Zaproszenie

 Muzeum Narodowe w Krakowie oraz Fundacja Wisławy Szymborskiej zapraszają na film dokumentalny Andrzeja J. Koszyka Niektórzy lubią poezję z 1996 roku, poświęcony Wisławie Szymborskiej.

Jest to pierwszy film dokumentalny o Wisławie Szymborskiej, który powstał po przyznaniu jej Nagrody Nobla (zaraz po ogłoszeniu decyzji przez Akademię Szwedzką, ale jeszcze przed wyjazdem lauretki do Sztokholmu na uroczystość wręczenia nagrody).

Ze względu na ograniczoną przestrzeń film będzie wyświetlany przez cztery kolejne wtorki.

Inauguracja cyklu już 4 czerwca!

Pokaz filmu odbędzie się w Kamienicy Szołayskich – Oddziale Muzeum Narodowego w Krakowie (plac Szczepański 9) w przestrzeni „Szuflady Szymborskiej” – wyjątkowej ekspozycji poświęconej Poetce.

Zapraszamy we wtorek 4 czerwca o godz. 16.30. Wstęp na projekcję filmu jest bezpłatny. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc prosimy o wcześniejsze odebranie wejściówek, dostępnych w kasie Księgarni Młoda w Kamienicy Szołayskich.

Andrzej J. Koszyk – ur. w Łodzi, studiował w praskiej Wyższej Szkole Filmowej i Telewizyjnej FAMU. Od kilkudziesięciu lat mieszka w Niemczech, gdzie pracuje jako operator filmowy. Jest autorem kilkunastu autorskich filmów dokumentalnych.

 NIEKTÓRZY LUBIĄ POEZJĘ – WISŁAWA SZYMBORSKA

Film dokumentalny, 30 min, Niemcy, 1996

Reżyseria: Andrzej J. Koszyk

Występują: Wisława Szymborska, Teresa Walas, Stanisław Balbus, Karl Dedecius, studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego

„Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”- rozmowa z Anną Mieszkowską autorką biografii o Fryderyku Járosym.

 

 

Autorka Anna Mieszkowska podczas wystawy poświęconej Fryderykowi Jarosyemu w 2000 r.

 

 

Kiedy napisała do mnie Pani Anna Mieszkowska prawie stanęło mi serce. Pani Anna ostrzegała mnie, że przy zetknięciu z historią Fryderyka Járosyego należy szczególnie uważać na ten czuły narząd. Pomna swoich emocji przy zbieraniu materiałów do książki, poważnie obawiała się, jak ja zniosę to zetknięcie z legendą. Nie myliła się- cały świat wkoło mnie chwilowo jakby stracił blask, a serce wykonuje potężną pracę bijąc za szybko.

*

Anna Mieszkowska jest historykiem teatru. Jako pracownik PAN zajmuje się emigracyjną dokumentacją teatralną. Jest autorką głośnej i pierwszej biografii o Irenie Sendler: „Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej”, na podstawie której w 2009 roku zrealizowano film produkcji USA.

W swoim dorobku posiada m.in.: biografię o Marianie Hemarze („Ja kabareciarz! Marian Hemar od Lwowa do Londyny” ), album wydany wspólnie z Władą Majewską („Za dawno, za dobrze się znamy. Piosenki Mariana Hemara”),  pozycje o dziejach kabaretu emigracyjnego („Była sobie piosenka. Artyści emigracyjnej Melpomeny”).

Prywatnie- dobry i serdeczny człowiek, a przede wszystkim szalenie cierpliwy. Mówiąc to wykonuję wielki ukłon w stronę mojego Gościa.

Dzisiaj będziemy rozmawiać o ważnej, jak sądzę, dla Pani pozycji w jej dorobku, biografii Fryderyka Járosyego: „Jestem Járosy! Zawsze ten sam…”, wydaną przez Wydawnictwo Muza.

Co tak naprawdę spowodowało, że zachwyciła się Pani Fryderykiem Járosym do tego stopnia, żeby napisać jego biografię?

Moją fascynację wywołała lektura wspomnień Stefanii Grodzieńskiej „Urodził go Niebieski Ptak”. Pani Stefania napisała zdanie, które stało się moim mottem: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie!”. Pożałowałam i postanowiłam zmierzyć się z legendą przedwojennych kabaretów. Spróbowałam wejść w ten świat. Ponieważ książek na ten temat jest wiele: wspomnienia Krukowskiego, Sempolińskiego, Fogga, Zimińskiej…, postanowiłam napisać książkę, której głównym tematem byłyby losy powojenne, emigracyjne dawnych gwiazd kabaretu – Zofii Terne, Konrada Toma …

Tak powstał zamysł książki „Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny” (2007). Ale już w 1998 ogłosiłam w „Pamiętniku Teatralnym” obszerny artykuł „Zawsze ten sam, czyli Fryderyk Jarosy na emigracji w latach 1945-1960”. Stał się on także rozdziałem książki „Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu” (2005).

Ale miałam w sobie niepokój, że dla pamięci Fryderyka to za mało. Stąd pomysł niezależnej, osobnej publikacji poświęconej niezwykłemu „Polakowi z wyboru” uzupełnionej archiwalnym nagraniem ostatniego wywiadu, którego udzielił Teodozji Lisiewicz w programie literacko-muzycznym Radia Wolna Europa, na dwa miesiące przed nagłą śmiercią w Viareggio w sierpniu 1960 roku.

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale są osoby, które nie wiedzą kim był „Fryderyk Wielki”. Proszę przybliżyć jego postać.

Nazywano go Fryderykiem Wielkim, mistrzem, a nawet królem kabaretu. Oczywiście tego przedwojennego. Bo chociaż Járosy żył jeszcze po drugiej wojnie światowej 15 lat, jego czasy, epoka, w której czuł się najlepiej i najszczęśliwiej żył i pracował, minęła bezpowrotnie we wrześniu 1939 roku. Skąd się wziął w przedwojennej Warszawie? I kim właściwie był ten czarodziej teatru?

Bo lakoniczna informacja, że urodził się 10 października 1889 roku w Pradze, a zmarł 6 sierpnia 1960 roku w Viareggio, że był aktorem, reżyserem, piosenkarzem, autorem sztuk dramatycznych, opowieści biograficznych prawdziwych, i zmyślonych zupełnie nie pasuje do tego niezwykłego człowieka.  Jak w niewielu zdaniach oddać bogactwo jego osobowości, opisać sztukę, której był jedynym autorem i wykonawcą? Bo chociaż mówił najczęściej z estrady cudzym tekstem (konferansjerki pisali mu m.in. Tuwim i Hemar), śpiewał piosenki innych autorów, to wszystko robiło na widzach wrażenie czegoś wyłącznie jego pomysłu i jego autorstwa.

Tadeusz Boy- Żeleński z okazji dziesięciolecia pracy artystycznej Járosyego  w Polsce pisał: „Od pierwszej chwili pokochano go. Miał wdzięk, miał dowcip i tę nieokreśloną zdolność nawiązania kontaktu z publicznością”. Kazimierz Krukowski już po wojnie dopowiedział: „Járosy to nie szablonowy zapowiadacz numerów. Bez jego >Proszę Państwa< zawsze jakby czegoś brakowało. Węgier z pochodzenia, Polak z przekonania, stał się własnością Warszawy i polskiego Londynu. Zostawił po sobie najlepsze wspomnienia jako artysta, dyrektor, przyjaciel, człowiek”.

Tadeusz Wittlin zapamiętał: „Używał niemieckich i angielskich wód kolońskich. Palił nałogowo Egipskie, grał nałogowo w brydża, nie mając szczęścia do kart. Często grał także na wyścigach. Mówił płynnie po rosyjsku, niemiecku, francusku, znał angielski. Na scenie występował prawie zawsze w smokingu, rzadziej we fraku. W życiu ubierał się bez zarzutu. Był elegancki, a nawet wytworny. Nie tylko w stroju, ale i w sposobie bycia. Nie podnosił głosu, do artystów miał cierpliwość i stanowczy spokój. Był ulubieńcem nie tylko publiczności, ale i krytyków”

 

 

Fryderyk Jarosy podczas występu.

 

 

No właśnie: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie”- powiedziała Stefania Grodzieńska. Widząc taki opis mężczyzny- rzeczywiście należy żałować.

Żałuję, że nie będę mogła poznać kogoś tak wspaniałego jak Fryderyk Járosy, ale i Stefania Grodzieńska i wiele innych cudownych osób tamtej epoki.

Proszę mi jednak powiedzieć, czym zachęcić młode osoby do pamięci o nich?

W czym widzi Pani największe trudności?

Z moich obserwacji wynika, że młodzi ludzie (w wieku 20-30 lat) chętnie wracają do wspomnień pradziadków. Piosenki Fogga mają nowe wykonania. Do udziału w festiwalu piosenki „retro” zgłaszają się młodzi wykonawcy z całej Polski. To cieszy.

Czego szukają w przeszłości? Czaru tamtych lat, bajki, kultury słowa i obyczaju. Szacunku dla innych.

To był świat wysokiej kultury, chociaż nie było przepychu, bogactwa na codzień. Lata trzydzieste to kryzys gospodarczy, którego my też doświadczamy.

Panie sprzedawały futra, aby mieć na życie. Potem garsonki, a nawet suknie. Ale była jakaś solidarność w społeczeństwie, w grupach społecznych i zawodowych.

Dzięki Pani pracy ten świat nie odejdzie w zapomnienie.

Kilkanaście lat zajęło Pani poszukiwanie osób, przyjaciół, znajomych Fryderyka, którzy mogliby dać świadectwo jego życia. Rozumiem, że Pani znalazła. Kto to był, kto Pani pomógł?

Nie byłoby tej książki bez pomocy około stu osób!

Z Polski pomogli mi: dr Hanna Krajewska, dyrektor Archiwum PAN, Lidia Wysocka, Antoni Marianowicz, Kazimierz Koźniewski, w Waszyngtonie: Jan Nowak Jeziorański, Kaya Mirecka Ploss, w Los Angeles: Wanda Stabrowska, w Australii: Gwidon Borucki, w Londynie: Włada Majewska, Renata Bogdańska-Anders, Helena Kitajewicz, Irena Delmar, i wiele innych osób, które wymieniam i dziękuję w książce.

Powiedziała Pani o wspomnieniach Stefanii Grodzieńskiej w książce „Urodził go Niebieski Ptak”.  Przyznam się, że i dla mnie jest ona cudowna. Dzięki niej mogłam zbudować sobie wyobrażenie o Fryderyku Járosym.

Słynne jego przezwania:  „Szarpio” o Stefanii Grodzieńskiej, albo „Hanećka” o Ordonce. Takie ciepłe i cudownie klimatyczne wyrażenia, które oddawały stosunek Fryderyka do ludzi. Faktów, o których wspomina Stefania Grodzieńska nie rozwija Pani w biografii. Odnoszę wrażenie, że obie książki bardzo doskonale się uzupełniają. Czy dobrze zrozumiałam Pani intencje?

Taka była moja idea, aby opisać inny czas w życiu Fryderyka niż ten, o którym opowiada Stefania. Zresztą w drugim wydaniu „Niebieskiego Ptaka”, Stefania za moją zgodą dopisała rozdział, który był skróconą wersją mojego artykułu z „Pamiętnika Teatralnego”.

Nigdy nie zapomnę jaką radość sprawiłam Stefanii opowieściami o żonie i dzieciach Jarosyego.

Ona przyznała, że w te jego opowieści o rodzinie oboje z Jurandotem nie wierzyli. Fryderyk miał żelazną zasadę, że sprawy rodzinne nie były przedmiotem towarzyskich dyskusji. A jego najbliższa rodzina zupełnie się nie orientowała w skali jego kariery w Polsce.

Tak miało być i było.

 

 

Od lewej: Janina Wojciechowska, Fryderyk Jarosy, Marina Jarosy-Kratochwil 1960 r

 

 

Ta jego tajemniczość  zapewne utrudniła pracę w zbieraniu wiadomości na jego temat.

Trzeba było tytanicznej pracy, żeby zebrać materiał, który rzetelnie i prawdziwie przedstawił osobę „Wielkiego Fryderyka”. Proszę opowiedzieć, jak zbierała Pani materiały do biografii.

Materiały do tej książki zbierałam od 1991 roku. Ale to co, najważniejsze – czyli archiwum Jarosyego znalazłam w Wiedniu  w 1995 roku. Dziwnym zbiegiem okoliczności odszukałam jego córkę, Marinę Jarosy-Kratochwil. Kilka miesięcy przed moim pojawieniem się u niej, sama chciała oddać pamiątki po ojcu do wiedeńskiego muzeum teatralnego. Ale tam jej powiedziano, że NIGDY o takim artyście nie słyszeli. Zabrała wszystko z powrotem do domu. I za jakiś czas ja się zjawiłam.

To z pewnością było cudowne spotkanie. Bardzo zazdroszczę…

Marina była bardzo podobna do ojca. Zarówno pod względem urody jak
i charakteru. Kontaktowa, ciepła, serdeczna. Zaprosiłam ją do Warszawy. Była dwa razy. Zaprowadziłam do Stefanii Grodzieńskiej, która bardzo przeżyła to spotkanie. Obie panie były wzruszone – a ja – szczęśliwa! W kwietniu 2000 roku zorganizowałam ogromną wystawę w warszawskim Muzeum Teatralnym. Z koncertem. Wszystko bardzo dobrze wypadło. Później kilka razy byłam jeszcze w Wiedniu. Między innymi z Aliną Janowską na uroczystości odsłonięcia  dwujęzycznej płyty na grobie Fryderyka, którą ufundował  ZASP.

Ostatni raz widziałyśmy się w 2008 roku, przywiozłam książkę, którą przytuliła. Obie się popłakałyśmy, jakby przeczuwając, ze to może być nasze ostatnie spotkanie. Potem już tylko był kontakt telefoniczny…

Zdążyła Pani ofiarować książkę jeszcze ciepłą, zaraz po wydaniu…

NIKT mi nie chciał wydać tej książki!!!! Aż zniechęcona zarzuciłam projekt na kilka lat. Wszystko się odwróciło po biografii o Irenie Sendlerowej, której pierwsze wydanie było w 2004, i potem: Hemar: 2005, Była sobie piosenka 2006, i Fryderyk 2008. Nie było łatwo!!!! Niestety Muza zaniedbała sprawę marketingu moich trzech kabaretowych książek.

To bardzo smutne, co Pani mówi. Lepiej sprzedają się poradniki pisane wielką czcionką  przez celebrytów, niż naprawdę wartościowa literatura o wspaniałych Polakach.

Fryderyk Járosy uznawał się za Polaka. Zachowywał jak gorący patriota. Wypłacono mu z nawiązką -niewdzięcznością i odrzuceniem, a na koniec opuszczeniem, samotnością i banicją. Wiem, że znosił to dumnie i nawet pogodnie. Czy uważa Pani, że obecnie, w sposób wystarczający zrehabilitowano pamięć o jego osobie?

Fryderyk mógł uniknąć aresztowania, więzienia, getta, ran w powstaniu, Buchenwaldu.

Dla Niemców był Reichsdeutschem! Stąd propozycja, aby prowadził kabaret niemiecki.

Miało to dalsze konsekwencje po wojnie. Niemcy nie chcieli dać mu odszkodowania za utratę zdrowia … bo przecież należał do grupy uprzywilejowanych! A że on wolał cierpieć jak Polacy, to jego sprawa. Dla Fryderyka taka postawa, którą wybrał w Polsce była postawą Człowieka Honoru!

Ostatnie jego lata spędzone wśród polskiej emigracji w Londynie nie były łatwe. W polskim środowisku żył w pewnej izolacji. Niby o nim wiedziano, w coś go jeszcze angażowano, do czegoś go jeszcze zapraszano. Ale to była upokarzająca namiastka dawnej aktywności. W Londynie nie znalazł zrozumienia, ani wsparcia moralnego. Nie odwzajemniono jego szczerych, patriotycznych uczuć do Polski i Polaków. Niedawny ulubieniec publiczności pod koniec życia był schorowany, w niedostatku, na angielskim, rządowym zasiłku.

„My wszyscy od razu zapomnieliśmy o nim” – z żalem pisał Hemar w sierpniu 1960 r., dwa tygodnie po śmierci przyjaciela. „Żal mi bardzo, że daliśmy odejść Fryderykowi Jàrosyemu, nie pożegnawszy go za życia, serdecznie i pięknie, nie dawszy sposobności, aby on do nas wygłosił długą, dowcipną, pożegnalną konferansjerkę”.

 

 

Fryderyk jaroshy- Zawsze ten sam

 

 

Napisała Pani we wstępie swojej książki:

” Przez wiele lat, szukając informacji o nim w różnych krajach, próbowałam zrozumieć, kim był człowiek, który napisał o sobie: „Doktor filozofii, Welfare oficer – 2 Corps., teatralny producer, Actor, pisze na maszynie, playwright, bookkeeper, announcer, presenter; ang., franc., ros. – zupełnie dobrze, niem.-bardzo dobrze. Szuka pracy tłumacza”.

Czy zrozumiała Pani?

Odpowiedź na to pierwsze pytanie znajduje się w ostatnim rozdziale książki „Jestem Jarosy! Zawsze ten sam…”, na s. 243 we fragmencie listu do Anny Antik … i na s. 248 w opisie zawartości kalendarzyka na 1960 rok:

„Twoje słowa są bardzo ważne dla mojego chorego serca. Z upływem lat człowiek staje się samotny, że zaczyna zazdrościć każdemu, kto już wszystko ma za sobą. Wszystko można sobie wyperswadować. Ze wszystkim można się pogodzić, ale co zrobić, kiedy przyjdzie na człowieka tęsknota za głupstwem, za młodością, za wspomnieniami najszczęśliwszych lat (…). Patrząc na bardzo stare drzewa w parku, powiedziałem głośno: „Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”.

O planach na wznowienie wydania nie będziemy rozmawiać?

Nie, jestem przesądna…

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę, to był dla mnie zaszczyt. W skrytości ducha marzę, że to jeszcze nie koniec…

Dziękuję

 

 

Autorka Anna Mieszkowska po zakończonej uroczystości poświęconej Fryderykowi Jarosyemu- Zmęczona, ale szczęśliwa

 

 

Pani Anna Mieszkowska przekazała Czytelnikom bloga plik unikatowych zdjęć. Na jednym z nich znajduje się Stefania Grodzieńska z Mariną Járosy-Kratochwil, córką Fryderyka Járosego. Na rewersie jest dedykacja: „Dla Pani Moniki Zakrzewskiej i wiernych czytelników Bloga Co się dziwisz z najlepszymi życzeniami spełnienia marzeń! Anna Mieszkowska, Warszawa 26.02.2013 r”

Zawsze Młoda

Plakat II wystawy TAP „Sztuka”, 1898, modelka Ata Zakrzewska
O tym marzy każda kobieta. 
Młodość wieczna, jeśli taka w ogóle istnieje, tkwi w myśli, duchu, w
ulotnej idei wrażliwego artysty, który potrafi zamknąć w swoim dziele część
przeszłości, cegiełkę młodości szczęśliwej modelki- muzy. Na próżno, drogie
panie,  botoksy, kwasy hialuronowe i
przyjaźń z chirurgiem plastycznym. Warto zgodzić się z tym zawczasu, że zawsze
młoda pozostaje jedynie idea.
Nihilistycznie zaczęłam, choć nie powiedziałam nic nowego, ale,
 co gorsza, mogłam do siebie zrazić tym
brutalnym „intro” płeć piękną. Choć paradoksalnie, miałam na celu zachęcenie, pobudzenie
do łowienia piękna, które nie wyraża się jedynie lustrzanym odbiciem, jawi się
za to urodą duszy pełnej cudownych przymiotów kobiecości.
„Ruda”, Teodor Axentowicz, 1899, modelka Ata Zakrzewska 
Zachwyciły mnie kobiety Młodej Polski, które uchwycone przez
mistrzów, nie imają się czasu i nie boją starości. Zazdrośnie spoglądam na ich
spokojne twarze, szukam ukojenia i rady. Najmocniej przyciąga mnie twarz „Rudej”. Anielsko spokojne oblicze i usta, które zaraz wypowiedzą trująco-słodkie  słowo. Cóż za zbieg okoliczności, że to właśnie
ten obraz przyciągnął mnie w muzeum najmocniej. Modelką uwieczniona na obrazie
jest Ata Zakrzewska. Cóż za ładny zbieg okoliczności. Co Ata chce mi
powiedzieć? Wracam do niej jutro!
Feniks powstaje z popiołów

Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda
Przez las omszałych wieków tajemniczo płynie
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii.
Niech się usta człowiecze zawrzą jak mimozy,
Jak róże, gdy z kapliczki Anioł Pański spłynie,
Jak perskie na księżyca widok tulipany.
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii
Przez ogród moich marzeń przepachnąco płynie
Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda.

Wacław Rolicz-Lieder
Portret Ireny Solskiej, Leon Wyczółkowski
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie w Kamienicy Szołayskich
znajdujący się przy Placu Szczepańskim otworzył, po remoncie, swoje podwoje dla
zwiedzających. Rozpoczął 26.09.2012 uroczystością związana z udostępnieniem dla
publiczności nowej, ciekawej ekspozycji. „Zawsze Młoda!” to wystawa prezentująca
bogaty zbiór obrazów, grafik, druków, rzeźb, rękodzieła, druków, plakatów z
okresu około 1900 roku.
Jan Matejko tworzył wówczas monumentalne dzieła, lecz pod jego surowym skrzydłem rodził się już nowy prąd. Jego wychowankowie krytycznie patrzyli na
twórczość mistrza. Nowe stowarzyszenia artystów, wystawy sztuki oraz
kawiarniane burze głów, owocowały umocnieniem się nowej myśli  artystycznej, której koronne przykłady możemy
obejrzeć w  Kamienicy Szołayskich.
Na wystawie znaleźć można dzieła twórców takich jak:
Stanisław Wyspiański, Leon Wyczółkowski, Jacek Malczewski, Olga Boznańska,
Teodor Axentowicz i wielu innych.
Wystawa będzie czynna jeszcze rok, a więc jest czas na zaplanowanie
sobie wycieczki. Przypominam, że w niedzielę można zobaczyć ekspozycję za
darmo. Wystarczy tylko przyjść. 
Czy znajdziecie na wystawie taki krótki tekst ?
W sztuce jest spokój
W sztuce ukojenie
W sztuce jest życie
W sztuce zapomnienie

Asnyk

Wczoraj rozmawiałam z Asnykiem. Dziwne, prawda?
A przecież mieliśmy się niczemu nie dziwić!

Oczywiście, że nie rozmawiałam. Czytałam tylko jego poezję, w której na nowo widziałam myśli, które uznałam za swoje.
Odpowiedział mi składnie i pięknie na to co we mnie tli się od dawna, a przez zwykłą ubogość literacką, tak pięknie wypowiedzieć nie umiem.

Pytają się niektórzy:
- Po co to piszesz? Kogo mogą obchodzić zdjęcia w sepii? -Dlaczego wciąż odkurzam. Czemu nie dam spać spokojnie zasłużonym ludziom, ciągłe przywołując ich z zaświatów.

Mogę nawet wydawać się śmieszna, pisząc na nowo, w licealnym tonie, prawdy, które ważne są tylko do matury.
I trudno, będę śmieszna.

Moim marzeniem, paradoksalnie, jest, byśmy wyszli z cienia dawnych „dziejów”, a tylko wzmocnieni kręgosłupem dawnej świetności, zaczęli zmieniać stosunek do nas samych, bo jaki mamy, to każdy wie.

DO MŁODYCH
Szukajcie prawdy jasnego płomienia-
Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg:
Za każdym krokiem w tajniki stworzenia
Coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia
I większym staje się Bóg!

Choć otrząśniecie kwiaty barwnych mitów,
Choć rozproszycie legendowy mrok,
Choć mgłę urojeń zedrzecie z błękitów,
Ludziom niebiańskich nie zabraknie zachwytów,
Lecz dalej sięgnie ich wzrok.

Każda epoka ma swoje własne cele
I zapomina o wczorajszych snach;
Nieście więc wiedzy pochodnię na czele
I nowy udział bierzcie w wieków dziele,
Przyszłości podnoście gmach!

Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,
Choć macie sami doskonalsze wznieść;
Na nich się jeszcze święty ogień żarzy,
I wy winniście im cześć!

Ze światem, który w ciemność już zachodzi
Wraz z całą tęczą idealnych snów,
Prawdziwa mądrość niechaj was pogodzi,
I wasze gwiazdy, o zdobywcy młodzi,
W ciemnościach pogasną znów!

[1880]

Norwid

Nie myliłeś się ani na jotę. Ciągle jest podobnie. Oni wciąż chcą wymyślać coś nowatorskiego, a wychodzi jak zawsze…

Bajka

„Najlepsza rzecz żyć w zgodzie, bez twierdzeń, bez sprzeczki,
Po cóż, bo gwar ustawny dla kropki lub linii?
I urabianie ciągłe publicznej opinii ?” -
Siennik-dziurawy mówił tak do Torby-sieczki.
Tymczasem osły, najmniej nie myśląc o szkodzie,
Siano i sieczkę w cichej pożywały zgodzie,
A stąd zdaje się prawda ta być oczywistą,
Że i człowiek zyskałby… będąc legumistą.

Broniewski

Poezja Broniewskiego wobec dzisiejszej koniunktury, ginie tak samo w zalewie tandety, jak każda inna.
Wobec tego spory wokół jego osoby i twórczości bledną , co wcale nie jest niczym dobrym. Bo blednie wszelkiego rodzaju wyższa sztuka, nie tylko literacka. Komercyjni „twórcy” zdają się schlebiać popularnym, nie najlepszym gustom, więc ambitna i pobudzająca sztuka odchodzi do lamusa.

W przypadku, kiedy byłoby to nadal istotne, a pozwalam sobie mieć tę nadzieję, Broniewski został „wsadzony” do kartoteki z fiszką – piewca komuny.

Z pewnością, i polonista, i literat bez politycznych naleciałości, będzie się twardo sprzeciwiał temu zaszufladkowaniu, ale co zrobić gdy stało się to faktem?
Problem w tym, że Broniewski zbyt często stawał się ofiarą politycznych zawirowań, tak po I Wojnie jak i po II Wojnie Światowej.

Jego poezja była zdecydowana, mocna, ukazująca jego idee i poglądy, naświetlająca poetę niezależnego i śmiałego. To spowodowało, że przed II wojną był kilkukrotnie aresztowany za swoje śmiałe i niepopularne poglądy.

Tak się stało, że był rzeczywistym, zagorzałym socjalistą, i tego dawał upust przed i po wojnie. Jego pasję i wypływające z przekonań zaangażowanie, a także płomienną twórczość, wykorzystali nędzni agitatorzy fałszywych idei, przez co Broniewski po raz kolejny stał się ofiarą polityki.

Późniejsze lata „komuny” ostudziły jego zapał, wyciszyły. Ciężkie życiowe wydarzenia, samotność, opuszczenie sprawiły, że patetyczna, wzniosła nuta zmieniła się w nostalgiczną, smutną refleksyjną i tragiczną- to wszystko można poczuć w tomie wierszy „Anka”.

*

Znasz przecie: „Kiedy przyjdą podpalić dom, ten w którym mieszkasz- Polskę…”, albo „ Ze spuszczoną głową, powoli, idzie żołnierz z niemieckiej niewoli…”, na pewno. Dlatego dla mnie poezja Broniewskiego po za wybitną wartością literacką jest wyjątkowa pod wielu względami. Bez wahania powiem, że jest jednym z najbardziej lubianych przeze mnie poetów.

*

Po wielu latach, jego poezja nie potrzebuje obrońców, broni się sama w kilku słowach. Potrzebuje tylko czytelników.

Staff

Leopolda Staffa specjalnie przedstawiać nie muszę. Poeta trzech pokoleń, wybitny przedstawiciel literatury dwudziestego wieku.

Po piekle wojennym, już wiekowy poeta, związał się z moją rodzinną miejscowością, poprzez przyjaźń z ks. Antonim Boratyńskim, proboszczem parafii św. Józefa. Poeta przyjeżdżał tu odpocząć od „wielkiego” warszawskiego życia.

Piękny, zabytkowy kościółek, poskręcana urokliwa rzeczka, bogaty, stary drzewostan wpływały na niego kojąco i wyciszająco. Tu mógł odpocząć i tworzyć. Tu pozostawił wpis w księdze parafialnej:

Czy czeka ciebie droga bliska czy daleka

Świat jest tylko tak wielki, jak serce człowieka”.

Miejscowa ludność nie zapomniała o poecie. Pomnik w centrum miasta ( niezbyt udany, ale za to bardzo duży) , oraz popiersie z brązu przy ukochanej parafii, przypomina nam dawną sympatię Staffa do miasta.

Jakże jestem w stanie zrozumieć jego umiłowanie do tamtego miasta, bo ten dawny świat, bzin, kiedyś w dzieciństwie oglądałam i zapamiętałam na całe życie. Choć teraz pozostały po nim jedynie wspomnienia i fotografie.

Wpisując się w świąteczny nastrój, przypominam wiersz właśnie tego poety

Gwiazda

Świeciła gwiazda na niebie
srebrna i staroświecka.
Świeciła wigilijnie,
każdy ją zna od dziecka.

Zwisały z niej z wysoka
długie, błyszczące promienie,
a każdy promień – to było
jedno świąteczne życzenie.

I przyszli – nie magowie
już trochę podstarzali –
lecz wiejscy kolędnicy,
zwyczajni chłopcy mali.

Chwycili w garść promienie,
trzymając z całej siły.
I teraz w tym rzecz cała,
by się życzenia spełniły.

Leopold Staff

Chwytajcie promienie w ręce i spełniajcie swojej marzenia,

tego w te święta Wam życzę- siły i wiary w człowieka