktorowi 8 hektarów , które zagospodarował według własnej koncepcji.
Rada Miejska w uznaniu zasług dr Jordana, nadała parkowi imię –twórcy kompleksu- Henryka Jordana. Funkcjonuje ono po dziś dzień.
W ogrodzie zabaw znalazły miejsce place do zabaw zręcznościowych dla młodzieży, do gry w piłkę, korty tenisowe, miejsca z przyrządami gimnastycznymi. Nasadzono rozmaite drzewa i wytyczono aleje. Do roku 1914 umiejscowiono wzdłuż alejek popiersia najsłynniejszych Polaków, patriotów, poetów, działaczy społecznych. Wiele z nich stoi do tej pory dzięki Kazimierzowi Łuczywo, który uratował je przed dewastacją wojenną.

Oczywistym jest, że park nie pełnił roli jedynie rekreacyjnej. Był on kolebką przyszłych patriotów, żołnierzy, którzy pod okiem kamiennych, sławnych Polaków hartowali ciało i wzmacniali złamanego polskiego ducha. Aż dziw bierze, że takie przedsięwzięcie nie wzbudziło żadnych podejrzeń ówczesnych władz, że pozwolono na realizację tak patriotycznego projektu.
Pierwotną funkcję, tą bardziej oficjalną, Park Jordana pełni do dziś. Jest piękny i wspaniale utrzymany. Popiersia sławnych Polaków rosną ku mojej ogromnej radości. Krakowianie z wielkim upodobaniem wybierają na spacery właśnie to miejsce. Ja również.

Prowadzam tu swoje dziecko, jeździmy na rolkach. Realizujemy projekty, które same sobie wymyślamy np. dzisiaj szukamy wśród pomników ludzi literatury Polskiej i znajdujemy: Mickiewicz, Kochanowski, Niemcewicz, Słowacki itp., albo samych duchownych, albo naukowców. Dziecko ma za zadanie znaleźć, a mama musi opowiedzieć o nim choć kilka zdań. Tak musi być, tak powinno być.

Zapraszam Was wszystkich do Parku Jordana po łyk dawnych czasów, zdrowego powietrza i atmosfery, którą oddychał dawny Kraków. W Jordanówce dają pyszną kawkę i podobno najlepsze „Hiszpany” w Krakowie









Piwnica pod…

Czy można skojarzyć Piwnicę pod Baranami inaczej niż z Krakowem? Ta charakterystyczna atmosfera. Mistyczna historia , która na trwałe wgryzła się w Kraków i stała się częścią jego bytu. Pogrążę się w lekturze z niekłamaną przyjemnością.

***


Anioły są na świecie, a ich działanie można zobaczyć, kiedy się patrzy w oczy człowieka. Niemal odczuwa się muśnięcie ich skrzydeł.
Troskliwi, wierni druhowie towarzyszą bez zmęczenia naszemu ziemskiemu bytowi. Widzę ich działanie w dobru, które dajemy sobie wzajemnie.
Jolanto- dziękuję Ci za pamięć, dobre słowo i radość, którą mi sprawiłaś tą wspaniałą książką. Uśmiech jak banan, nie schodzi mi z twarzy. Z repertuaru Piwnicy pod Baranami wybrałam jeden utwór dla Ciebie:

Anioł mój lewy
Mordkę ma białą jak spaniel
Od żalu bólu i mleka
Czeka na Boskie skaranie
Sen ma na ciężkich powiekach

Przyszedł dziś do mnie w zastępstwie
Na ogół wpada ten prawy
Mój anioł lewy ma pecha
Od szkód i od wszelkiej zabawy

Strzeż mnie aniele strzeż
Jutro i tak Ci ucieknę
Lecz zanim znajdę się w piekle
Strzeż mnie aniele strzeż

Najpierw mi grzechy przekłada
Trochę niepewnie na wadze
Te słodkie jak czekolada
Nie są niestety w przewadze

Ciężkie i całkiem śmiertelne
Mylą się grzechy lewemu
Gdy scholastyczny ma problem
Śpiewam mu zamiast refrenu

Strzeż mnie aniele strzeż…

Mordkę jak spaniel ma białą
A oczy dobre jak niebo
Choć mu się kiedyś zdawało

Że najważniejszą potrzebą
Jest równowaga na szalkach

To już go nawet nie drażni
Że się przydaje tak często
Ten fałszowany odważnik

Strzeż mnie aniele strzeż

Tekst: Robert Kasprzycki, Muzyka: Adrian Konarski

Książka: Piwnica pod Baranami , Joanna Olczak-Ronikier, 1997 Prószyński i S-ka

Epitafium Abramskiego

D.O.M.
„Tu spoczywając
nędzny grześnik
Jozef Abramski
żebrze westchnienia
do Boga
za dusze swoje
umarł dnia 14 ( miesiąc nieczytelny) 1743
X Szymon bratu swojemu położył.”

To tragiczne wezwanie przyciągnęło mą uwagę. Cóż ten biedny „grzesznik” nabroił w życiu, aby aż tak na wieki oznajmić to wszem i wobec? A może to był tylko taki sprytny zabieg wzbudzenia w przechodniu litość, aby ten w poczuciu chrześcijańskiego obowiązku zmówił modlitwę w intencji biednej duszy?

Kim był ten człowiek, z pewnością się nie dowiem. Jestem wielce dociekliwą osobą, ale nie na tyle, aby wertować olbrzymie tomiska ksiąg parafialnych sprzed wieków i to jeszcze w kościele Mariackim. Może gdzieś istnieją jego potomkowie. Może coś o nim wiedzą, może…

Jedno jest pewne. Nie należało się to każdemu. Umieszczenie marmurowej płyty z epitafium na zewnętrznych murach kościoła Mariackiego, świadczyło, że nie pochodził z mało znaczącej rodziny, a w każdym razie, nie z mało zamożnej. Umieszczenie takiej płyty wiązało się z datkiem na kościół. Było to oczywiste i ogólnie przyjęte, a zamożni ludzie często zadziwiali swoją hojnością w tej materii. O czym może świadczyć mnogość ołtarzy, kaplic i tablic.
Dlaczego akurat kościół Mariacki?

Mało kto wie, że wokół niego, jeszcze do końca XVIII w., istniał kilkusetletni cmentarz (od XIII w). Plac Mariacki, na którym dzisiaj jest fontanna, to właśnie było główne miejsce pochówku mieszczan. Teraźniejszy kościół pw. Św. Barbary, był kaplicą cmentarną, którą z wiekami powiększano i rozbudowywano. Dopiero przepisy sanitarne wprowadzone pod koniec XVIII wieku, zakazujące pochówku zmarłych w granicach miasta, spowodowały zamknięcie nekropolii. Od tej pory głównym miejscem pochówku Krakowian stały się Rakowice.

Jednak jeśli przejdziecie się dookoła kościoła i uważnie obejrzycie mury- znajdziecie wiele próśb o modlitwę za zmarłych z różnych wieków. Tablice nierzadko wzruszające. Wiele ludzkich losów zapisanych w postaci epitafium i próśb o modlitwę.

Tablica z dramatycznym wydźwiękiem, Ś.P. Abramskiego, skłoniła mnie do zapoznania się z ówczesnymi kanonami, „modami” tekstów nagrobnych. D.O.M. to skrót od łacińskiego D[eo]. O[ptimo]. M[aximo], czyli Bogu, Najlepszemu, Najwyższemu.

W zależności od stopnia zamożności rodziny, fundowano zmarłym od kaplic kościelnych, po ołtarze, ołtarzyki, tablice w kościele, płyty i tablice z epitafium. Tekst jaki zamieszczano ku czci zmarłego był rozmaity. Od łacińskich sentencji począwszy, poprzez wiersze poetów i wierszokletów, skończywszy na wymienianiu zasług doczesnych i funkcji zawodowych i społecznych. Co więcej zapobiegliwi, układali za życia swoje epitafia. Szczególnie jedno dało mi obraz sytuacji. Napis na grobie księdza, któremu na własne życzenie umieszczono ten napis:

„Żebrze westchnienia do Zbawiciela
Pana za dusze swoie xiadz tuteyszy
Piotr nayniegodnieyszy grzesznik wielki zmarły
roku 1767 dni 20 maia”

Indukcyjnym uogólnieniem dochodzę do wniosku, że imć Abramski mógł polecić swojej rodzinie ten wpis, aby ukazać swoją bezdenną pokorę, świadomość grzeszności śmiertelnego życia, nadziei na szczęśliwość wieczną dzięki „westchnieniu” żyjących. Jego małość wobec wieczności nie wstydziła się okazać w trwałym wpisie jego rodzina. Rozmyślam zatem, że tak naprawdę nie był to wielki grzesznik, a zwykły, nawet pobożny człowiek, którego bliscy, świadomi nieprawdziwości tych słów- „nędzny grzesznik”, jak i pewności nienagannej opinii „exitusa”, nie wstydzili się wpisać tego epitafium. O niewybredny żart nikogo nie podejrzewam.

Moje westchnienie dla Niego: Wieczny odpoczynek..