Kto to?

SCAN0023 (1)

Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku „Czortki” w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka – na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie… Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.

Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

Trubadur powstańczy- Mieczysław Fogg

 

M. Fogg

Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.

Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.

Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławnym chórze Dana.

Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.

Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno  104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”

Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.

Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował poniższą piosenkę Mieczysławowi Foggowi.

Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.

Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

Śledztwo-kryptonim „Królewna Śnieżka”

Epoka 3D, filmów tak sugestywnych, że bohaterowie zdają się dostępni na wyciągnięcie ręki. Film wciąż ewoluuje, a wdzięczni odbiorcy w postaci dzieci najbardziej umieją to docenić. Takim samym cudem nowoczesnej kinematografii był film Walta Disneya „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”. Był to pierwszy w historii pełnometrażowy, kolorowy film jaki wyprodukował Walt Disney.

W Polsce także miał swoją odsłonę. Osiągnął sukces kasowy dzięki niezwykłemu dubbingowi, wielkiej nowości na ówczesne czasy. Pamiętać należy, że był to rok 1938.

Takie wielkie wydarzenie kinowe nie obyło się bez wielkich nazwisk. Twórcą polskich tekstów stał się Marian Hemar, najbardziej wzięty autor przedwojennych piosenek.

Słuchając dubbingu nie można mieć wątpliwości, że podkład dźwiękowy ma osiemdziesiąt lat. Głos jest nieczysty, niewyraźny, słychać trzaski i szumy. Aktorzy używają tak charakterystycznego, przedwojennego „ł”. Dykcja i artykulacja słów trąci starą, teatralną szkołą. Jest w tym niewytłumaczalny czar. Urok języka, staranność wypowiadanych słów wciąż urzeka. To majstersztyk wycyzelowany w każdym wymiarze. Kto kryje się za bajkowymi postaciami? Powstało na ten temat kilka plotek a wszystko przez to, że lista aktorów biorących udział w przedsięwzięciu zaginęła gdzieś w zawierusze wojennej.

Pierwsza z nich to udział Jadwigi Smosarskiej, jako Śnieżki. Nic nie potwierdza tej teorii. Andrzej Adrochowicz, znawca kina, w swoim autorskim tekście wyjaśnia:

„ 4 listopada 2007 roku tajemnica obsady została odkryta dzięki fascynatom przedwojennego kina polskiego, Filmwebowi i użytkownikowi forum Disney Polska o nazwie „Sparkling1986″. Jednak ta informacja niewiele wnosi do sprawy. (…)”

Jednak tą rolę powierzono Marii Modzelewskiej, krakowskiej aktorce, żonie Mariana Hemara.

Rolę złej królowej bardzo trafnie dano Leokadii Pancewicz aktorce o królewskiej postawie. Swojego czasu grała również królową Bonę w pierwszej ekranizacji opowieści „Barbara Radziwiłówna”.

Duchowi z lustra użyczył głosu Janusz Strachocki.

Cudownie śmiesznym i poczciwym krasnoludkom użyczyli głosu: Henryk Zelwerowicz, Józef Orwid i Henryk Małkowski.

„Kolejną ciekawostką Wikipedii- mówi Andychowicz w swoim tekście- jest rzekomy powtórny dubbing filmu z 1947 roku, w którym w roli Królewny Śnieżki miała wystąpić Jadwiga Smosarska, natomiast w Królewicza miał się wcielić Adolf Dymsza. Otóż Jadwiga Smosarska opuściła Polskę 2 września 1939 roku, by na przełomie października i listopada tego roku wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Po raz pierwszy od zakończenia wojny, po 19 latach nieobecności w kraju, aktorka przyjechała do Polski 8 czerwca 1958 roku. Tak więc data dubbingu – 1947 rok, wydaje się nieprawdopodobna. Zresztą w znakomitej i bardzo szczegółowej biografii Jadwigi Smosarskiej, pióra Małgorzaty Hendrykowskiej, która ukazała się w 2007 roku, nie ma żadnej wzmianki o pracy aktorki w dubbingu, ani nawet o takich zamierzeniach. Profesor Hendrykowska, którą mam przyjemność znać osobiście, należy do najlepszych znawców przedwojennego kina w Polsce. W swoich badaniach, a później publikacjach, jest zazwyczaj niezwykle skrupulatna. W tym kontekście mogłoby dziwić pominięcie w biografii Smosarskiej tego ważnego epizodu artystycznego.
Równie nieprawdopodobne wydaje się obsadzenie Adolfa Dymszy w roli Królewicza. Wprawdzie aktor słynął z genialnych parodii, znakomicie udawał i naśladował różne głosy i prawdopodobnie byłby w stanie sam podłożyć dubbing do całego filmu, wcielając się po kolei w różne postaci, to jednak bardziej chciałoby się go widzieć w roli któregoś z niesfornych krasnoludków niż jako urodziwego Królewicza. Warto także dodać, że podczas okupacji aktor występował w jawnych teatrach Warszawy, za co po wojnie został przez sąd koleżeński ZASP skazany na swoistą infamię – zakaz gry w Warszawie przez pięć lat. Czy w tych okolicznościach powierzono by mu rolę w filmie dla dzieci? Trudno uwierzyć. Zresztą żadna z dostępnych biografii aktora, do których dotarłem, nie wspomina o jego udziale w dubbingu do Śnieżki. „

Wśród wielu wyjaśnień pozostaje wciąż nierozpoznany głos królewicza. Wiele portali filmowych sugeruje, że jest to głos Aleksandra Żabczyńskiego. Tu absolutnie nie mogę się zgodzić. Po przeprowadzonym śledztwie mam swojego faworyta i niech ktoś mnie zweryfikuje jeśli się mylę. Moim zdaniem kwestiami śpiewanymi królewicza zaopiekował się Adam Aston. Bardzo znany i charakterystyczny tenor z aksamitnym głosem i spokojnym, niewymuszonym vibrato. Aktora podkładającego głos do kwestii mówionych wciąż brak. A może ktoś rozpozna…bo ja przez chwilę chciałam słyszeć Eugeniusza Bodo.

Boska uroda, czarcie serce- Igo Sym

 

Wspomnienia Baśki Borkowskiej:

Była chwila, kiedy przed wojną poczułam się jak Kopciuszek, który przyjechał z prowincji do Warszawy i został wybrany spośród tysiąca.


Dokładnie nie pamiętam, w którym to było roku. Chyba w 1937. Przyjechałam ze Skierniewic w poszukiwaniu pracy. Dobra ciotka obiecała stancję i oprowadzenie po stolicy. Kupiła bilety do znanego teatru rewiowego: „Hollywood”. Zawsze kupowała miejsca w pierwszych rzędach- że niby głucha.


W teatrze oczy wychodziły mi z orbit. Z emocji oczywiście. Tyle tu było koloru, gwaru, wesołości. Wszystko mi się niezmiernie podobało. Ulotką z programem zasłaniałam sobie buzię, żeby nikt nie widział jak ją rozdziawiam w zachwycie.


Występ Igo Syma zapamiętam do końca życia. Takiego cudownego mężczyzny z gładkim liczkiem i przeszywającym spojrzeniem. Od samego początku, kiedy tylko wyszedł na scenę, miałam wrażenie, że patrzy się na mnie. Nie umiałam znieść tego spojrzenia i wierciłam się na krześle, rozglądając na boki. Kobiety w pierwszych rzędach szalały. Teraz już wiem, czemu ciotka siadywała właśnie tu. On jednak wyraźnie patrzył na mnie.

Był cudny, we wzorowo skrojonym smokingu. Zszedł ze sceny nonszalanckim krokiem, i podszedł do mnie. Całkowicie zgłupiałam. Wziął za rękę, zaprowadził na scenę i śpiewał. „Na całe życie, moja ty jedyna, serce ci oddaje” Tylko dla mnie. Stałam tak i ściskałam swoje rękawiczki tak silnie, że pobielała mi skóra na kostkach palców. Bawił się moim kosztem, czy też chciał, żebym się czuła wyjątkowo? Nie wiem. Czułam się wyjątkowo. Brawa także były ogromne. Dostałam zdjęcie z podpisem, pocałunek w rękę i to spojrzenie spod brwi, które wwierciło mi się aż do szyszynki.

To było piękne, dziewczęce wspomnienie, które na długo zapadło mi w pamięć.

Słysząc wiadomości z okupowanej Warszawy o moim bożyszczu, że okazał się być hitlerowskim agentem, szybko podarłam pieczołowicie przechowywane zdjęcie. Chciałam wyrzucić na dobre wspomnienie o jego pięknych oczach. Nawet czułam się trochę winna, że się w nim podkochiwałam.

Skąd mogłam wiedzieć, że był zdrajcą? Diabeł często przyjmuje anielską postać…

*

Igo Sym rzeczywiście zdobywał sobie publiczność przez bardzo nowatorski kontakt, zwłaszcza z częścią damską publiki. Śpiewanie dla jednej osoby z widowni, czy wyprowadzanie osoby z pierwszego rzędu na scenę, były częstymi trickami w jego występach. Publika to uwielbiała. Właśnie dlatego wykorzystywano jego popularność obsadzając go w rewiach lat trzydziestych. Jego nazwisko przyciągało płeć piękną, dlatego dyrektorzy teatrów dbali, aby na afiszach istniało, pisane dużą czcionką nazwisko: Igo Sym.

Rzeczywiście, nie można mu było odmówić urody ani wdzięku. Budził tym serdeczną niechęć co bardziej zazdrosnych kolegów z branży. „Drewniany amant” mawiali o nim złośliwi, mniej urodziwi aktorzy.

Inni uważali go za dobrego, uczynnego kolegę. Tadeusz Wittlin pisał o nim: „ (…) wybitnej urody, postawny brunet, jest inteligentny, wykształcony, oczytany i płynnie włada kilkoma obcymi językami. Jego świetna znajomość niemieckiego ułatwia mu udział w niemieckich filmach dźwiękowych i Sym często wyjeżdża do Berlina, gdzie nagrywa komedie muzyczne. W prywatnym życiu jest czarujący, gdyż umie bawić rozmową, ma wrodzony dowcip, gra na fortepianie, śpiewa, nawet jodłuje z tyrolska, uprawia sporty, jest mistrzem bilardu i zna mnóstwo sztuczek magicznych, czym chętnie się popisuje. Nie może tylko pochwalić się aktorskim talentem, lecz ten brak nadrabia urodą. Złośliwi nazywają go pięknym statystą”.

W Warszawie uchodził za aktora światowej sławy. Taką opinię zapewniły mu występy w nieniemieckojęzycznych produkcjach filmowych oraz bliska relacja z największą sławą Europy- Marleną Dietrich. Romans z gwiazdą światowego formatu zapewnił mu prestiż nowoczesnej „celebryckiej” gwiazdy. Dowodem na zażyłość pomiędzy kochankami stał się dziwaczny podarunek, który Igo ofiarował Marlenie; piła grająca, która obecnie znajduje się w muzeum Dietrich.

Pobyt w Niemczech skutkował nie tylko rozwojem kariery aktorskiej, ale również tajnej współpracy z przyszłym okupantem. Początkowo miała ona charakter konspiracyjny.

Wittlin znów wspominał:

„ Przyjechał z Berlina, gdzie ukończył nagrywanie filmu i proponuje większą popijawę w knajpie. (…) Pogadamy wreszcie po polsku. Szwabskiego szwargotu, jak mnie zapewnia Igo, ma już powyżej uszu. W Gastronomii na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu Sym po paru wódkach z oburzeniem opowiada o buńczucznym nastroju Niemców i klnie na Hitlera.„Kot” rzuca półżartem, że kto wie, czy za sto lat ludzie o Hitlerze nie będą mówili tak, jak dziś mówi się o Napoleonie…

-Wykluczone! -woła Sym zaperzony i ze złością uderza pięścią w stół aż dzwonią kieliszki. -Napoleon burzył, ale również wiele zbudował, podczas gdy Hitler potrafi tylko niszczyć!”

Po przyjeździe z Niemiec Igo zachwycał publiczność występami. W cyrkowej rewii partnerował swojej dawnej sympatii -Hance Ordonównej. Sempoliński zachwycony jego sprawnością pisał: „zdolny jest wykonać na trapezie pod sufitem karkołomne produkcje gimnastyczne ze swobodą zawodowego akrobaty, nie przestając być miłym piosenkarzem i zabójczym amantem.”

Jakież było zdziwienie wielu, kiedy po wybuchu wojny z „najmilszego chłopca Warszawy, czarującego Igo Syma” stał się folksdojczem paradującym po stolicy z „opaską hitlerowca na rękawie”.

„Trudno mi w to uwierzyć. Pisał Wittlin. Z Symem przyjaźniłem się blisko i zawsze miałem o nim najlepsze pojęcie jako o uczciwym Polaku.

-Może tylko pracuje jako tłumacz-próbuję go bronić-ponieważ świetnie zna niemiecki. Kondrat parska śmiechem i dobija mnie:

-Sypie kolegów, których nie lubił. (…)”

Fischer mianował go dyrektorem teatrów jawnych. Stał się odpowiedzialny za repertuar i werbowanie aktorów. Werbowanie było o tyle trudne, że ZASP wydał aktorom zakaz występowania. Sym zdobywał aktorów rożnymi sposobami, nierzadko uciekał się do szantażu, zastraszania i denuncjacji.

Taka działalność budziła tylko złe emocje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa rozpracowywał jego działalność. Wyrokiem sądu podziemnego został skazany na śmierć za wrogą działalność przeciw Narodowi Polskiemu. Wyrok ten wykonała grupa AK, tzw. „Zakład Oczyszczania Miasta”, dnia 8 marca 1941 roku.

Śmierć Igo Syma była szokiem nie tylko dla hitlerowców, ale dla całej społeczności stolicy. Był to jednocześnie sygnał dla wszystkich aktorów łamiących zakaz występów, czym może skończyć się ich samowola.

Żałoba wprowadzona przez Niemców była okazją do „pokazówki” agitacyjnej. Władze niemieckie w odwecie za śmierć aktora rozstrzelały dwadzieścia jeden osób, uwięziono ponad sto i wprowadzono godzinę policyjną. Zamknięto wszelkie przybytki okupacyjnej „kultury”. Rozesłano listy gończe za podejrzanymi aktorami. Hitlerowcy nie znaleźli już tak godnego następcy Syma.

Zdrajcy zwykle zapadają w niepamięć. O tym, konkretnie, mówi się do dziś. Sprawa z Igo Symem w roli głównej jest tak oczywista, że nikt nie próbuje go wybielić, wytłumaczyć, czy analizować jego argumentacji.

Pytanie: dlaczego?- pozostaje bez odpowiedzi.

Dla ulotnej sławy, władzy, pieniędzy, czy może dla wszystkich powodów naraz, a może tylko ze słabości?

Może ktoś podpowie…

Bibliografia:

Tadeusz Wittlin, „Pieśniarka Warszawy”, wydawnictwo Polonia, Warszawa 1990,

Ludwik Sempoliński, „Wielcy artyści małych scen”, Czytelnik Warszawa, 1977,

Roman Dziewoński, „Dodek”, Łomianki 2010,

Sławomir Koper, Życie prywatne elit artystycznych, Bellona Warszawa 2010

Źródła zdjęć:

vistual-history.com,

marlenadietrich.blox.pl

PAP/CAF: obwieszczenie niemieckie

Pamięci Mariana Rentgena


„(…) Przyszedł się pożegnać, jutro o świcie wyruszał do swojej jednostki.
-Za kilka dni wszystko się rozwieje i uprzedzam: jak tylko mnie zwolnią, wracam i biada temu, kto złapie moje piosenki.
Tak mówił, a my  wszyscy potakiwaliśmy, bo przecież nie będzie żadnej wojny.
Zanim odszedł, wziął mnie za rękę i pociągnął do ostatnich rzędów. Usiedliśmy na końcu ciemniej widowni.
-Myślałem, że znów będziemy co noc wracać pieszo razem, stąd mielibyśmy bliżej.
-Będziemy Marianku! Już się na to cieszę!
Chwilę milczał.
-Gdyby to trwało dłużej, pamiętaj o mnie. Pamiętaj o mnie. Powiedział to dwa razy, słyszę jeszcze jego głos. Pocałował mnie w policzek. (…)”

Marian Rentgen był przedwojennym warszawskim artystą, śpiewakiem, dobrze znanym  nie tylko stołecznej publiczności. Wystąpił w drobnych rolach filmowych w takich produkcjach jak: Jego ekscelencja subiekt,  Pani minister tańczy i O czym się nie mówi.
Miał wewnętrzne ciepło, szyk i elegancję przedwojennego oficera. Wtedy standard, a dziś …nostalgia i wstydliwa tęsknota kobiet.
Z zawodu był farmaceutą, nawet przez jakiś czas, po I wojnie, prowadził swoją aptekę. Scena jednak wygrała i w latach dwudziestych i trzydziestych poświęcił się tylko występom. Z powodzeniem zasłużył sobie na tytuł „Pieśniarza Warszawy”, barda, którego chętnie angażowały teatry takie jak:  Qui Pro Quo, Banda, czy Cyrulik Warszawski. Miał swój  repertuar, piosenki, które specjalnie dla niego pisali wzięci autorzy, między innymi Andrzej Włast. W przedwojennej, artystycznej Warszawie taka była moda. Najlepsi tylko aktorzy mieli swoich autorów i swoje piosenki. To wyznaczało status artysty i jego pozycję w trudnym środowisku aktorskim.

Gdy wybuchła wojna,  miał pięćdziesiąt jeden lat. Zmobilizowany tuż przed wybuchem II Wojny Światowej, żegnał się ze sceną, z wiarą na rychły powrót.

Temat Katynia nie stygnie, wzbudzając u współczesnych wiele emocji. Ostatni wyrok Trybunału Praw Człowieka podgrzał na nowo problem, który przecież jest oczywisty. Ziemia katyńska zabrała nam dziadków i ojców, mężów, braci. Osoby młode, cudowne i pełne witalnych sił.  Jakaż jeszcze instancja musi orzec, że na palcach, na tej ziemi, chodzić należy tylko dlatego, że tam śpią wiecznym snem pomordowani ludzie?
Marian Rentgen zginął w Charkowie w 1940 roku od strzału w tył głowy. Nie zidentyfikowano jego ciała i należy sądzić, że leży we wspólnej mogile polskich żołnierzy w Katyniu.
„poszedł. Patrzyłam za nim, tym uosobieniem cywila, teraz takim innym, obcym w mundurze oficerskim. (…) Pamiętam o nim(…)”

Stefania Grodzieńska, która napisało to wspomnienie o Marianie Rentgenie, nie żyje ponad rok. Więc kto będzie za nią i dla niej pamiętał?

Bibliografia:
„Urodził go niebieski ptak”, Stefania Grodzieńska, Wydawnictwo Radia i telewizji, Wa-wa 1988
zdjęcie -Wikipedia

Rondo di vita

Codziennie rano, gdy idę do pracy, moje kroki wymierza Rondo Vivace z Koncertu e-mol Fryderyka Chopina, przerywając bezustanny nawał szeregu cyfr w myślach.
 Radosna miarowość sprawia, że po raz pierwszy tego dnia, uśmiecham się. Obcasy stukają jak metronom, prowadząc dialog z mistrzowskim *rubato.

Blade mijające mnie twarze wyrażają oczywiste zdziwienie na widok mojego uśmiechu. Zaszywam się w kąt autobusu, zgniatając czoło szybą, nie chcąc być świadomą dalszej części pojazdu.

Znam każdą nutkę utworu na pamięć. Delektuję się dźwiękami na śniadanie, łykając każdy dźwięk miarowo lecz bez pośpiechu. Prysznic mistrzowskiego *legato, kojąco łagodzi mus rannego otwarcia oczu. Tu i ówdzie zaakcentowałabym mocniej, tam kazałabym przestać dławić dźwięk, choć z wirtuozem sprzeczać się -niedorzeczne i aroganckie. Przystanek za przystankiem, pasaż za pasażem.

Kierowca czeka na biegnącego, zadyszanego staruszka. Uśmiechamy się i z wdzięcznością patrzymy na kierowcę, ja i staruszek. Jedziemy dalej, ja i Chopin. Deszczowe chmury przebija czerwonawa łuna wschodzącego słońca.
 Przez słuchawki docierają strzępy zwykłych rozmów. Przeszkadzają, ale nie aż tak, bo przecież Chopin i ten wschód. Cudownie. Znów legato. Dojeżdżamy.

Rondo życia, które stawia człowieka w bezpiecznej powtarzalności, sprawia, że może nikłe, ale zawsze, poczucie bezpieczeństwa, staje się składnikiem szczęśliwości, stabilizacji , pewności jutra i wspólnego poranka z Rondem Vivace.

Tak rondo codzienności  każdego z nas wprawia  w ruch. Cudownie jest nazwać je Rondem di vita, z muzyką Chopina w tle. Gorzej, gdy ku rozpaczy samego siebie nazywasz je -kieratem.

W październiku mija rok od czasu, gdy odnalazłam podobnych do mnie wielbicieli muzyki Fryderyka Chopina.
 Okazja do tego był kończący się konkurs chopinowski.
 Nasze forum- „Kurier Szafarski” wciąż wzrasta, przyjmując nowych użytkowników. Przypomnieć tu należy artykuł 
http://wyborcza.pl/1,75475,8584876,Fejs_Fryderyka.html
, który ukazał się zaraz po zakończeniu Konkursu Chopinowskiego w 2010 roku.
Żelazowa Wola w XIX/XX wieku

* legato -techniką artykulacji w grze na np. fortepianie, w której kolejne dźwięki są grane płynnie, bez najmniejszych przerw.
*rubato- chwiejność tempa w utworze muzycznym. Skracanie lub wydłużanie dźwięków tak by na przestrzeni frazy był zgodny z oryginałem.


Źródło zdjęcia: 
http://www.ruchmuzyczny.pl/PelnyArtykul.php?Id=752

Humoresque

Jest taki jeden utwór, który często chodzi mi po głowie. Wprawia mnie za każdym razem w miły nastrój. W szarym przedwiośniu, jest to szczególnie ważne, aby móc doenergetyzować własną psychikę i dotrwać do wiosny.

Dzisiejszy post dedykuję moim przyjaciołom z Kuriera Szafarskiego, ale nie tylko. Również wszystkim wielbicielom muzyki klasycznej, jazzowej, wielbicielom Starego Kina i wszystkim tym, którzy lubią się śmiać. Będzie to swojego rodzaju wiosenny prezent, w ostatnim tygodniu zimy.
Polska jest tak blisko Czech, położeniem, historią i duszą słowiańską. Dlatego dzieje naszych państw plotły się ze sobą i rozplątywały. Czasami nasz król zostawał królem Czech, a czasem ich król naszym i znów na odwrót.Tym razem muzyka dokonała międzynarodowego mariażu.
Antoni Dworzak, tak jak nasz Fryderyk Chopin, przywiązywał wielką wagę do ludowości i narodowości. Znaczenia jego muzyki, Czesi, nie są w stanie przecenić. My to rozumiemy dostatecznie dobrze.
Jako zwykły meloman-amator nie będę wdawać się w szczegóły utworu, aby nazbyt nie rozbawić swoich przyjaciół, muzycznych specjalistów.
Humoresque Op.101 No.7

 

Moja sympatia dla tego utworu, powstała dzięki przedwojennej komedii „ Piętro wyżej”. To jedna z najbardziej udanych przedwojennych produkcji, którą można pamiętać dzięki, między innymi, sławnemu wykonaniu piosenki „Sex appel”  przez Eugeniusza Bodo, czy równie znanemu  „Umówiłem się z nią na dziewiątą”.
Cudownie lekka, przyjemna, zabawna, wspaniała komedyjka, którą polecę każdemu na trwała poprawę nastroju.
Muzykę do tego, jak i innych znanych i kasowych, przedwojennych filmów, skomponował utalentowany, nieprzeciętnie twórczy Henryk Wars, a dopomógł mu w tym Antoni Dworzak, a spuentował Felix Mendelssohn.
Wars w doskonały sposób, wykorzystując swój talent i nowatorski, jak na swoje czasy, zmysł, wplótł w romantyczną humoreskę Dworzaka, elementy jazzowe i fragmenty swojej własnej kompozycji. Dzięki temu powstała bardzo nowoczesna i zabawna  kompilacja muzyczna, którą właśnie Wam dedykuje. 

Ze względów technicznych podaję link do utworu:



Mendelssohn

W tym roku, V Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna, powiązane są z przypadającą w tym roku dwusetną rocznicą urodzin Fryderyka Chopina i Roberta Schumanna. Organizatorzy w tym roku podkreślili szczególną rolę przyjaźni w życiu kompozytora, ze szczególnym akcentem na dobre relacje i wzajemny podziw z Chopinem, oraz zawodową, muzyczną i czysto ludzką przyjaźnią z Schumanem.

Autor krótkiej notki w biuletynie imprezy, Maciej Negrey, przytoczył słowa kompozytora:

„Jako pianista jest teraz Chopin jednym z najpierwszych. Robi zupełnie nowe rzeczy, jak Paganini na swych skrzypcach”, „ …był tu Chopin.…Miło było obcować znów z prawdziwym muzykiem, nie z takimi pół-wirtuozami i pół-klasykami , którzy chcieliby w muzyce połączyć dostojeństwo cnoty z rozkoszą grzechu, lecz takim, co ma swój własny, wyraźnie wytknięty kierunek…”

W tym samym biuletynie, autor podkreślił także wielki szacunek i oddanie Chopina Mendelssohnowi:
„Pozwoli Pan przypomnieć sobie, że jeśli nawet posiada Pan przyjaciół i wielbicieli bardziej Mu bliskich i godniejszych, to nie posiada Pan bardziej Mu życzliwego”

Delikatność, wysublimowanie i szczególna Chopinowska czułość, jak zwykle, jaśnieje, lecz to Mendelssohnowi poświęcone są te dni.
Dlatego moją miłość do Chopina trzymam na wodzy, aby nie przytłumiła wrażenia, jakie zrobił na mnie jeden z koncertów, które jeszcze trwają w ramach Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna.
Koncert organowy w Bazylice OO. Dominikanów w Krakowie. Profesor Andrzej Białko wykonał 7 dzieł organowych: Mendelssohna, Bacha i Liszta.
Czegóż innego, jak wirtuozerskich wykonań można było się spodziewać. Przeżycie czysto zmysłowo i fizycznie szalenie przyjemne i wzniosłe. Jak zawsze podczas koncertów organowych.
Przed nami jeszcze kilka koncertów i prezentacji w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie, ul. Meiselsa 17.
Serdecznie polecam.

Georges Bizet


„Muzyka – co za wspaniała sztuka!
I co za smutny zawód!”

G. Bizet











Jeżeli ktoś choć trochę lubi taki rodzaj muzyki jak operowa, to nazwisko Georges Bizet jest mu doskonale znane.
Człowiek, który całe swoje życie poświęcił muzyce, a zwłaszcza sztuce operowej. Sztuce niewdzięcznej, jak mu się wtedy wydawało i trudnej w wielu płaszczyznach.

Nauki w konserwatorium pobierał już od 10 roku życia. Z tego czasu pochodzą jego pierwsze kompozycje ( np. Symfonia C). Dobrze się zaczęło, jego praca przy kompozycji oper została zauważona i nagrodzona w 1857 roku, (Bizet miał wtedy 19 lat) wyróżnieniem Prix de Rome. Zaraz potem wyjechał do Włoch. Z tego okresu zachowały się tylko cztery utwory.
Po niezbyt brzemiennym w sukcesy pobycie we Włoszech , powrócił do Paryża. Jego pracę zdominowały wydarzenia życia prywatnego, śmierć matki i płomienny romans z pokojówką.

Wciąż nie wiodło się Bizetowi. Ciągle borykał się z problemami finansowymi. Nie umiał w swoje twórczości znaleźć tej pożądanej nutki komercyjnej, która by zrodziła przychylność krytyków, a zwłaszcza publiki. Pozostawał wierny swojej drodze.

Jedną z bardziej udanych w tym czasie oper, była zamówiona przez dyrektora paryskiego Théâtre Lyrique, opera „Poławiacze Pereł”. Inne zaś, takie jak „Piękne dziewczę z Perth” z nieudanym librettem, „Djamileh” okazały się klapą.

Ostatnim jego ukochanym dzieckiem, który miał przynieść mu sławę i nieśmiertelność ,była, dziś wszystkim znana, ceniona i uwielbiana, opera Carmen.
Ówczesne opery miały swoisty charakter. Opowiadały o życiu „wyższych swer”, dawnych epokach, mitach, legendach, postaciach pełnych patosu i bohaterstwa. Były proste, lekkie w odbiorze.
Ta była zupełnie nowa, inna, natenczas prawdziwa i bliska zwykłemu życiu. Bizet wprowadził w ten patetyczny świat herosów, zwykłych ludzi z ich słabościami i namiętnościami. Przedstawił ich skomplikowane relacje, odsłaniał głębokie ludzkie emocje: miłość, nienawiść, zazdrość, zdradę, pożądanie, namiętność. Pokazał na scenie prawdziwego człowieka z jego urodą i słabościami.

Takie ludzkie lustro, nie spodobało się publiczności. Premiera okazała się totalną klęską. Niezadowolona publiczność wychodziła w trakcie spektaklu.
Doznanie porażki było tak silne, że Bizet, który i tak nie miał dobrego zdrowia, doznał śmiertelnego w skutkach ataku serca. Zmarł w1875 roku. Pochowano go na tym samym cmentarzu co Fryderyka Chopina- Pere Lachaise.

Jego życie było trudne i ubogie, a muzyczny geniusz i wizja, niedocenione. Nowatorstwem wyprzedziły swoją epokę. Dopiero 20 lat później tzw. „weryzm”, którego Bizet został tragicznym prekursorem, został doceniony w twórczości Pucciniego, Leoncavalla czy Mascagniego. Taka już ciężka dola pionierów.

Czasami zastanawiam się, jak bardzo liczyć się z opinią innych ludzi, kiedy w środku nosi się głębokie przekonanie, że to co się robi jest słuszne, dobre i piękne?