Recenzja serialu „BODO”- nagrodzone prace cz. 3.

Bodo: Chcesz, to mnie bierz

Recenzja, która nic nie kosztowała

To ty, jako pierwsza, zrozumiałaś, że nie ma we mnie ani odrobiny talentu (…). Pewnie dlatego nie mogę z tobą zostać.

Śledzę zapowiedzi, rozmowy z twórcami, nie raz i nie dwa przewijam do początku fragmenty taneczne i wstawki wokalne. Ekscytuję się. Kiedy pojawia się 1. odcinek – nie oglądam, czekam na co najmniej 2 kolejne, bo wiem, jak boli syndrom odcinka pilotażowego. Jest już 3, zasiadam do maratonu, spodziewam się wszystkiego co najlepsze, fantazjuję o hiszpańskim Gran Hotelu i czeskiej Pierwszej Republice, o serialu nowoczesnym, biografii z elementami kina gatunkowego.

Oglądam.

W głowie kotłują mi się wyrażenia ze słownika mowy nienawiści. O A. Królikowskim myślę najgorzej jak można o aktorze, rodzice Bodo irytują mnie, matka (A. Wosińska) cierpiętnictwem, ojciec (M. Bonaszewski) nadekspresją. Retorycznie pytam, kto pozwolił Stasiowi Tarkowskiemu (A. Fidusiewicz) opuścić pustynię. Czuję, że kolejna scena z Morycem (P. Żurawski) uczyni ze mnie antysemitkę. Podoba mi się jedynie prof. Uziembło (S. Pawlak) i muzyka.

Seans przerywam w połowie 2. odcinka na rzecz przypadkowego fragmentu Przedwiośnia. Z żalem stwierdzam, że czasy, kiedy aktorami młodego pokolenia byli M. Stuhr, M. Dorociński i B. Szyc minęły bezpowrotnie. Postanawiam nie oglądać więcej serialu Bodo.

O czym marzy pensjonarka całym sercem…

Na facebookowym fanpage’u TVP czytam przypadkowy komentarz: Jeśli usunąć wulgarne sceny seksu, byłaby super produkcja rodzinna. Oburzam się na ten pomysł cenzurowania rzeczywistości, której nośnikiem powinien być serial biograficzny, dla potrzeb kina familijnego. To nie jedyny komentarz w tym tonie, na który natrafiam, dlatego wiedziona ciekawością, postanawiam sprawdzić, o co chodzi. Na powrót zaczynam wierzyć, że tło obyczajowe serialu nie ograniczy się tylko do długich ujęć łódzkiej ulicy.

Z nadzieją na skandal włączam 2. odcinek. Nudzę się, a kiedy Bodo w obronie swojego płaszcza gotów jest dać pokiereszować sobie twarz, patrzę na niego z politowaniem. Ciągle czekam na obiecane zgorszenie, które w końcu zabierze mnie w lata dwudzieste, lata trzydzieste. Trwam.

Niespodziewanie z marazmu wyrywa mnie 1. świetna, żywiołowa scena w przytułku dla bezdomnych. To przełom. 2. odcinek kończę oglądać z myślą, że tu będzie się jeszcze dziać.

3. odcinek utwierdza mnie w tym przekonaniu. Śmieję się z testu na dobrego chrześcijanina i innych dyskretnych żartów, zaczynam wciągać się w drobne intrygi, coraz bardziej ciekawi mnie: wróci do Łodzi czy nie. Zapominam nawet, po co właściwie znów zaczęłam oglądać Bodo. I wtedy początkująca aktorka Nina (A. Kurowska) oraz dyrektor teatru Apollo (O. Lubaszenko) przypominają mi. Spodziewam się witkacowskiego nienasycenia i tumanów kokainy, widzę kilkusekundową scenę interesownego, bezceremonialnego zbliżenia, które powraca także w następnym odcinku, tym razem z Bodo w roli głównej. Cieszę się tych scen i wszystkich innych, w których Bodo jest molestowany i w których kobiety i mężczyźni składają mu niemoralne propozycje. Ten serial, jeśli ma choć trochę przybliżyć epokę (i środowisko), potrzebuje ich tak samo jak odpowiedniej scenografii.

Według obliczeń Netflixa widz, żeby wciągnąć się w fabułę potrzebuje średnio 3 odcinki. Algorytmy Bodo sprawdzają się, 4. odcinka nie mogę się doczekać.

Nie przesadza pan? Znamy się krótko!

Jestem oczarowana. W 4. odcinku po kinie familijnym nie ma śladu. Najpierw scena występu w dość podejrzanym przybytku, później chwila nieodwzajemnionej namiętności z Adą i akcja rusza na dobre.

Bodo mężnieje, występy w niesławnych spelunkach i praca przy wywózce ciał zmarłych na grypę sprawia, że przestaje przypominać naiwnego wymoczka. Jest coraz bardziej odważny, czasem bezczelny, podoba się i wykorzystuje to. Mnie także, zaczynam być bezkrytyczna.

Oglądając 5. odcinek, w którym zmienia się aktor grający tytułowego bohatera, zapominam, że chciałam obejrzeć polski Gran Hotel – nonsens. Jestem zachwycona! Zdjęcia są jaśniejsze, więcej w nich przestrzeni, rozmachu, a w Bodo uroku. Tempo akcji przyśpiesza, emocje narastają (w 5. odcinku pierwszy raz się wzruszam), coraz częściej się śmieję.

Występ Bodo i Z. Pogorzelskiej (R.Gąsiorowska – całościowo wyborna) w odcinku 6. oglądam 3 razy, muzyka i choreografia to jedyne, co niezmiennie podoba mi się od początku serialu. Wkrótce zaczynam myśleć o Bodo źle, że interesowny bałamut i świnia, po chwili wzdycham jednak: Titina, wróć! I tak w pętli wielokrotnie. To już nie jest karuzela z momentami, ale rollercoaster wrażeń, i oglądając serial w maratonie, z ich nadmiaru, dopada mnie globus.

Dobrze by było, gdybyś zagrał nie jak ostatnia noga.

Rozumiem już dlaczego A. Królikowski dostał tę rolę i od 3. odcinka podoba mi się jego kreacja, choć w T. Schuchardtcie dostrzegam więcej stosownej charyzmy i naturalnego szarmu (odpowiadającego, oczywiście, wiekowi granej postaci). Nie drażnią mnie już rodzice Bodo (matka w 5. odcinku zaczyna być nawet zabawna) Moryc ani Hans. Zaczynam lubić K. Hanusza (E.Kulm). Podobają mi się epizodyczne role M. Stróżyńskiej (Trudi), M. Hirch (red. Drewiczówna), E. Herbuś (P. Negri) i wielu jeszcze krócej pojawiających się na ekranie postaci (m.in. N. Sikora).

Ja się nigdzie nie ruszam! Teraz to moje miasto.

Sprawdzam ile odcinków liczy serial. Jeszcze 7. Zostaję, chociaż poważnie grozi mi obłąkanie.

 Joanna Betlej

Recenzja serialu „BODO”- nagrodzone prace cz. 2.

Na wstępie przyznam się, że poczesne pierwsze miejsce w moim rankingu międzywojennych gwiazd zawsze zajmował Aleksander Żabczyński. Kiedy usłyszałam o planach dotyczących serialu „Bodo” ukłuło mnie takie maleńkie poczucie żalu. W końcu życiorys Żabczyńskiego jest również gotowym scenariuszem filmowym! Ale „żale na bok”, w końcu Bodo jest na drugim miejscu i na premierę serialu czekałam z niecierpliwością. Miałam nadzieje, że chociaż trochę poczuję tę atmosferę, której nazwę mi trudno określić. Chciałam, za pośrednictwem małego ekranu, znaleźć się w klimacie teatralno-kabaretowo-wodewilowym z domieszką kina, przeplatanym specyficznym dźwiękiem gramofonowej płyty. I nie zawiodłam się. Przynajmniej podczas obejrzanych dotąd czterech odcinków serialu. Szczególnie bliski dla mnie był epizod poznański. Fakt, że czekałam na niego również z chęci zobaczenia samego Poznania w roku 1916 i pod tym względem producenci mnie trochę zawiedli. Już pierwszy rzut oka upewnił mnie w przekonaniu, że do tego miasta ekipa nie zawitała. Nie był to ani dworzec, ani ulice poznańskie, a tym bardziej nie było to kino „Apollo”. Ale cóż. Plenery nie są najważniejsze. Trochę drażnił mnie również ten wszechobecny niemiecki język, ale w sumie to w końcu były jeszcze czasy zaborów i dyrektor teatru był Niemcem.

Teatr jest bliski memu sercu, szczególnie od czasu jak dowiedziałam się o wielkiej miłości, którą darzył tę sztukę mój pradziadek. Mimo, że był synem stolarza z małego miasteczka, realizował swą pasję aktorską biorąc lekcje w teatrze Polskim w Poznaniu. Pod koniec dziewiętnastego wieku nie było to na pewno łatwe. Znalazłam nawet kilka prasowych recenzji z jego późniejszej działalności w teatrach amatorskich. Dla mnie pewnym łącznikiem z tamtym dawnym światem sceny były piosenki śpiewane jeszcze w siedemdziesiątych latach podczas imienin u moich „przedwojennych” stryjków – braci dziadka. Były „żywcem” wzięte z wodewili lat trzydziestych. Z kolei zainteresowanie kinem międzywojennym zaszczepił we mnie pan Stanisław Janicki na ekranie czarno-białego telewizora „Lazuryt” w czasach mojego wczesnego dzieciństwa.

Ale wracajmy do serialu „Bodo”. W końcu to o nim miałam pisać. Nie wiem jak sprawdzi się w roli Eugeniusza Bodo Tomasz Schuchardt, natomiast jeżeli chodzi o Antoniego Królikowskiego, to musze przyznać, że dotąd nie doceniałam jego aktorskich umiejętności. Może fizycznie nie przypomina Bogdana Junot, jednak nie o to chyba chodzi w serialu biograficznym. Wspaniale zagrał młodego upartego i dążącego do swojego celu przyszłego aktora. Podczas sceny warszawskiego debiutu Bodo, przeplatanej scenami śmierci jego ojca, wzruszyłam się nawet do łez. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie Mariusz Bonaszewski, któremu bezbłędnie udało się zagrać faceta, któremu wiele można wybaczyć. Natomiast Maciej Damięcki rozśmieszył mnie zupełnie jak Antoni Fertner, którego aktor zagrał. Obsada serialu została świetnie dobrana. Zaczynając od Agnieszki Wosińskiej w roli matki Bogdana, kończąc na najmniejszych „rólkach”. Moją szczególną uwagę zwrócili Bartłomiej Kotschedoff, jako Adolf Dymsza i Kamila Kuboth-Schuchardt, jako Mira Zimińska.

Reasumując, obejrzane dotąd cztery odcinki serialu „Bodo”, mimo kilku wpadek, takich jak: ubrani w letnią odzież ludzie w listopadzie 1918 roku oraz pływające w wiadrze wigilijne karpie (karp został symbolem wigilijnym dopiero po drugiej wojnie światowej), jest świetnie nakręconym serialem oddającym klimat dawnej kabaretowej bohemy. Myślę, że kolejne odcinki zapowiadają się równie obiecująco.

Hanna Jałocha

Klimek-przedwojenny chłopak.

Screenshot_1

Ogłoszono nabór do nowego filmu. Michał Waszyński, bo tak nazywał się reżyser tego filmu, kompletował obsadę. Film miał się nazywać „Wacuś”. Wszystkie główne role były już obsadzone. Plejada gwiazd, bo tylko znane nazwiska mogły przyciągnąć do kin publiczność, która już zdążyła „zwybrednieć”. Adolf Dymsza był idealnym kandydatem na podwójną, główną rolę, a tu miał zagrać nastoletniego chłopca. Do obsadzenia pozostała rola prawdziwego nastoletniego chłopca, ucznia mieszkającego na stancji u pewnej niezamożnej rodziny. Postanowiono dobrać chłopca we właściwym wieku.

Klimek- tak nazywali go szkolni koledzy zawsze interesował się filmem. Marzył o karierze aktora. Był zwykłym chłopcem z błyszczącą blond czupryną i radosną twarzą. Po lekcjach w szkole pomagał swojemu ojcu, który miał kiosk na ulicy Czerniakowskiej i sprzedawał papierosy. Korzystając z bliskości sklepu z gazetami chłopiec wypożyczał ilustrowany tygodnik „Kino”. Z zachwytem czytywał wszystkie wzmianki prasowe o kinie i aktorach. Tak, przed wojną można było wypożyczyć ze sklepu gazetę. Ponoć kosztowało to 5 gr.

Pewnego dnia Klimek dowiedział się od swojego starszego kolegi o tym, że wytwórnia filmowa poszukuje chłopców w wieku 12-15 lat. Długo się nie zastanawiał. Pobiegł od razu na przesłuchanie.

Przyjęto go i wysłuchano. Zadeklamował „Powrót taty” Adama Mickiewicza. Kto nie znał wtedy tego wiersza… Zrobił to z taką swobodą i żarem, że z miejsca dostał angaż do filmu „Wacuś” i choć jego nazwiska nie wymieniono w czołówce filmu to jego rola była zauważona i pozytywnie oceniona.

Wyzwaniem dla niego okazało się dotrzymanie kroku wytrawnym aktorom: Jadwidze Andrzejewskiej i Adolfowi Dymszy. Ich warsztat i życzliwość podczas kręcenia wspólnych scen sprawiły, że chłopiec wypadł świetnie, a przychylna ocena jego roli zaowocowała kolejnymi angażami.

W każdym razie artysta…

W ten sposób Klemens Mielczarek rozpoczął swoja przygodę z aktorstwem i stał się jednym z pierwszych „złotych dzieci” polskiego kina dźwiękowego.

W 1937 roku zagrał najważniejszą ze swoich przedwojennych ról. U boku Karoliny Lubieńskiej zagrał Franka- pikolaka w komedii pomyłek „Książątko” w znakomitej obsadzie: Eugeniusz Bodo, wymieniona już wcześniej Karolina Lubieńska, Loda Niemirzanka, Antoni Fertner, Józef Orwid, Jerzy Marr.

Zagrał biednego pikolaka czyli  pomoc kelnera, który jedzie pociągiem na „gapę” do Krynicy Górskie, gdzie ma umówioną pracę. Zabiera ze sobą Władkę ( główną bohaterkę), którą uznaje za młodego chłopca. W Krynicy załatwia jej posadę fordansera. Było to jego ostatnie, przedwojenne, filmowe wyzwanie.

Nastała wojna, która zmieniła życie dziewiętnastoletniego  aktora. Zaletą młodych głów jest, że nie przestają marzyć i choć trudno, to przystosowują się do zaistniałej rzeczywistości. W trakcie wojny uczył się w podziemnym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej.Gdy nastał czas Powstania Warszawskiego, przedstawiciel pokolenia Kolumbów walczył w szeregach AK. Po upadku powstania jako jeniec wojenny został wywieziony do Niemiec.

Przetrwał wojnę, a po niej powrócił do Polski by zdać egzaminy na aktora i pracować jako aktor w Teatrze Miejskim w Częstochowie. Wojna zmieniła Klemensa nie do poznania.

Trudno skojarzyć te dwie osoby: smukłego, chudego blond młokosa i opalonego, muskularnego mężczyznę. Po wojnie rozpoczął prawdziwą pracę aktorską. Dużo pracował na scenie, a w filmach grał raczej role drugoplanowe, czasem epizodyczne.

hhh

Mimo tego jego powojenny filmowy dorobek jest imponujący:

1949 r.- „Czarci żleb”

1949 r.-”Dom na pustkowiu”

1953 r.- „Sprawa do załatwienia”

1953 r.- „Przygoda na Mariensztacie”

1953 r.-„Podhale w ogniu”

1953 r. -”Piątka z ulicy Barskiej”

1953 r. -” Żołnierz Zwycięstwa”

1953 r.-” Sprawa Szymka Bielasa”

1954r. _”Pokolenie”

1958 r.-„Wolne miasto”

1958r.- „Ósmy dzień tygodnia”

1959 r.-”Cafe pod Minogą”

1960 r.- „Krzyżacy”

1965 r.-”Sam pośród miasta”

1967 r.-”Westerplatte”

1977 r.-”Sprawa Gorgonowej”

1978 r. -”Wśród nocnej ciszy”

1978 r.-”Romas Teresy Hennert”

1981 r.-” Dziecinne pytania”

1981 r.-„Człowiek z żelaza”

1983 r.-”Szczęśliwy brzeg”

1988 r. -”Biesy”, „Zmowa”

1991 r.-”Skarga”

Seriale: „Dom”, „Polskie drogi”, „Zmiennicy”

Galeria aktora: http://fototeka.fn.org.pl/pl/strona/wyszukiwarka.html?key=Mielczarek+Klemens&search_type_in=osoba&view_type=tile&sort=alfabetycznie&result%5B%5D=1873&lastResult%5B%5D=1873&pageNumber=1&howmany=50&view_id=

Po przejściu na emeryturę stworzył dla dzieci własny teatr jednego aktora. Nazwał go Kuku-Ryku. Jeździł z nim po całej Polsce, odnosząc sukcesy. Dekoracje i maski woził w bagażniku. Sam był dyrektorem, aktorem, organizatorem i kierowcą. Konwencja jego teatru opierała się na maskach, które zaprojektowali Kazimierz Mikulski i Adam Kilian. Zarówno on, jak i zaproszone z widowni dzieci zakładali maski i wspólnie rozpoczynali wędrówkę w krainę bajek, ucząc się przy okazji różnego rodzaju tańców. Otrzymywał mnóstwo listów z podziękowaniami od kierownictwa szkół, a dzieciaki z utęsknieniem czekały na kolejne spotkanie z jego teatrem.”

W roku 1996 Klemens Mielczarek otrzymał Nagrodę miasta Warszawy. W gronie nagrodzonych tego roku znaleźli się między innymi: Mira Zimińska-Sygietyńska, Loda Halama, Maria Modzelewska, Lidia Wysocka.

Ze wspomnień Witolda Sadowego: „Moje przyjazne stosunki z Klimkiem datują się od bardzo dawna. Od czasów wojny i niemieckiej okupacji, kiedy byliśmy jeszcze młodzi i świat należał do nas. Nawet wojna nie zabiła w nas optymizmu. Klimek był człowiekiem ciepłym, dobrym i pogodnym. Świetnym kolegą. Przez pewien czas pracowaliśmy razem w Teatrze Klasycznym i graliśmy w kilku sztukach. Dawno go nie widziałem, ale od czasu do czasu prowadziliśmy długie rozmowy przez telefon. Nigdy się nie skarżył i nie narzekał. Był dumny ze swoich dzieci. Wiedziałem, że chorował, bo od dłuższego czasu nie spotykałem go ani w operze, ani w teatrach. Starał się nie opuścić żadnego przedstawienia. I choć to nie jest już ten teatr, na którym się wychowaliśmy, nie przestał go kochać. Żegnaj Klimku, pozostała już nas garstka.”

Klemens Mielczarek zmarł w 2006 roku przeżywszy 86 lat. Został pochowany na Starych Powązkach.

Polecam Waszej pamięci nietuzinkową postać Klimka.

Www.encyklopediateatru.pl „Klemens Mielczarek. Pożegnanie”. (Witold Sadowy) za Gazeta Wyborcza Stołeczna nr 50

Zdjęcie: Reżyseria:Kański Tadeusz, Vergano Aldo, PrawaStudio Filmowe „Kadr”, Autor: Wawrzyniak Kazimierz

Konkurs

Kochani!
Ogłaszam mini konkurs!
Konkurs na najciekawszą recenzję  serialu o Eugeniuszu Bodo.
Napiszcie jakie były wasze oczekiwania i czy nie zawiedliście się. Czy tak sobie wyobrażacie dawną kabaretową bohemę?
Piszcie!
Najciekawsza recenzja będzie nagrodzona książką „Bodo wśród gwiazd” autorstwa Anny Mieszkowskiej. Dodatkowo recenzję opublikuję na swoim blogu.
Recenzje proszę nadsyłać na adres : mota@op.pl

Szczegóły wkrótce.

Bodo_serial_tvp Bodo-wsrod-gwiazd-1

Eugeniusz Bodo-reaktywacja

 

wpid-wp-13973140432862Krakowskie Przedmieście, 1937 rok

Cukierniany gwar, szczęk naczyń, zapach waniliowych kremów odurza stałych bywalców. Zakochane pary, dzieci z umorusanymi od słodkości buziami, starsi panowie sączący „pół czarnej”, wsłuchują się w tony niegłośnej muzyki płynącej z adapteru.

Do lokalu wchodzi elegancki jegomość z psem o rozmiarach niewielkiego konia. Bydlątko nikogo nie przeraża, wręcz nie robi na obecnych żadnego wrażenia. Sprzedawczyni uśmiecha się promiennie, dając koleżance znaczącego kuksańca w bok. Teraz obie uśmiechają się do gościa.

Jesienno-zimowa aura sprawia, że elegant ubrany jest w markową pelisę z postawionym kołnierzem. Nosi także kapelusz z szerszym rondem. W powietrzu zapach waniliowych ciastek mąci francuska perfuma. Zapach luksusu. Przybysz jedną ręką zdejmuje kapelusz, drugą kontroluje stan swoich mocno nabłyszczonych, idealnie zaczesanych do tyłu włosów. Obdziela szczerym uśmiechem sprzedawczynie. Podchodzi do lady i zamawia dziesięć sztuk ptysiów z różowym kremem. Rzuca żarcik, anegdotkę o swoim małym Sambo (piesku), który zjada na śniadanie ludzi. W cukierni panuje ożywienie. -Bodo! Bodo!- niezbyt cicho powtarzają do siebie obecni.

Przyzwyczajony do takiego zachowania innych, Bodo kłania się uprzejmie i podąża do drzwi.

Tuż przed drzwiami zatrzymuje się i odwraca.

- Zapomniałem kupić jednego ptysia. Źle policzyłem osoby.

-Jak to? Mówił pan, że będzie dziesięć osób.

- Sambo jest jedenasty.

Młoda dziewczyna podaje osobny pakuneczek psu do pyska. Bodo i jego psina wsiąkają w jesienną pogodę.

*

Eugeniusz Bodo znany szerokiej przedwojennej publiczności jako elegancki mężczyzna, człowiek sukcesu, amant kina, bożyszcze kobiet, ale także nowoczesny celebryta i biznesmen. Dzisiaj, z perspektywy czasu i w kontekście jego wojennych losów, postrzegany jest jako tragiczna ofiara historycznej zawieruchy.

Rzeczywiście jego biografia, choć krótka, jest niezwykła i obfituje w wiele ciekawych zdarzeń.

Od najmłodszych lat mały Gienio, ruchliwy i wesoły chłopiec, był przyzwyczajony do dalekich podróży, które odbywał wraz z rodzicami. Ojciec Teodor był propagatorem sztuki filmowej. Dlatego ze swoim objazdowym kinem, wędrował po całej Azji. Dotarł nawet do Chin i Persji. Prezentował nowoczesne, jak na tamte czasy, prekursorskie rozwiązania techniki filmowej.

Decyzją ojca, po wielu latach tułaczki, rodzina Junodów osiedliła się w Łodzi. Tu także ojciec Gienia otworzył kino- Urania. Jedno z pierwszych w Polsce. Nie było to zwykłe kino. To było miejsce spotkań towarzyskich, gdzie prócz wyświetlania filmów prezentowano bogaty wachlarz kulturalnych wydarzeń.

Matka marzyła, że mały Gienio kiedyś zostanie lekarzem, ojciec natomiastprzewidział dla niego karierę handlowca.Nasz bohater zaś miał zupełnie inne plany i zamierzenia. Chciał zostać aktorem i na scenie widział swoją przyszłość. Przystąpił bardzo wcześnie do realizacji celu, choć aktorskie wykształcenieuznał za zbędne.

Nie godząc się z decyzją rodziców, uciekł z domu, poświęcając się pracy w prowincjonalnych teatrzykach. Zmienił rodowe nazwisko -Junod, na BoDo, powstałe ze zlepku pierwszych sylab swojego imienia ( Bogdan) i imienia matki (Dorota). Zachwycił się atmosferą kabaretów. Miał niesamowite wyczucie publiczności. Bardzo szybko został zauważony i zaangażowany do najlepszego w tym czasie kabaretu warszawskiego „Qui pro Qou” . Stąd był już tylko krok do kariery. Popularność na miarę dzisiejszych czasów przyniosły mu role w filmach dźwiękowy. Głównie w komediach. Najważniejszymi z nich były: „Czy Lucyna to dziewczyna”, „Piętro wyżej”, „Książątko”, „Jego ekstelencja subiekt”, „Jaśnie pan szofer”, „Pieśniarz Warszawy”.

To komedie spowodowały, że stał się popularny, jednak jego marzeniem i ambicją było grać postaci tragiczne. Role trudne do zagrania i ambitne, np. w filmie „Kłamstwo Krystyny” gdzie zagrał okrutnego, pozbawionego wszelkich ludzkich odczuć stręczyciela.

Mimo, że był najbardziej znanym aktorem w Polsce, nie miał w sobie nic z gwiazdorstwa. „Pozornie niezgrabny, z lekka korpulentny, przysadzisty, na tle Brodzisza, czy Żabczyńskiego, prezentował się nieco gorzej. On jednak miał w sobie urok, „dużo szelmowskiego wdzięku” i magnetyzm wprost nie do uwierzenia.

Miał zamiłowanie do pięknych strojów i toalet. Ubierał się szalenie elegancko i szykownie. Na balu w hotelu Europejskim w 1936 roku zdobył tytuł „Króla Mody”. Bardzo chętnie przyjmował propozycje reklamowania odzieży. Flauszowe marynarki firmy „Old England”, pantofle od Kielmana, krawaty Chojnackiego, czy kapelusze Młodkowskiego, wszystko w najwyższym gatunku prezentował z przyjemnością. Uwielbiał wykwintne restauracje. Lubił wystawne kolacje w najsławniejszych lokalach Warszawy.

Razem z Brodziszem zawiązał spółkę producencką. To pozwoliło mu na realizację zamierzeń filmowych, o których zawsze marzył.

Życie prywatne Bodo nie obfitowało w skandale obyczajowe i szaleństwa towarzyskie. Mieszkał z matką i po burzach młodości bardzo cenił sobie jej towarzystwo i przyjaźń. Pani Jadwiga miała bardzo twarde zasady moralne i w takich wychowywała syna, nawet wtedy, gdy ten miał grubo po trzydziestce. Ojciec umarł w 1928 roku nie mając możliwości cieszenia się sukcesami syna.

Bodek cenił sobie raczej spokój i domową atmosferę. Lubił robótki domowe, nawet wyszywał makatki z koralików, którymi obficie obdarowywał znajomych. Pasjonował się filatelistyką. Miał bogaty zbiór unikatowych znaczków, posegregowanych w klasery, oprawionych białą skórą. Był wysportowany. Chodził na lekcje boksu i fechtunku. Zdał kurs na szofera. Lubił herbatę i podobno, ptysie z kremem.

Był człowiekiem bezkonfliktowym, choć posiadał dość nerwowy charakter o cechach choleryka. Szybko wybuchał, szybko mu przechodziło. Nie żywił urazy. W obyciu był miły, elokwentny z poczuciem humoru i skorością do żartów. W pracy dokładny, obowiązkowy, wymagający. Generalnie jednak, człowiek o gołębim sercu.

Zawsze elegancki, a do kobiet szarmancki, przyjaciołom oddany.  W sprawach sercowych, jak na bożyszcze tłumów, nietypowy. Gustował w skromnych dziewczynach, ale kochał raczej incydentalnie. W środowisku filmowym niechętny był do romansów. Łączono go jedynie z aktorką o dość oryginalnej urodzie: Norą Ney. Chodziły słuchy, że uwielbiał kobiety o ciemnej skórze. I jakby na potwierdzenie tej teorii można przytoczyć fakt romansu jego życia z gorącą pięknością z Wysp Bora Bora- Reri, a właściwie Anną Chevalier. Była to aktorka, która znalazła się w Warszawie dzięki promocji filmu „Tabu” produkcji niemieckiej. Film ten, pomimo rozpaczliwych zabiegów ratowania, zaliczył klapę, a młoda Reri pozostawiona w wielkim świecie, potrzebowała ratunku. Pomocną dłoń podał jej właśnie Bodo, ponoć zakochany w niej od pierwszego wejrzenia. Spisał z nią kontrakt opiewający na sześć tysięcy złotych i futro. Tak zaczęła się ich współpraca zawodowa i prywatna. Ona uwielbiała się bawić, kochała lalki i pajacyki, on pracę i scenę. Niepohamowany pociąg Reri do trunków wyskokowych i niechęć matki aktora do ciemnoskórej piękności, zniweczył ich nieśmiałe plany małżeńskie. W 1935 roku Anna Chevalier wyjechała z Polski do Berlina i nigdy już nie powróciła, a Bodo nie powrócił do myśli o małżeństwie.

W czasie wojny Eugeniusz wraz z zespołem Henryka Warsa, występował jako śpiewak, aktor i konferansjer we Lwowie. Znakomita znajomość języka rosyjskiego umożliwiała im kilkukrotne tournee po ZSRR (Charków, Kijów, Moskwa). Z początku lwowska atmosfera sprzyjała występom, co bardzo zachęcało polskich aktorów, a tournee dawało poczucie bezpieczeństwa. 

 

Wszędzie przyjmowany był przyjaźnie i należycie dla swojej sławy. Nawet nie wiedział, po jak cienkim lodzie stąpa i jak bardzo krucha jest jego pewność bezpieczeństwa. Należy przypomnieć, że Eugeniusz Bodo było w połowie Polakiem, w połowie Szwajcarem i to miało dać mu bezpieczeństwo u Niemców, a także i Rosjan. Wkoło roiło się od agentów, którzy donieśli gdzie trzeba, że Bodo zaplanował emigrację do USA. To wystarczyło wystarczyło.

Uznano go za szpiega i natychmiast aresztowano. Zrobiono to tak szybko, że słuch o nim nagle zaginął. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Było kilka wersji. Wiele osób przysięgało, że widziały moment egzekucji Bodo we Lwowie. Dzięki świadectwu więźnia, z którym Eugeniusz rozmawiał wiemy, że wywieziono go do Moskwy, potem do Kotłasu. 26 czerwca skazano go na 5 lat więzienia. Nazwano go elementem szczególnie niebezpiecznym. Informacje o jego losie były nierzetelne i często wykluczające się. Nikt też nie chciał się przyznać do jego aresztowania. Za najpewniejszą wersję przyjęto tą, że został ujęty i wywieziony w głąb ZSRR.

Poszukiwała go rodzina, matka wciąż wierzyła, że żyje. Poruszono nawet ambasadę. Pomimo niepewnych wieści, prowadzono intensywne wyjaśnienia i negocjacje z Sowietami.

Dzięki relacjom współwięźnia Alfreda Mirka, można było poznać jego dalsze, tragiczne losy. Bodo był wykończony i wychudzony. Trudno było w nim rozpoznać dawnego amanta filmowego. Zniknęły jego wspaniałe, gęste i lśniące włosy, zniknął promienny uśmiech. Był wyniszczony, opuchnięty i słaby. Miał przeczucie, że już nie wyjdzie na wolność. W 1943 nie objęła go amnestia obywateli polskich, miał przecież obywatelstwo szwajcarskie.

Zmarł samotnie z głodu i wycieńczenia 7 października 1943roku w Kotłasie. Miejsce jego pochówku pozostało nieznane. Najprawdopodobniej leży w jednej ze zbiorowych mogił.

Nieustające starania krewnej- Wiery Rudzkiej o informacje na temat Eugeniuszu Bodo przyniosły efekt dopiero dzięki Czerwonemu Krzyżowi. Podano wtedy przyczynę jego aresztowania i datę śmierci.

Jego historia skończyła się 18.10. 1991 roku, kiedy to władze Rosji ostatecznie przyznały się do aresztowania Eugeniusza Bodo.

Jeszcze przed wojną, kiedy śpiewał w jednym ze swoich filmów „ Za parę lat, kto wie, co jeszcze spotka mnie. Więc póki czas korzystam z życia. Co będzie jutro nie moja rzecz. Nie patrzę na przód. Nie patrzę wstecz. I Jedno wiem, wiem, wiem- żyję dzisiejszym dniem”.

Czyż nie warto czasem warto posłuchać gwiazd?

 

Bibliografia:

 „W starym kinie” Stanisław Janicki, KAW Warszawa 1985 r

„Powróćmy jak za dawnych lat”, Dariusz Michalski, ISKRY, Warszawa 2007 r

„Już nie zapomnisz mnie”, Ryszard Wolański, Muza S.A. Warszawa, 2010

„Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej”, Bellona, Warszawa, 2010

 

„Zakochany Bodo” ODEON Stanisław Janicki RMF Classic

Jego Królewska Mość Bodek Jedyny, Konrad J. Zarębski

z czasopisma Film 1983, nr 28

„Za winy nie popełnione”  reportaż Stanisława Janickiego

Zdjęcia źródło: 
http://www.facebook.com/pages/Cafe-Bodo/367643144590
 (polecam profli tematyczny)

 

Zrozumieć przedwojenne kino.

 

Screenshot_3

Logo popularnego programu prowadzonego przez Stanisława Janickiego w latach osiemdziesiątych

Nastała epoka super kina. Wysoka technika przerosła nasze oczekiwania. 3 D, HD, Dolby S. i takie tam „czary mary”. Obraz najwyższej jakości zastąpił wyobraźnię widza. Niesamowite ujęcia, pomoc zaawansowanej techniki komputerowej pomagają stworzyć sugestywne obrazy, w które można łatwo uwierzyć i zatracić granicę pomiędzy jawą a fantazją. Oczywiście technologia w niesprawnym ręku obnaża spore niedociągnięcia; krostkę na nosie, włos w zupie i niedopracowaną scenografię. Jednocześnie daje wiele niezapomnianych wrażeń. Trzeba to szczerze przyznać.

Tymczasem początki kina odchodzą w zapomnienie, a klimat starych czarno-białych filmów pamięta coraz mniej osób. Sentymentalne niedzielne popołudnia lat osiemdziesiątych ze „Starym Kinem” Stanisława Janickiego to już tylko mgliste i ciepłe wspomnienie rozrywek PRLu.

Przy takiej technice jak obecna i poziomie artyzmu czym może wyróżnić się stara produkcja, a czym obronić? Jak przekonać młodych, że warto je oglądać? I jakie są przyczyny niezrozumienia przedwojennych produkcji?

Pierwszym powodem jest tragiczny stan starych kopii, które cudem zostały ocalone przed zniszczeniem. Przetrwały całą wojnę. Po jej wybuchu osoby, które miały dostęp do archiwów i poczuwające się do ratowania kulturalnej spuścizny, starały się ukryć jak największą ilość kaset. Byli to zupełnie anonimowi ludzie, którzy z narażeniem życia chowali taśmy po piwnicach lub wywozili za granicę. Przez pięć lat metalowe kasety, a w nich klisze narażone były na wilgoć, bakterie, grzyby, wybuchy, ogień i zwykły wandalizm.

Dzięki staraniom Filmoteki Narodowej odnaleziono lwią część dorobku. Niektóre z nich były w strasznym stanie. Z innych pozostały tylko fragmenty ( np. „Robert i Bertrand” z Dymszą i Bodo). Wielu z nich nie odnaleziono. Zwłaszcza filmów niemych. Taki był koszt ocalenia.

Efektem zniszczeń stały się obiektywne niedogodności w oglądaniu; przeskoki akcji, zupełne nieoczekiwane i niezrozumiałe spowodowane klejeniem i naprawami. Dalej zły dźwięk, zaciemnienie obrazu, oraz jego ubytki, niezborność dźwięku z wizją. To tylko niektóre techniczne mankamenty.

Screenshot_1

Zdjęcie zniszczonej kliszy: fot. Monika Supruniuk,
źródło: www.nitrofilm.pl

Gdy już się przebrnie przez te niedogodności, następują kolejne, tym razem innej natury.

Wygląd aktorów, jakże rożny od współczesnego, budzi zdziwienie i śmiech młodych. Większość nowego pokolenia przyjmuje go jako niezrozumiałą modę.

A wystarczy wiedzieć kilka faktów. W filmie niemym mimika grała bardzo istotną rolę. W zasadzie była najważniejszym narzędziem gry aktorskiej. Musiała wyrażać bez wątpliwości wszelkie uczucia. Ponieważ nie można było liczyć na żadne barwy prócz bieli i czerni, malowano twarze z przewagą tych kolorów. Malowano wszystkich, mężczyzn i kobiety, staruszków i młodych. Władysław Grabowski wspominał w jednym z wywiadów „My aktorzy, byliśmy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Nie mieliśmy wtedy żadnych tekstów, nie uczyliśmy się roli nikt nie słyszał wtedy o scenariuszach filmowych”. W realizacjach późniejszych, w latach trzydziestych, w filmach dźwiękowych aktorzy nie rezygnowali z bogatego „make upu”. Jeden z najbardziej znanych aktorów tego czasu, Eugeniusz Bodo bardzo lubił charakteryzację. Malował nie tylko oczy. Również usta, by były wyraziste. Adolf Dymsza, zwłaszcza w początkach filmów dźwiękowych również stosował mocny makijaż.

94c51b5661

Jadwiga Smosarska i Franciszek Brodniewicz w filmie „Dwie Joasie”. Film z późnych lat 30. Makijaż stracił na swojej intensywności

Najwspanialszym przykładem charakteryzacji lat dwudziestych są kreacje Poli Negri. Czarne, bardzo mocno malowane oczy dodawały głębi jej powłóczystemu spojrzeniu. Biała, porcelanowa skóra podkreślała grymasy ust. Miało to swój klimat i pozostało charakterystycznym dla kina tego czasu.

Pola_Negri_fot_Hulton_5851916

Pola Negri, fot. Hulton Archive/Getty Images/Flash Press Media
źródło: film.interia.pl 

Kolejnym ważnym elementem składowym klimatu starych produkcji jest gra aktorska, która współczesnym wydaje się przerysowana.

Pierwsze bardziej profesjonalne szkoły, gdzie szkolono w nowym zawodzie- aktora filmowego powstawały na początku lat trzydziestych. Nowocześni specjaliści oswajali adeptów z kamerą, wpajali techniki pracy na planie. Mimo tego gra aktorska wciąż przypominała teatralną, rozbuchaną, dynamiczną i pełną przerysowanych emocji. Wyglądała sztucznie i niejednokrotnie śmiesznie. Skąd się to brało? To proste. Przyzwyczajenia wyniesione z teatru pozostały. Artyści nadmiernie wyrażali swoje uczucia. Za bardzo gestykulowali. Krzyk zbyt często był narzędziem ekspresji. Tłumaczyć to należy niedojrzałością sztuki filmowej, nie dość ważną rolą reżysera oraz teatralnymi naleciałościami. Ostatni widz z balkonu musiał widzieć to, co działo się na scenie. A więc wyraźne gesty, dobra dykcja ( to akurat zaleta, która nie straciła na wartości) oraz świetna emisja głosu to były atuty ówczesnego artysty. Dość wolno te archaiczne maniery wygaszali filmowcy.

Nie trudno się domyśleć, że scenariusze nie były specjalnie wysokich lotów. W sumie, każda z historii mogła zostać opowiedziana, bo żadnej jeszcze nie opowiedziano na ekranie. Adaptacje Dołęgi-Mostowicza np. „Trędowata” albo Mniszkówny były kasowymi przebojami i cieszyły szczególnie damską część publiczności. Za to komedie zawsze były majstersztykiem sztuki komediowej bogatym w wysublimowany żart słowny ukraszany zapomnianym już szmoncesem. Jeszcze dzisiaj można doskonale się bawić przy lekkich dialogach oraz przy cudownie naiwnych perypetiach miłosnych komediowych bohaterów.



Wobec powyższych argumentów filmy przedwojenne stają się wyjątkowe i nabierają wartości historycznej. Każdy z nich przeszedł wojenną zaprawę, przetrwał wojnę i zyskały nowe życie. One same są już historią z wielu przyczyn. W tych filmach jest świat, którego już nie ma i nie będzie. Jest piękna, niezburzona, radosna i polska Warszawa, galicyjski i cichy Kraków, ryneczki nieistniejących już w tej postaci osad. Są autobusy, tramwaje, stare maszyny i praca ludzka. Są ludzie, o których już nikt nie pamięta. Jest moda współczesna, sposób noszenia i malowania, kunszt manier i pięknego słowa. Jest napawający nostalgią lwowski akcent i moda na dźwięczne „ł”. Uwieczniono tu prawdziwe modne wnętrza; wystroje pałaców, dworów, a także nowoczesnych mieszkań. Jak w maszynie czasu można cofnąć się i oglądać zależności i relacje społeczne, które zresetowała wojna. Wreszcie można dostrzec, jak niewiele, w sumie, zmienili się ludzie.



W obecnym czasie prace nad przedwojennym dorobkiem filmowym zintensyfikowano. Od 2006 roku istnieje szczytny projektKonserwacja i digitalizacja przedwojennych filmów fabularnych w Filmotece Narodowej w Warszawie”. Projekt zakłada konsekwentna restaurację ocalonych filmów.

Może kiedyś wszystkie filmy będziemy mogli obejrzeć w lepszej, zrekonstruowanej wersji.

Więcej o przedsięwzięciu : www.nitrofilm.pl



Zaproszenie z 1932 roku

CCF20140630_00000 CCF20140630_00001

Jednego dnia przyszedł do mnie Lonek Faliszewski, kolega z roku. Obaj studiowaliśmy w klasie dramatyczno-filmowej. Przyszedł i od razu, jak zwykle, było śmiesznie. Razem wyglądaliśmy przekomicznie. On wyglądał jak mała kuleczka z okrągłym brzuszkiem. Sięgał mi do piersi. Ja byłem dwumetrowym dryblasem. Na próbach klasyki, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, cała klasa śmiała się do rozpuku. Nie mogliśmy spokojnie skończyć, choćby kawałka z „Dziadów”. Sala zawsze wypełniała się dławionym śmiechem, a profesor zły i czerwony z powodu dużego ciśnienia kazał nam schodzić przedwcześnie ze sceny. Ani mojemu przyjacielowi, ani mnie nie wróżono wielkiej kariery aktorskiej. Chociaż Lonek zawsze był pewny tego, że będzie tak popularny jak Fertner. Gabarytami był do niego bardzo podobny. Miał także w sobie coś z wesołego usposobienia popularnego pana Antoniego.

Tym razem Lonek przybiegł z nowiną, że my, jako adepci sztuki będziemy zaproszeni na doroczny bal aktorów. Trochę nie wierzyłem w rewelacje mojego przyjaciela, który co rusz przybiegał z kolejną nowiną. Pamiętam, że kiedyś przybiegł zdyszany i krzyczał, że przyszedł Osterwa werbować do swojego teatru. Jedna z bardziej wrażliwych koleżanek aż zemdlała z emocji i musieli ją cucić. W końcu okazało się, że przyszedł pan kONSERWAtor uszczelniać okna.

Tym razem Faliszewski był wyjątkowo podniecony. Bił się w piersi i zarzekał, że widział imienne zaproszenia na bal. Postanowiliśmy zobaczyć je na własne oczy.

Lonek zawsze wiedział co gdzie się znajduje, a zaproszenia przez przypadek zobaczył w pokoju dyrektora. Postanowiliśmy sprawdzić prawdomówność naszego kolegi. Poszliśmy pod dyrektorski gabinet. Był zamknięty. Wpadliśmy na pomysł by wykorzystać lekko uchylone okno, które znajdowało się nad drzwiamy.

Kolektyw koleżeński stwierdził, że będę drabiną, bo najbardziej się do tego nadaję. Lonek miał się po mnie wspiąć. I rzeczywiście wszedł mi aż na ramiona. Koledzy śmiali się zamiast pomagać. Ten zaś, na moich ramionach, tak się kręcił, że pomimo mojej siły spadł łamiąc sobie obojczyk. Krzyk Faliszewskiego usłyszał jeden z naszych profesorów, który przybiegł z informacją, że Faliszewski nareszcie uzyskał prawidłową emisję głosu.

Złamany obojczyk i zamieszanie okazało się wcale niepotrzebne, bo zaproszenia były u woźnego. To zaproszenie mam do dziś. Był to mój pierwszy dorosły i wspaniały bal, na którym przyszło mi oglądać najwspanialsze sławy filmu i teatru polskiego. Widziałem wspaniałe kreacje znanych aktorek takich jak Maria Malicka, Lena Żelichowska, czy Mira Zimińska. Podpatrywałem sposób bycia na wielkich salonach. Najbardziej podobał mi się Władysław Grabowski, który bratał się z każdym, bez względu na jego pozycję w towarzystwie. Nawet wypiłem z nim „jednego”. Podziwiałem wielkie indywidualności przedwojennej Warszawy.

Czasem udaję, że tego nie pamiętam. Cudowny czas sprzed wojny głęboko wrzucam w niepamięć, jakby nigdy się nie zdarzył. Nowy świat, w którym się znalazłem po wojnie, to nie był czas dla tamtych ludzi z balu 1932. Nawet nie był to czas mojego przyjaciela Lonka Faliszewskiego, który powołany do wojska w 1939 roku, zginął w pierwszym miesiącu wojny.

Screenshot_2

Kto to?

SCAN0023 (1)

Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku „Czortki” w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka – na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie… Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.

Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

Trubadur powstańczy- Mieczysław Fogg

 

M. Fogg

Piękna, wzruszająca rocznica. Z każdym rokiem pamięć o Powstaniu Warszawskim jest coraz silniejsza. Jeszcze kilka lat temu co czwarty Polak zapytany o datę wybuch powstania, nie był w stanie jej powiedzieć. Teraz dzieci, poruszane losami swoich rówieśników sprzed siedemdziesięciu lat, dają przykład dorosłym jak pamiętać. Zawstydzają. Wspierają nowe oblicze patriotyzmu. Z podziwem i radością hodują dobrą pamięć o młodych wyzwolicielach.

Pamiętając w tym dniu o harcerzach, żołnierzach, sanitariuszkach, pocztowcach i wszelkiej służbie pomocniczej powstania, nie byłabym sobą, gdybym nie pamiętała o artystach. Bo tam każdy od siebie dawał to co umiał robić najlepiej.

Zapewne nazwisko Mieczysława Fogga jest kojarzone z długoletnią, powojenną pracą sceniczną, a przecież zaczynał przed wojną w sławnym chórze Dana.

Gdy wybuchła wojna był już znanym artystą. W czasie wojny nie uciekł z Warszawy, tylko pozostał pracując jako śpiewak w kawiarniach: „U aktorek” czy „Cafe Bodo”. Śpiewał gdzie się tylko dało i tylko dla Polaków.

Gdy wybuchło powstanie, w grzmiącej Warszawie dał podobno  104 koncerty. Śpiewał oddziałom, wszystkim tym, którzy chcieli słuchać i odpocząć na chwilę. Sam wspominał „Chodziłem od oddziału do oddziału -od szpitala do szpitala, niejednokrotnie w pobliżu linii walki, dając małe koncerty polskiej piosenki. Przechodząc kanałami i piwnicami śpiewałam na prośbę ukrywających się tam ludzi. Trzykrotnie byłem ranny.”

Za swoją działalność artystyczną w tym okresie został nagrodzony Krzyżem Powstańczym.

Mirosław Jezierski, autor „Marszu Mokotowa” zadedykował poniższą piosenkę Mieczysławowi Foggowi.

Chcę ten post dedykować współczesnemu człowiekowi, może domyśli się ten ktoś, że to dla niego.

Pewnemu trzynastoletniemu młodzieńcowi, który swoją znajomością i dociekliwością w badaniu historii Powstania szczerze mi imponuje. Antek- szczerze Cię podziwiam. 

Jak napisano „Czerwone Maki”

czerwone Maki

W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.

„Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli „za Polskę się bić”.  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich – mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.

Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:

Czerwone Maki na Monte Cassino

Zamiast rosy piły Polską krew…

Po tych makach szedł żołnierz i ginął,

Lecz od śmierci silniejszy był gniew!

Przejdą lata i wieki przeminą,

Pozostaną ślady dawnych dni!…

I tylko maki na Monte Casono

Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!

W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu.”

 

zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Polski 1942-45, www.kresy-siberia.org

cytat z książki: „Była sobie piosenka” Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

Aleksander Żabczyński- czarujący amant.

Minęło 110 lat od jego urodzin. Aleksander Żabczyński nigdy nie planował zostać aktorem. Sam twierdził, że pociągała go matematyka i architektura. Ponieważ jego ojciec był generałem, oczywistym było, że kariera wojskowego została mu przyporządkowana. Z powodzeniem więc skończył szkołę podchorążych. Po powrocie ze służby wojskowej podjął studia prawnicze, których nie ukończył z powodu różnicy zdań z nauczycielem podczas egzaminu.

 

Aktorstwo miało być zabawą i odskocznią od poważniejszych zajęć. Wstąpił do szkoły filmowej za namową uniwersyteckiego kolegi. Po niej zaś do nowo tworzonej w 1922 r,  przez Juliusza Osterwę „Reduty”(nowatorskiego instytutu teatralnego zrzeszające polskie, młode środowisko teatralne), również za namową tego samego kolegi. Od tego czasu rozpoczęła się jego wielka przygoda z teatrem. Okazał się pracowitym, pochłoniętym pasją aktorem. Tutaj poznał swoją przyszła żonę, której, jak sam twierdził, zawdzięczał wiele, pod względem aktorskim. Szybko zdobywał nowe umiejętności.

 

Mówił w wywiadzie: „Kto się zaprzęgnie w rydwan przemożnej pani sztuki, ten musi się jej całkowicie oddać”. Tak też czynił. Jego wdzięk, pełna uroku aparycja, z lekka nonszalancki styl bycia, bynajmniej, mu w tym nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie, stały się jego dodatkowym atutem w zdobywaniu popularności, oraz serc niewieścich. Młode panienki kochały się w nim na zabój. Wystawały pod jego oknami, teatrami w których grywał. Był bożyszczem wciąż otoczonym wianuszkiem zakochanych pensjonarek.

„Żaba”, czule nazywany przez znajomych, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów przedwojennego kina w Polsce. W swojej osobie, tak doskonale skupił wszystkie pożądane cechy klasycznego amanta filmowego. Był przystojny, miał namiętny głos, wybitnie arystokratyczną sylwetkę. Wysoki, szczupły, zawsze wykwintnie ubrany- jednym słowem-doskonały.

W przeciwieństwie do ulubionego przeze mnie Eugeniusza Bodo, który był zbyt krępy i mniej urodziwy, Żabczyński samą swą urodą łamał niewieście serca. Miał twarz szlachetną przyjemną, uwodzący uśmiech i spojrzenie Nonszalancję w gestach i postawie, swobodę i niezaprzeczalny urok. Miał zamiłowanie do eleganckich toalet i wyborowego towarzystwa.

 

Popularność wśród kinowej publiczności zdobył dzięki lekkim, przyjemnym komediom, w którym, jak zwykle, grywał role pierwszoplanowe. W sumie zagrał w 26 filmach.

„Pani minister tańczy”, „Manewry miłosne”, „Jadzia”, „Sportowiec mimo woli”, „Ada to nie wypada”, „Panienka z post restante”, „Zapomniana melodia” to tylko niektóre produkcje komediowe, w których grywał. Jako aktor, swój kunszt aktorski udowodnił w dramatach: Np. „Trzy serca”, „Biały murzyn”, „Złota maska”.

 

W kreacjach bohaterów komediowych potrafił być zabawny, ale nigdy nie pozbawiał się tej nutki wyniosłości, arystokratycznej nonszalancji.. Miał jedyny w swoim rodzaju sceniczny urok „niebieskiego ptaka”. Skupiał w sobie wiele sprzeczności: namiętność z zimną wyniosłością, delikatność z wykwintnością, gorące serce i nonszalancję.

 

 

Był bardzo lubiany przez kolegów z branży. Jadwiga Andrzejewska mówiła o nim: „bardzo przyjemny kolega”. Powszechnie znany był ze swojej wysokiej kultury osobistej i taktu. Jego dobre wychowanie stało się wręcz przysłowiowe. Żartowano z niego, że gdy ma otworzyć pudełko sardynek, wpierw puka w wieczko.

Gdy nastała wojna, bardziej niż aktorem, poczuł się żołnierzem. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako porucznik artylerii przeciwlotniczej do 18 września. Został jeńcem, internowanym do oflagu na Węgrzech. Stamtąd zbiegł do Francji i przebywał tam aż do ogłoszenia kapitulacji. Od 1942 roku z Armią Polską przebywał na Bliskim Wschodzie ( Bagdad, Palestyna, Egipt, Irak). Przeszedł całą kampanię włoską, walczył o Monte Cassino, gdzie został ranny. Za zasługi wojenne został odznaczony Krzyżem Walecznych i awansowano go do stopnia kapitana. Po wojnie pracował w Salzburgu przy Czerwonym Krzyżu, ale skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji by powrócić do Polski.

Cieszył się na myśl powrotu na sceny polskie. Po wojnie nie występował już w filmach. Nie był już tak jak przed wojną beztroskim amantem filmowym. Miał za sobą ciężkie wojenne przejścia i niemłody już wiek. Uwarunkowania polityczne w jakich się znalazł, z pewnością nie pomogły mu w kontynuowaniu kariery aktorskiej. Był synonimem dawnego, kapitalistycznego świata, przypomnieniem znienawidzonej arystokracji co z góry skazywało go na niepowodzenie. Mimo to znalazł swoje miejsce.

 

Brał udział w słuchowiskach radiowych, często grywał w teatrze. Jako jeden z pierwszych aktorów grywał w teatrach telewizji. Zmarł w 1958 roku. Jego skromny grób znajduje się na warszawskich Powązkach.

Nie zapomnijcie o nim. Bardzo proszę.

Jego żonie, mądrej osobie, niedocenionej aktorce poświęcę osobny wpis.

 

Zdjęcie powojenne

 

*

Przemijanie jest wolne, prawie niewidoczne, lecz w ostateczności bolesne. Przemijają czasy, wydarzenia i ludzie. Tak mi jest ich żal. Żal mi i nas, bo wiem, że ten czas zapomnienia nadejdzie i dla nas. Więc czy nie warto pamiętać? Twarz roześmianą, pogodną, człowieka wielkiego ducha i serca, tak bardzo wartościowego. Człowieka kiedyś tak bardzo znanego i kochanego, teraz kompletnie zapomnianego. Cóż będzie z nami, skoro taka kolej losów ludzi, którzy ze sławą byli na „ty”?

„Za dawno, za dobrze się znamy”- przyjaźń, życie, miłość czyli Marian Hemar i Fryderyk Járosy. Rozmowa z Anną Mieszkowską.

 

 

Wydaje się, że temat miłości i przyjaźni już został wyczerpany, że powiedziano już wszystko, a przecież każdy z nas przeżywa te uczucia na nowo, wyjątkowo. Kto jak nie poeci i artyści umieją wyrażać uczucia najpiękniej? Kim może być poeta i artysta, który cudownie ujmuje miłość w rytmiczne słowa? Czy ktoś taki – wrażliwy i emocjonalny umie kochać pełniej i piękniej?

O romansach artystycznej sfery dwudziestolecia międzywojennego mówiono chętnie. Stanowiło to swojego rodzaju atrakcję nie tylko lokalnej społeczności. Im sławniejsze nazwisko, tym uważniej obserwowano jego życie prywatne i chciwie chwytano plotki. Romansy, romansiki, flirty, miłość rozpalały wyobraźnię zwykłych ludzi. Jakie było ono naprawdę. Dzięki wieloletniej pracy historyków życie zbladłych gwiazd nie odchodzi całkowicie w zapomnienie.

Pani Anna Mieszkowska, pisarka, historyk teatru, dokumentalistka zgodziła się uchylić rąbka tajemnicy prywatnego życia Mariana Hemara i jego równie sławnego przyjaciela Fryderyka Járosego.

Zdjęcie: Marian Hemar – autor przedwojennego kabaretu Qui pro quo, w środku legendarny konferansjer Fryderyk Járosy; fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1935 roku, w teatrzyku Cyrulik Warszawski, Fryderyk Járosy wykonywał piosenkę Mariana Hemara pt. „A ja nic tylko ty” do pięknej muzyki Edwarda Straussa. Była śpiewana w duecie z Leną Żelichowską. Piosenka cieszyła się dużym powodzeniem. Nie tylko dlatego, że była wesoła i krotochwilna, ale również opisywała odwieczną walkę płci. Piosenka demaskująca śmiesznostki kobiety i mężczyzny, ale także traktująca o wzajemnych, intymnych relacjach kochanków. To chyba było odważne wyznanie. Jaki zatem był stosunek F. Járosyego do kobiet, czy taki jak w piosence?

A. M: Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy przypomnieć co jest treścią tego uroczego utworu. Mamy na scenie parę. Pan jest wyraźnie znudzony namolnością damy, która wciąż powtarza: A ja nic, tylko ty… Bo ona za nim nie widzi świata… I zasypuje partnera lawiną propozycji spędzenia wieczoru, na które on odpowiada lekceważąco: nie mam ochoty, nie mam czasu, nie mam pieniędzy… Autor słów nazywa bohatera piosenki mistrzem cierpliwości. A puentą jest jego dramatyczny okrzyk: Ludzie ratujcie mnie! Coś musiało być prawdą w tej przedstawionej sytuacji, Hemar miał znakomite oko i ucho na realia z życia i znakomicie potrafił to przedstawić w swoich piosenkach i skeczach. Fryderyk Járosy cieszył się ogromnym powodzeniem u kobiet. A właściwie cieszy się nim nadał, mimo iż od jego śmierci upłynęło ponad pół wieku. W historii teatru, kabaretu zapisał się nie tylko jako aktor, reżyser, konferansjer, ale przede wszystkim uwodziciel publiczności. Mówiło się w Warszawie, że współpraca z Járosym przynosi szczęście! Że był czarodziejem, który potrafił ze słabego nieraz tekstu stworzyć kreację dla wykonawcy.

Kim był Wielki Fryderyk; bezwzględnym łamaczem kobiecych serc, koneserem, opiekunem, bo na pewno nie przykładem dobrego męża? Jak kochał F.J.?

A.M.: Odpowiem tak: wiedział, jak zdobyć kobietę, to na pewno. Ale wcale nie był zainteresowany dłuższym utrzymaniem związku… Dzisiaj mógłby zostać posądzony o uzależnienie od seksu. Był lojalny w przyjaźni, ale i dla miłości, która przeminęła. Jego dwa zachowane listy do Ordonki z 1947 roku powinny się znaleźć w kanonie listów miłosnych, pisanych po latach…

 

 

podpis: ze zbiorów Anny Mieszkowskiej, ogłoszone w publikacjach: „Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu” (Muza 2005), „Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny” (Muza 2007), „Jestem Jarosy! Zawsze ten sam…” (Muza 2008).

A jaki był w codziennym życiu?

A.M.: Wcale nie taki łatwy, jakby to się mogło wydawać. Najwięcej wiem o nim od Stefanii Górskiej, z którą był aż dziewięć lat! Najsłynniejsze jego partnerki życiowe ze środowiska kabaretowego to w kolejności: Ordonka, Górska i Zofia Terné. Najkrócej był z Hanką Ordonówną, z ostatnią partnerką rozdzieliła go wojna. Oboje zostali aresztowani 24 października 1939 przez gestapo. Ją po tygodniu Niemcy zwolnili i odstawili do granicy wschodniej, skąd pojechała do rodzinnego Równego, następnie do Lwowa itd.. Jego przetrzymywano w kilku więzieniach: w alei Szucha i na Daniłowiczowskiej aż pół roku. Okupant chciał, aby założył teatrzyk rewiowy dla Niemców… Po ucieczce z gestapo zjawił się u rodziców Górskiej. Ona skontaktowała go ze Stefanią Grodzieńska i Jerzym Jurandotem, którzy uznali iż najbezpieczniej będzie dla niego w … getcie. Przebywał tam aż do końca czerwca 1942 roku. Stafania Górska opowiadała, że był to „mężczyzna na romans a nie na życie”. Do szału doprowadzała ją jego pedanteria i pilnowanie czystości. Miał wszystko poukładane, począwszy od papierów, których nie wolno było ruszać, na garderobie kończąc. Byli parą dziewięć lat ale nie mieszkali razem. On opłacał dla niej osobne mieszkanie. Męczył go jej bałagan i brak zorganizowania. Z innymi partnerkami też raczej nie mieszkał…

Nicea 1926 r Hanka Ordonówna i Fryderyk Jarosy

Miał żonę i dzieci za granicą, rzadko się z nimi widywał, a mimo to nie rozwiódł się. Był w stałych, można powiedzieć, oficjalnych związkach w Polsce, zawsze z artystkami. Czasem płynnie przechodził z jednego związku w drugi, co narażało go na nieprzyjemności ze strony pań uzurpujących sobie prawo do niego. Odnoszę wrażenie, że tak naprawdę nie oddawał się związkowi bez reszty, a jego miłość była kontrolowana.

A. M. : Jedyną żoną Fryderyka Járosy’ego była Natalia von Wrotnowski, Rosjanka z pochodzenia. Arystokratka z najwyższej półki! Pobrali się w Monachium w 1912 roku. Dzieci było dwoje: córka, Marina, którą poznałam i młodszy dwa lata syn Andrzej. Po urodzeniu drugiego dziecka, po dramatycznej ucieczce z rewolucyjnej Rosji do Berlina, Natalia zachorowała na tarczycę, przeszła ciężką operację, która wytrąciła ją z równowagi na wiele lat. Fryderyk jeszcze w Rosji romansował z przyjaciółką żony, sławną aktorką Olgą Czechową. W Berlinie, w którym mieszkał w latach 1919-1924 żył z obiema paniami w dwóch różnych mieszkaniach. Ten związek z Olgą skończył się, gdy przyjechał do Warszawy na gościnne występy z teatrzykiem rosyjskich emigrantów Niebieski Ptak. Czechowa była już wówczas znaną filmową aktorką. Gdy odwiedziła Warszawę w latach trzydziestych, spotkali się, Fryderyk miał jej zdjęcie na nocnym stoliku w sypialni warszawskiego mieszkania. Ostatni raz widzieli się w Los Angeles w 1952 roku z inicjatywy Konrada Toma i Henryka Warsa. Rozwód z Natalią był wykluczony. W jej sferze rozwodów nie było! Chociaż istniała tolerancja dla takich podwójnych związków… Do wybuchu drugiej wojny światowej, Járosy wysyłał żonie i dzieciom spore sumy pieniędzy na ich utrzymanie. Po wojnie jego sytuacja materialna była dramatyczna. Po przeżyciach wojennych w Polsce, i w obozie w koncentracyjnym w Buchenwaldzie, stracił zdrowie. Żył wśród polskiej emigracji w Londynie, pracując między innymi na nocnej zmianie w fabryce ciastek.

Pamięć o Marianie Hemarze przycichła, choć jego piosenki wciąż nucą nowe pokolenia. Często bez wiedzy o ich autorze. Kto nie zna „Wąsik, ach ten wąsik”, „Czy ty wiesz moja mała”, „Upić się warto”„Czy paniMarta jest grzechu warta”„Pamiętaj o tym wnuku” i wiele innych. Zaraz po wybuchu wojny Hemar musiał uciekać za granicę, do Rumunii. Od samego początku był ścigany przez okupanta za piosenkę satyryczną wyśmiewającą Hitlera. Jednocześnie skończyło się jego dotychczasowe życie wypełnione kulturą szczęśliwego przedwojnia. Samotność wygnania tym bardziej była dla niego dojmująca, że wcześniej otaczał się wybranymi przyjaciółmi i kochanymi kobietami. Fryderyk Járosy był jednym z jego najbliższych współpracowników. Czy ta przyjaźń, była szorstką, na granicy rywalizacji?

A.M.: Przed wojną mocniejszą pozycję miał Járosy, był dyrektorem teatru, reżyserem programów, do których Hemar pisał teksty. W spuściźnie Fryderyka zachował się jedyny list Hemara pisany tuż po wojnie już w 1945 roku. Był odpowiedzią na propozycję powojennej współpracy… Obaj przyjaciele stracili ze sobą kontakt na długie pięć lat. Nic o sobie nie wiedzieli. Járosy nie domyślał się nawet, że dawny autor tekstów w jego przedstawieniach w czasie wojny awansował na niezależnego twórcę. Hemar od 1942 roku mieszkał w Londynie i sam pisał, reżyserował i zapowiadał własne programy. Przed 1939 rokiem rywalizacja między nimi na pewno była, ale raczej bez agresji. Byli obaj z jednego świata kabaretu, w którym niemal wszystko, co robili było doskonałe. Od 1946 roku, w Londynie sytuacja się zmieniła. To Hemar zaprosił dawnego dyrektora teatru jako TYLKO wykonawcę do swojego programu… Raz!

Obaj Panowie lokowali swe uczucia, jak Pani potwierdziła, w artystkach. To ich łączyło. Czy to znaczy, że uwielbiali te same kobiety, że tak samo kochali?

A.M.: Obaj kochali się w kobietach z teatru. Hemar zakochał się Mirze Zimińskiej i Marii Modzelewskiej, która dla niego porzuciła męża, znakomitego malarza Stefana Norblina. Norblin później ożenił się z Leną Żelichowską, i uciekli z Polski razem z Hemarem jego samochodem… Dla obu tych pań napisał wiele dobrych, lirycznych piosenek. Młodzieńczą sympatią Hemara, jeszcze ze Lwowa była Janina Romanówna, dla której napisał przepiękną piosenkę „To ta pierwsza miłość”. Ciekawostka: po wojnie żoną Hemara została tancerka amerykańska, duńskiego pochodzenia Carol Ann Eric. Ożenił się z nią w Londynie, nie mając rozwodu z Modzelewską. Popełnił bigamię. Nie tyle z miłości do Cai, co z zemsty na Marii…

Ktoś, kto pisał takie piękne piosenki o miłości, ktoś kto tak lirycznie wyrażał uczucia musiał kochać pięknie i niezwykle…a może nie było tak różowo w zwykłym życiu?

A.M.: Jak wspomniałam już Fryderyk Járosy, uroczy na scenie i w towarzystwie, w codziennym pożyciu był partnerem raczej trudnym. Poza tym Fryderyk nie był gościnny, nie zachowały się wspomnienia z przyjęć u niego w domu. Nigdy nie zapraszał do siebie gości. Hemar odwrotnie. Nie uwodził w towarzystwie pań. Miał kompleks z powodu niskiego wzrostu i opinię raczej nieatrakcyjnego mężczyzny. Za to był wspaniałym mężem zarówno dla Marii Modzelewskiej (która go porzuciła we wrześniu 1939, wyjeżdżając z przyjacielem), jak i dla Cai, z którą byli małżeństwem ponad 25 lat. Ich przyjaciele w Wielkiej Brytanii pamiętali, że to Hemar był gospodarzem domu. Dbał o ogród, ciągle coś remontował i przerabiał, uwielbiał gotować i to dla dużej grupy gości. Kilka razy w roku wydawał przyjęcia, które zapisały się w kronikach emigracyjnego życia kulturalnego. Ostatnią towarzyszką życia Fryderyka Járosyego była Janina Wojciechowska, kobieta „z publiczności, bez cienia szminki”, ale to ona stworzyła mu skromny, ale wygodny dom w okresie londyńskim. Nigdzie razem nie bywali, nie pokazywali się wspólnie. Różne były tego powody. W 1945 roku stało się coś przedziwnego. Zofia Terné, gdy dowiedziała się, że Fryderyk żyje i działa w Brukseli, porzuciła swoich przyjaciół w teatrze Drugiego Korpusu i przyjechała do jego żołnierskiego teatrzyku, który stworzył pod dawną nazwą Cyrulik Warszawski. Jakiś czas razem jeszcze występowali, on bardzo ładnie ją zapowiadał, ale prywatnie nie zeszli się ponownie. Wybrał Janinę… Zofia po kilku latach ułożyła sobie życie prywatne, wychodząc za mąż za malarza Stanisława Mikułę.

Próby w Radiu Wolna Europa, Włada Majewska i Marian Hemar 

Marian Hemar przed wojną żył obok wielkich sław teatru i kabaretu, znany tylko jako autor tekstów. Po wojnie reżyserował, był konferansjerem, czasem wykonawcą własnych piosenek. Podobno był niecierpliwy, nerwowy, a w pracy teatralnej nawet despotyczny. Budził uwielbienie, ale i niechęć. Która z piosenek Mariana Hemara oddaje najlepiej jego charakter i temperament. Którą by Pani wybrała wiedząc tyle o tym autorze?

A.M. : To bardzo dobre, ale i trudne pytanie. Marian Hemar przedwojenny i powojenny to dwie różne osoby. Do 1939 roku napisał setki lirycznych piosenek, w których nie ukrywał swego kochliwego charakteru. Podkreślał, że te najlepsze szlagiery pisał, gdy był nieszczęśliwie zakochany… Gdyby wziął te teksty pod lupę dobry psycholog, powiedziałby nam dużo o Hemarze jako o wrażliwym mężczyźnie i słabym człowieku. W każdej piosence miłosnej jest opisany jakiś dramat, kokieteria niespełnionym uczuciem, rozczarowanie, żal, tęsknota itd. Podaję tytuły tych moim zdaniem najpiękniejszych: „Za dawno, za dobrze się znamy” (dlatego nie trzeba nam słów, słyszę, co mówisz milczeniem swem, że chcesz już odejść, i tak to wiem. Milczeniem się z sobą żegnamy, ten uśmiech to koniec i kres. Nic już nie mówię – widzisz słów mi brak. A zresztą ty wiesz to i tak…). „To ta pierwsza miłość” ( która kończy się albo bardzo dobrze, albo bardzo źle…).

„Nadejdąkiedyś takie dni” (będziemyobok siebie szli…)„Kogo nasza miłość obchodzi” (tylkociebie i mnie…). „Czyty wiesz moja mała” (żeto straszny jest żart, żeś mnie tak zapomniała, jakbym nic niebył wart).  No i koniecznie trzeba znać i nucić „Pensylwanię” i „Wspomnijmnie” z premiery przedstawienia „Artyści” w Teatrze Polskim w 1929 roku. Ale nie można nie pamiętać o jeszcze jednym przeboju napisanym (jak dwa ostatnie!) dla Marii Modzelewskiej do przepięknej muzyki Gershwina „Człowiek, którego kocham”, w której to piosence jest zapowiedź osobistego dramatu ich obojga… Nie zdradzę tekstu, proszę go szukać…

Ale gdzie?

A. M. : Chociażby w ogłoszonym przeze mnie i Władę Majewską albumie piosenek i skeczy Mariana Hemara „Za dawno, za dobrze się znamy”. Są tam także piosenki powojenne, londyńskie. A wśród nich ta, która najlepiej opowiada o niełatwym charakterze jej autora: „Noc świętojańska”, w której Janina Jasińska śpiewała:

Tu w fotelu abażur i cień,

My pod lampą i tak, jak co dzień –

Ty w fotelu z gazetą – a ja,

Jak co noc i jak co dnia.

Czem zajęta? To tamtem – to tem –

Patrzę w ciemność za oknem i wiem,

Że to wszystko właściwie – nie to

O co kiedyś nam w życiu szło…

Pani Anno z pewnością poszukam. Jestem ogromnie wdzięczna za piękną opowieść- serdecznie dziękuję za rozmowę .

„Miłość ci wszystko wybaczy”-fenomen Hanki

Ludzkość nauczyła się żyć z konwenansami i stereotypami. Te konwenanse każą nam patrzeć bez zastanowienia formułą schematów. Jaką kobietę świat uważa za idealną?

Pomijając urodę, większość z nas zgodzi się, że najlepsze przymioty płci pięknej to zalety wspomagające utrzymanie harmonii i ciepła domowego ogniska. Mężczyźni szukają dobrych, cnotliwych, wiernych żon, nie bez nadziei na ich urodę. Kobiety podziwiają niezłomne, heroiczne siłaczki. Stereotyp? Tak, ale i prawda. Jaką chce być kobieta?

Przez całe wieki mężczyźni łatwo wybaczali sobie przelotne miłostki tłumacząc się hojną naturą. Posiadanie żony i kilku kochanek było w dobrym tonie i świadczyło tylko o dobrym stanie męskości.

Kobieta miała prowadzić się anielsko, nie dając nawet cienia podejrzeń o zdradę. Historia obfituje w smutne historie kar za zdradę męża. Obcinane głowy, spalone stosy, ukamienowanie- to kilka z wyrafinowanych kar, którymi raczono niewiasty, które śmiały korzystać z podobnych praw co mężczyźni.

Czasy nie zmieniają się tak bardzo jakbyśmy tego chcieli. Ideał dobrej żony pozostaje ten sam.

Dlaczego jednak słuszne pierwszeństwo idealnym kobietom zabierają wspaniałe kochanki?

Kobiety od zawsze pobudzające emocje, namiętności, męską moc. Te, które okazały się doradcami, przyjaciółmi, a nawet autorytetami. Tym wiele się wybaczało, na wiele ich słabostek przymykało oczy. Spolaryzowane kobiety, zaszufladkowane przez historyczną, męską hegemonię.

Drodzy mężczyźni czego od nas chcecie?

Pisząc o Hance Ordonownie w ostatnim poście nie odważyłam się opowiedzieć tego co w rzeczywistości chciałam.

Życiorys, koleje losu są owszem interesujące, ale pewne tak samo jak książka do historii. Zrozumienie prawdziwych emocji, podniet, które niesie ze sobą życie, to chyba jest istotne i najistotniejsze w życiorysach, które zdarza mi się przytaczać. Czemu ja się tej Ordonki tak czepiłam?

Chyba dlatego, że po dziś dzień fascynuje nie tylko mężczyzn, ale również działa inspirująco na kobiety. Wiele z nas chciało by mieć w sobie tą tajemnicę, która ona nosiła. Każda chciałaby inspirować tak jak ona. Wreszcie ja chciałabym zrozumieć w kim zakochał się bez pamięci Wielki Fryderyk ( Fryderyk Jarošy)

Skromna Pietruszewska, dość przeciętnej urody panienka przerodziła się w łamiącego męskie serca „wampa”.

Co by o niej nie powiedzieć miała w sobie głębokie pokłady wielobarwnych uczuć. Umiała je uwolnić nie tylko na scenie. Miała wielkie serce dla przyjaciół, znajomych i wszystkich potrzebujących. Na scenie posiadała więcej tajemnicy niż w życiu. Była wesoła, roześmiana- uwielbiała się bawić, żartować. Jednocześnie miała „instynkt ćmy”. Leciała do uczuć i emocji, jak ćma do świecy. Ten lot, z góry, skazany był na klęskę. „Ćma” nie umiała oprzeć się głodowi wrażeń. To poskutkowało nieudaną próbą samobójczą na początku jej kariery. Potem zawsze skrzętnie ukrywała wstydliwe „memento” na skroni. Bliznę po rewolwerowej kuli. Efekt nieszczęśliwego zakochania w nieodpowiednim mężczyźnie.

Mężczyźni kochali ją wielobarwnie. Jedni pożądali do szaleństwa, inni kochali miłością spokojna, przyjazną, opiekuńczą. Wreszcie ojcowską. Ona potrzebowała jednej i drugiej.

Hrabia Tyszkiewcz, za którego wyszła za mąż, oczarowany był nią od samego początku znajomości. Pomimo sprzeciwu rodziny- ożenił się. Historia jak z bajki. Otoczył ją spokojną, dobrą miłością opiekuna i wspaniałego przyjaciela. Jego zrozumienie dla talentu i mentalności artystycznej była wprost nie do uwierzenia. Dbał o jej interesy nie tylko jako mąż, ale i manager. Przymykał oko na jej słabości-wiele wybaczał, a przede wszystkim rozumiał. Czyż potrzeba więcej?

Tak, Ordonce potrzeba było więcej. Poprzedni partner, wspomniany już Fryderyk Jarošy, niezwykły człowiek, stał się jej mentorem. Drogowskazem artystycznej kariery, i umiejętnym nauczycielem, który „rozpakował” drzemiące w niej zdolności. Upewnił ją w swojej kobiecości. Przy nim Hanka rozkwitła jako kobieta i jako artystka. Nauczyła się rozpoznawać swoje uczucia, panować nad ciałem- ruchami i gestami. Jak dziecko słuchała wszystkich uwag i zastrzeżeń. Budowała się.

I pytanie- czy jej to wystarczyło? Oczywiście, że nie.

Była artystką- musiała wciąż posiadać nowe elementy ekscytacji. To jakby uzależnienie od podwyższonego poziomu emocji.

Miała przelotne romanse. Od każdego z partnerów brała to czego potrzebowała. Umiała się tym budować. Jednocześnie stawiać granicę. Już więcej nie dopuściła do tego, by mężczyzna tak dalece nią zawładnął, aby stało się to dla niej niebezpieczne.

Szaleństwo miłości Osterwy ( wybitnego aktora krakowskiego)do artystki polegała na tym, że spotkały się ze sobą dwa emocjonalne wulkany. Juliusz Osterwa szalał za Ordonką w dwójnasób – jako artysta i dyrektor teatru, chcąc ją zwerbować do swoje :Reduty” oraz teatru krakowskiego. Również jako kochanek- zaangażowany ponad zdrowy rozsądek, wbrew swojemu małżeńskiemu i rodzinnemu stanowi, oraz wiekowi. Osterwa imponował Ordonce jako artysta, bo umiała docenić geniusz i ogrom pracy, jaki włożył on w rozwój teatru i zawodu aktorskiego w Polsce. Jednak to co było cudowne na scenie- w życiu stawało się przekleństwem. Uczuciowa huśtawką aktora doprowadził do pogorszenia się jego stanu zdrowia, płynnie przechodząc w depresję. Wreszcie do koniecznych pobytów sanatoryjnych. Hanka stała się jego ogromną namiętnością, wbrew wszystkim zakazom i przyzwoitości. Aby osiągnąć swój cel, aby być blisko Ordonki, Osterwa interweniował nawet u jej męża. Wreszcie podejmował niezbyt eleganckie kroki, kiedy poczuł się odrzucony i zlekceważony.

Hanka Pietrusińska zasmakowała w życiu wielu odcieni miłości, każdy z jej mężczyzn hojnie raczył ją uczuciem i zainteresowaniem. Przyjmowała to chętnie i z wdzięcznością, dzieląc siebie jak kawałki smacznego tortu.

Zabijała modny, kobiecy stereotyp. Łamało go i zadawała kłam. Swoim życiem sprawiła, że niesłusznym stawał się mit kobiety monogamistki jako najbardziej pożądanej kobiety-poczciwej, dobrodusznej matki, która zapewni mężczyźnie spokojny dom i palący się ogień w kominku.

Mężczyźni tylko z lęku przed odrzuceniem pragną mieć tego typu żonę. Ot cała prawda odkrywająca męskie słabości- strach przed odrzuceniem, ośmieszeniem, niepewność siebie. Mężczyźni boją się silnych kobiet.

O kobietę pewną swoich zalet, rozkwitniętą trzeba walczyć, zabiegać. Uganiać się. Nie iść na łatwiznę.

Bo żadna z tych nie da się zamknąć w pudełeczku, chociażby najpiękniejszym. Małżeństwo samo w sobie nie musi być najpiękniejszą i najbardziej wartościową rzeczą, jaka się trafia kobiecie.

Hanka udowadnia, że jest wiele emocji do przeżycia. Jest mnóstwo dobrych rzeczy, które daje drugi człowiek i jego uczucia. Byleby one były i w dodatku z przewagą tych pozytywnych.

Wnioski z tego wysnuwam dość jasne. Mężczyznom życzę więcej odwagi i pewności siebie oraz uczuciowej afirmacji swoich wybranek, a kobietom więcej odwagi w życiu. Za przykładem Hanki Ordonówny- żyjmy pięknie, kochajmy i pozwólmy się kochać. „Miłość Ci wszystko wybaczy”

Poszukiwana Hanna Karwowska

 

Szanowni Czytelnicy,

Jeden z Czytelników chciała dowiedzieć się coś o aktorce- Hannie Karwowskiej. Odezwał się do mnie jako do źródła podobnych informacji. Niestety, moje wiadomości na temat tej nie dość znanej aktorki są bardzo znikome. Dlatego proszę Was wszystkich. Jeśli znacie źródło informacji o losach tej pięknej dziewczyny, proszę o kontakt na : mota@op.pl

 

Hanna Karwowska zagrała w polskich przedwojennych produkcjach: „Dziewczęta z Nowolipek” i „Strachy”.

Czy prawdziwa jest informacja, że zmarła w wieku 95 lat w 2011 roku?

Pietruszewska znaczy Ordon

 

Talent rodzi się jak diament. Zwykły człowiek myśli, że znikąd, bo nie jest świadom tej ogromnej siły natury, która diament ten rodzi. By zdobyć ten cenny kruszec trzeba szczęścia i ogromnej pracy.

Podobnie z talentem- jest w każdym z nas. Szczęście tylko powala go wydobyć, zauważyć i oprawić w należyty sposób.

Mała, szczupła dziewczyneczka siedzi na ziemi z główką wtuloną w kolana matki. Płowe, cienkie warkoczyki spływają po białym fartuchu. Spracowana, szorstka dłoń gładzi troskliwie córkę. Przez otwarte okno wpadają promienie wrześniowego słońca. Firanka co chwilę delikatnie łopocze od ciepłego przeciągu. Liście przyjemnie szumią udając szmer potoku.

-Już niedługo będą grzyby- zamyśla się matka.

Ilość grzybów kompletnie nie ma znaczenia dla dziewczynki. Jej myśli roztopione we wrześniowym słonku, swobodnie krążą po pokoju jak mucha.

- A mamusia to wie kim ja będę jak dorosnę?-

-Będziesz dużą dobrą córką- Maryniu- żartuje matka.

-Oj, mamusia żartuje, a ja się pytam tak naprawdę. Kim ja będę?.

-Pójdziesz do pani Mareckiej do przyuczenia. Będziesz wspaniale szyła i będziesz miała z czego żyć. Ludzie zawsze będą potrzebowali ubrań. Krawiectwo to dobry fach.

Marysia nie odpowiedziała, bo grzeczne dzieci nie sprzeciwiają się dorosłym. Nie bardzo podobał jej się pomysł mamy. W myślach już widział poranione palce szpilkami i okulary z grubymi szkłami na jej nosie. Jak każda dziewczynka marzyła o tym, żeby tańczyć w ogródku, śpiewać ładne piosenki i zrywać kwiatki. Szycie jest takie nieciekawe i głupie. Jednak skoro mama mówi, że tak będzie dobrze, to widać dorosła kobieta będzie szczęśliwa będąc krawcową.

-Mamusiu, a dlaczego nie mogłabym śpiewać jak ta pani na cenie w letnim teatrzyku?

-Dziecko, o czym ty mówisz? To nie jest zawód dal uczciwej kobiety…

-Ale ja bym tak chciała…

-Głupiutka jesteś jeszcze to nie rozumiesz, że z tańczenia wyżyć się nie da. Ta pani nie jest szczęśliwa.

-Właśnie, że będę tańczyć i śpiewać- szepnęła cicho Mania.

 

Maria Pietruszyńska niczym nie wyróżnia się spośród innych młodych kobiet. Nie jest skończoną pięknością. Jej życiorys jednak przypomina klasyczną historię Kopciuszka.

Młoda dziewczyna, z głową nabitą marzeniami pojawia się w teatrze. Grywa ogony, ledwo starcza jej na życie i na wynajęcie taniego kącika do mieszkania. Sąsiedzi rodziców wytykają ją palcami, a rodzice nie chcą, żeby pojawiała się w domu rodzinnym. Wstydzą się córki artystki. Nie chce być krawcową, zarabiać tak jak inne młode kobiety. Czuje, że jej przeznaczeniem jest scena. Droga młodego artysty wiedzie poprzez gąszcz upokorzeń, biedy, zazdrości i niespełnionych marzeń.

 

„Marysia zagaduje wielkiego aktora o nowe przedstawienie, które ma rozpocząć dziś wieczorem i nieśmiało rzuca pytanie, czy mogłaby liczyć, że kiedyś i ona wystąpi nie tylko w tańcu, ale jako artystka.

-Wszystko na świecie jest możliwe, moja maleńka- odpowiada Hanusz od niechcenia. -Tylko widzisz- dodaje po chwili- z takim nazwiskiem jak twoje: Pietruszyńska , to daleko nie zajdziesz. To nie jest nazwisko na scenę. (…) Kto będzie się zachwycał Marią Pietruszyńską? (…) zaraz powiedzą Pietruszkiewicz, a potem wręcz Pietruszka. I bądź tu gwiazdą z takim nazwiskiem.

-Tak to prawda…- przyznaje Marysia doszczętnie załamana. – Ale jak ja się mam nazywać?.

Jak?- Hanusz zastanawia się.- Coś trzeba wymyślić…

Tak jak Kuczabińska przerobiła się na Strońską, tak ty moja , mogłabyś zrobić z siebie…-wspominając Strońską, która niedawno w Sfinksie recytowała Redutę Ordona, Hanusz prawdopodobnie już wie, co powie, lecz dla wywołania tym większego wrażenia robi dramatyczną pauzę, zatrzymuje się i wznosząc wskazujący palec wygłasza:- Ordon. Maria Ordon!…

Chociaż Maria- dorzuca z grymasem -to dość pospolite imię.

-Na drugie mam Anna, z bierzmowania- szepcze Pietruszyńska.

Świetnie -przyjmuje Hanusz.- Anna Ordon. Voila!„

 

Marysia przyjmuje sceniczny pseudonim, który ewoluuje do : Hanki Ordonówny.

Co prawda nic to nie zmienia w jej statucie i kariera toczy się swoim, jeszcze smutnym torem.

 

Byłaby pewnie jedną z wielu girlsów tańczących w tle znanych artystów, gdyby nie spotkała na swojej drodze prawdziwego księcia sceny- Fryderyka Járosy’ego, który w skromniej, szczupłej tancereczce widzi natychmiast divę sceny, wielką gwiazdę polskiej rewii. Uczy ją jak chodzić, unosić głowę, patrzeć. Pokazuje jak gestykulować na scenie, jak budować napięcie; mówić i co mówić, żeby wzbudzić apolauz. Jednocześnie kocha i podziwia. Bo tylko zakochany mężczyzna potrafi odkryć prawdziwe piękno kobiety. Zobaczyć w niej istotę niezwykłą i wyjątkową, a co najważniejsze przekonać świat o jej niezwykłości i wyjątkowości.

W kolejną rocznicę śmierci Hanki Ordonówny pragnę przypomnieć jej niezwykłą osobę. Choć jej życiorys obfituje w wiele wydarzeń, często tragicznych, to jej życie snuje się na kanwie wielkiej miłości do życia, która jeszcze teraz, po 53 latach od jej śmierci ożywia o niej pamięć.

Cytat pochodzi z : „Pieśniarka Warszawy” Tadeusz Wittlin, Wydawnictwo Polonia 1990

Śledztwo-kryptonim „Królewna Śnieżka”

Epoka 3D, filmów tak sugestywnych, że bohaterowie zdają się dostępni na wyciągnięcie ręki. Film wciąż ewoluuje, a wdzięczni odbiorcy w postaci dzieci najbardziej umieją to docenić. Takim samym cudem nowoczesnej kinematografii był film Walta Disneya „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”. Był to pierwszy w historii pełnometrażowy, kolorowy film jaki wyprodukował Walt Disney.

W Polsce także miał swoją odsłonę. Osiągnął sukces kasowy dzięki niezwykłemu dubbingowi, wielkiej nowości na ówczesne czasy. Pamiętać należy, że był to rok 1938.

Takie wielkie wydarzenie kinowe nie obyło się bez wielkich nazwisk. Twórcą polskich tekstów stał się Marian Hemar, najbardziej wzięty autor przedwojennych piosenek.

Słuchając dubbingu nie można mieć wątpliwości, że podkład dźwiękowy ma osiemdziesiąt lat. Głos jest nieczysty, niewyraźny, słychać trzaski i szumy. Aktorzy używają tak charakterystycznego, przedwojennego „ł”. Dykcja i artykulacja słów trąci starą, teatralną szkołą. Jest w tym niewytłumaczalny czar. Urok języka, staranność wypowiadanych słów wciąż urzeka. To majstersztyk wycyzelowany w każdym wymiarze. Kto kryje się za bajkowymi postaciami? Powstało na ten temat kilka plotek a wszystko przez to, że lista aktorów biorących udział w przedsięwzięciu zaginęła gdzieś w zawierusze wojennej.

Pierwsza z nich to udział Jadwigi Smosarskiej, jako Śnieżki. Nic nie potwierdza tej teorii. Andrzej Adrochowicz, znawca kina, w swoim autorskim tekście wyjaśnia:

„ 4 listopada 2007 roku tajemnica obsady została odkryta dzięki fascynatom przedwojennego kina polskiego, Filmwebowi i użytkownikowi forum Disney Polska o nazwie „Sparkling1986″. Jednak ta informacja niewiele wnosi do sprawy. (…)”

Jednak tą rolę powierzono Marii Modzelewskiej, krakowskiej aktorce, żonie Mariana Hemara.

Rolę złej królowej bardzo trafnie dano Leokadii Pancewicz aktorce o królewskiej postawie. Swojego czasu grała również królową Bonę w pierwszej ekranizacji opowieści „Barbara Radziwiłówna”.

Duchowi z lustra użyczył głosu Janusz Strachocki.

Cudownie śmiesznym i poczciwym krasnoludkom użyczyli głosu: Henryk Zelwerowicz, Józef Orwid i Henryk Małkowski.

„Kolejną ciekawostką Wikipedii- mówi Andychowicz w swoim tekście- jest rzekomy powtórny dubbing filmu z 1947 roku, w którym w roli Królewny Śnieżki miała wystąpić Jadwiga Smosarska, natomiast w Królewicza miał się wcielić Adolf Dymsza. Otóż Jadwiga Smosarska opuściła Polskę 2 września 1939 roku, by na przełomie października i listopada tego roku wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Po raz pierwszy od zakończenia wojny, po 19 latach nieobecności w kraju, aktorka przyjechała do Polski 8 czerwca 1958 roku. Tak więc data dubbingu – 1947 rok, wydaje się nieprawdopodobna. Zresztą w znakomitej i bardzo szczegółowej biografii Jadwigi Smosarskiej, pióra Małgorzaty Hendrykowskiej, która ukazała się w 2007 roku, nie ma żadnej wzmianki o pracy aktorki w dubbingu, ani nawet o takich zamierzeniach. Profesor Hendrykowska, którą mam przyjemność znać osobiście, należy do najlepszych znawców przedwojennego kina w Polsce. W swoich badaniach, a później publikacjach, jest zazwyczaj niezwykle skrupulatna. W tym kontekście mogłoby dziwić pominięcie w biografii Smosarskiej tego ważnego epizodu artystycznego.
Równie nieprawdopodobne wydaje się obsadzenie Adolfa Dymszy w roli Królewicza. Wprawdzie aktor słynął z genialnych parodii, znakomicie udawał i naśladował różne głosy i prawdopodobnie byłby w stanie sam podłożyć dubbing do całego filmu, wcielając się po kolei w różne postaci, to jednak bardziej chciałoby się go widzieć w roli któregoś z niesfornych krasnoludków niż jako urodziwego Królewicza. Warto także dodać, że podczas okupacji aktor występował w jawnych teatrach Warszawy, za co po wojnie został przez sąd koleżeński ZASP skazany na swoistą infamię – zakaz gry w Warszawie przez pięć lat. Czy w tych okolicznościach powierzono by mu rolę w filmie dla dzieci? Trudno uwierzyć. Zresztą żadna z dostępnych biografii aktora, do których dotarłem, nie wspomina o jego udziale w dubbingu do Śnieżki. „

Wśród wielu wyjaśnień pozostaje wciąż nierozpoznany głos królewicza. Wiele portali filmowych sugeruje, że jest to głos Aleksandra Żabczyńskiego. Tu absolutnie nie mogę się zgodzić. Po przeprowadzonym śledztwie mam swojego faworyta i niech ktoś mnie zweryfikuje jeśli się mylę. Moim zdaniem kwestiami śpiewanymi królewicza zaopiekował się Adam Aston. Bardzo znany i charakterystyczny tenor z aksamitnym głosem i spokojnym, niewymuszonym vibrato. Aktora podkładającego głos do kwestii mówionych wciąż brak. A może ktoś rozpozna…bo ja przez chwilę chciałam słyszeć Eugeniusza Bodo.

„Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”- rozmowa z Anną Mieszkowską autorką biografii o Fryderyku Járosym.

 

 

Autorka Anna Mieszkowska podczas wystawy poświęconej Fryderykowi Jarosyemu w 2000 r.

 

 

Kiedy napisała do mnie Pani Anna Mieszkowska prawie stanęło mi serce. Pani Anna ostrzegała mnie, że przy zetknięciu z historią Fryderyka Járosyego należy szczególnie uważać na ten czuły narząd. Pomna swoich emocji przy zbieraniu materiałów do książki, poważnie obawiała się, jak ja zniosę to zetknięcie z legendą. Nie myliła się- cały świat wkoło mnie chwilowo jakby stracił blask, a serce wykonuje potężną pracę bijąc za szybko.

*

Anna Mieszkowska jest historykiem teatru. Jako pracownik PAN zajmuje się emigracyjną dokumentacją teatralną. Jest autorką głośnej i pierwszej biografii o Irenie Sendler: „Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej”, na podstawie której w 2009 roku zrealizowano film produkcji USA.

W swoim dorobku posiada m.in.: biografię o Marianie Hemarze („Ja kabareciarz! Marian Hemar od Lwowa do Londyny” ), album wydany wspólnie z Władą Majewską („Za dawno, za dobrze się znamy. Piosenki Mariana Hemara”),  pozycje o dziejach kabaretu emigracyjnego („Była sobie piosenka. Artyści emigracyjnej Melpomeny”).

Prywatnie- dobry i serdeczny człowiek, a przede wszystkim szalenie cierpliwy. Mówiąc to wykonuję wielki ukłon w stronę mojego Gościa.

Dzisiaj będziemy rozmawiać o ważnej, jak sądzę, dla Pani pozycji w jej dorobku, biografii Fryderyka Járosyego: „Jestem Járosy! Zawsze ten sam…”, wydaną przez Wydawnictwo Muza.

Co tak naprawdę spowodowało, że zachwyciła się Pani Fryderykiem Járosym do tego stopnia, żeby napisać jego biografię?

Moją fascynację wywołała lektura wspomnień Stefanii Grodzieńskiej „Urodził go Niebieski Ptak”. Pani Stefania napisała zdanie, które stało się moim mottem: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie!”. Pożałowałam i postanowiłam zmierzyć się z legendą przedwojennych kabaretów. Spróbowałam wejść w ten świat. Ponieważ książek na ten temat jest wiele: wspomnienia Krukowskiego, Sempolińskiego, Fogga, Zimińskiej…, postanowiłam napisać książkę, której głównym tematem byłyby losy powojenne, emigracyjne dawnych gwiazd kabaretu – Zofii Terne, Konrada Toma …

Tak powstał zamysł książki „Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny” (2007). Ale już w 1998 ogłosiłam w „Pamiętniku Teatralnym” obszerny artykuł „Zawsze ten sam, czyli Fryderyk Jarosy na emigracji w latach 1945-1960”. Stał się on także rozdziałem książki „Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu” (2005).

Ale miałam w sobie niepokój, że dla pamięci Fryderyka to za mało. Stąd pomysł niezależnej, osobnej publikacji poświęconej niezwykłemu „Polakowi z wyboru” uzupełnionej archiwalnym nagraniem ostatniego wywiadu, którego udzielił Teodozji Lisiewicz w programie literacko-muzycznym Radia Wolna Europa, na dwa miesiące przed nagłą śmiercią w Viareggio w sierpniu 1960 roku.

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale są osoby, które nie wiedzą kim był „Fryderyk Wielki”. Proszę przybliżyć jego postać.

Nazywano go Fryderykiem Wielkim, mistrzem, a nawet królem kabaretu. Oczywiście tego przedwojennego. Bo chociaż Járosy żył jeszcze po drugiej wojnie światowej 15 lat, jego czasy, epoka, w której czuł się najlepiej i najszczęśliwiej żył i pracował, minęła bezpowrotnie we wrześniu 1939 roku. Skąd się wziął w przedwojennej Warszawie? I kim właściwie był ten czarodziej teatru?

Bo lakoniczna informacja, że urodził się 10 października 1889 roku w Pradze, a zmarł 6 sierpnia 1960 roku w Viareggio, że był aktorem, reżyserem, piosenkarzem, autorem sztuk dramatycznych, opowieści biograficznych prawdziwych, i zmyślonych zupełnie nie pasuje do tego niezwykłego człowieka.  Jak w niewielu zdaniach oddać bogactwo jego osobowości, opisać sztukę, której był jedynym autorem i wykonawcą? Bo chociaż mówił najczęściej z estrady cudzym tekstem (konferansjerki pisali mu m.in. Tuwim i Hemar), śpiewał piosenki innych autorów, to wszystko robiło na widzach wrażenie czegoś wyłącznie jego pomysłu i jego autorstwa.

Tadeusz Boy- Żeleński z okazji dziesięciolecia pracy artystycznej Járosyego  w Polsce pisał: „Od pierwszej chwili pokochano go. Miał wdzięk, miał dowcip i tę nieokreśloną zdolność nawiązania kontaktu z publicznością”. Kazimierz Krukowski już po wojnie dopowiedział: „Járosy to nie szablonowy zapowiadacz numerów. Bez jego >Proszę Państwa< zawsze jakby czegoś brakowało. Węgier z pochodzenia, Polak z przekonania, stał się własnością Warszawy i polskiego Londynu. Zostawił po sobie najlepsze wspomnienia jako artysta, dyrektor, przyjaciel, człowiek”.

Tadeusz Wittlin zapamiętał: „Używał niemieckich i angielskich wód kolońskich. Palił nałogowo Egipskie, grał nałogowo w brydża, nie mając szczęścia do kart. Często grał także na wyścigach. Mówił płynnie po rosyjsku, niemiecku, francusku, znał angielski. Na scenie występował prawie zawsze w smokingu, rzadziej we fraku. W życiu ubierał się bez zarzutu. Był elegancki, a nawet wytworny. Nie tylko w stroju, ale i w sposobie bycia. Nie podnosił głosu, do artystów miał cierpliwość i stanowczy spokój. Był ulubieńcem nie tylko publiczności, ale i krytyków”

 

 

Fryderyk Jarosy podczas występu.

 

 

No właśnie: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie”- powiedziała Stefania Grodzieńska. Widząc taki opis mężczyzny- rzeczywiście należy żałować.

Żałuję, że nie będę mogła poznać kogoś tak wspaniałego jak Fryderyk Járosy, ale i Stefania Grodzieńska i wiele innych cudownych osób tamtej epoki.

Proszę mi jednak powiedzieć, czym zachęcić młode osoby do pamięci o nich?

W czym widzi Pani największe trudności?

Z moich obserwacji wynika, że młodzi ludzie (w wieku 20-30 lat) chętnie wracają do wspomnień pradziadków. Piosenki Fogga mają nowe wykonania. Do udziału w festiwalu piosenki „retro” zgłaszają się młodzi wykonawcy z całej Polski. To cieszy.

Czego szukają w przeszłości? Czaru tamtych lat, bajki, kultury słowa i obyczaju. Szacunku dla innych.

To był świat wysokiej kultury, chociaż nie było przepychu, bogactwa na codzień. Lata trzydzieste to kryzys gospodarczy, którego my też doświadczamy.

Panie sprzedawały futra, aby mieć na życie. Potem garsonki, a nawet suknie. Ale była jakaś solidarność w społeczeństwie, w grupach społecznych i zawodowych.

Dzięki Pani pracy ten świat nie odejdzie w zapomnienie.

Kilkanaście lat zajęło Pani poszukiwanie osób, przyjaciół, znajomych Fryderyka, którzy mogliby dać świadectwo jego życia. Rozumiem, że Pani znalazła. Kto to był, kto Pani pomógł?

Nie byłoby tej książki bez pomocy około stu osób!

Z Polski pomogli mi: dr Hanna Krajewska, dyrektor Archiwum PAN, Lidia Wysocka, Antoni Marianowicz, Kazimierz Koźniewski, w Waszyngtonie: Jan Nowak Jeziorański, Kaya Mirecka Ploss, w Los Angeles: Wanda Stabrowska, w Australii: Gwidon Borucki, w Londynie: Włada Majewska, Renata Bogdańska-Anders, Helena Kitajewicz, Irena Delmar, i wiele innych osób, które wymieniam i dziękuję w książce.

Powiedziała Pani o wspomnieniach Stefanii Grodzieńskiej w książce „Urodził go Niebieski Ptak”.  Przyznam się, że i dla mnie jest ona cudowna. Dzięki niej mogłam zbudować sobie wyobrażenie o Fryderyku Járosym.

Słynne jego przezwania:  „Szarpio” o Stefanii Grodzieńskiej, albo „Hanećka” o Ordonce. Takie ciepłe i cudownie klimatyczne wyrażenia, które oddawały stosunek Fryderyka do ludzi. Faktów, o których wspomina Stefania Grodzieńska nie rozwija Pani w biografii. Odnoszę wrażenie, że obie książki bardzo doskonale się uzupełniają. Czy dobrze zrozumiałam Pani intencje?

Taka była moja idea, aby opisać inny czas w życiu Fryderyka niż ten, o którym opowiada Stefania. Zresztą w drugim wydaniu „Niebieskiego Ptaka”, Stefania za moją zgodą dopisała rozdział, który był skróconą wersją mojego artykułu z „Pamiętnika Teatralnego”.

Nigdy nie zapomnę jaką radość sprawiłam Stefanii opowieściami o żonie i dzieciach Jarosyego.

Ona przyznała, że w te jego opowieści o rodzinie oboje z Jurandotem nie wierzyli. Fryderyk miał żelazną zasadę, że sprawy rodzinne nie były przedmiotem towarzyskich dyskusji. A jego najbliższa rodzina zupełnie się nie orientowała w skali jego kariery w Polsce.

Tak miało być i było.

 

 

Od lewej: Janina Wojciechowska, Fryderyk Jarosy, Marina Jarosy-Kratochwil 1960 r

 

 

Ta jego tajemniczość  zapewne utrudniła pracę w zbieraniu wiadomości na jego temat.

Trzeba było tytanicznej pracy, żeby zebrać materiał, który rzetelnie i prawdziwie przedstawił osobę „Wielkiego Fryderyka”. Proszę opowiedzieć, jak zbierała Pani materiały do biografii.

Materiały do tej książki zbierałam od 1991 roku. Ale to co, najważniejsze – czyli archiwum Jarosyego znalazłam w Wiedniu  w 1995 roku. Dziwnym zbiegiem okoliczności odszukałam jego córkę, Marinę Jarosy-Kratochwil. Kilka miesięcy przed moim pojawieniem się u niej, sama chciała oddać pamiątki po ojcu do wiedeńskiego muzeum teatralnego. Ale tam jej powiedziano, że NIGDY o takim artyście nie słyszeli. Zabrała wszystko z powrotem do domu. I za jakiś czas ja się zjawiłam.

To z pewnością było cudowne spotkanie. Bardzo zazdroszczę…

Marina była bardzo podobna do ojca. Zarówno pod względem urody jak
i charakteru. Kontaktowa, ciepła, serdeczna. Zaprosiłam ją do Warszawy. Była dwa razy. Zaprowadziłam do Stefanii Grodzieńskiej, która bardzo przeżyła to spotkanie. Obie panie były wzruszone – a ja – szczęśliwa! W kwietniu 2000 roku zorganizowałam ogromną wystawę w warszawskim Muzeum Teatralnym. Z koncertem. Wszystko bardzo dobrze wypadło. Później kilka razy byłam jeszcze w Wiedniu. Między innymi z Aliną Janowską na uroczystości odsłonięcia  dwujęzycznej płyty na grobie Fryderyka, którą ufundował  ZASP.

Ostatni raz widziałyśmy się w 2008 roku, przywiozłam książkę, którą przytuliła. Obie się popłakałyśmy, jakby przeczuwając, ze to może być nasze ostatnie spotkanie. Potem już tylko był kontakt telefoniczny…

Zdążyła Pani ofiarować książkę jeszcze ciepłą, zaraz po wydaniu…

NIKT mi nie chciał wydać tej książki!!!! Aż zniechęcona zarzuciłam projekt na kilka lat. Wszystko się odwróciło po biografii o Irenie Sendlerowej, której pierwsze wydanie było w 2004, i potem: Hemar: 2005, Była sobie piosenka 2006, i Fryderyk 2008. Nie było łatwo!!!! Niestety Muza zaniedbała sprawę marketingu moich trzech kabaretowych książek.

To bardzo smutne, co Pani mówi. Lepiej sprzedają się poradniki pisane wielką czcionką  przez celebrytów, niż naprawdę wartościowa literatura o wspaniałych Polakach.

Fryderyk Járosy uznawał się za Polaka. Zachowywał jak gorący patriota. Wypłacono mu z nawiązką -niewdzięcznością i odrzuceniem, a na koniec opuszczeniem, samotnością i banicją. Wiem, że znosił to dumnie i nawet pogodnie. Czy uważa Pani, że obecnie, w sposób wystarczający zrehabilitowano pamięć o jego osobie?

Fryderyk mógł uniknąć aresztowania, więzienia, getta, ran w powstaniu, Buchenwaldu.

Dla Niemców był Reichsdeutschem! Stąd propozycja, aby prowadził kabaret niemiecki.

Miało to dalsze konsekwencje po wojnie. Niemcy nie chcieli dać mu odszkodowania za utratę zdrowia … bo przecież należał do grupy uprzywilejowanych! A że on wolał cierpieć jak Polacy, to jego sprawa. Dla Fryderyka taka postawa, którą wybrał w Polsce była postawą Człowieka Honoru!

Ostatnie jego lata spędzone wśród polskiej emigracji w Londynie nie były łatwe. W polskim środowisku żył w pewnej izolacji. Niby o nim wiedziano, w coś go jeszcze angażowano, do czegoś go jeszcze zapraszano. Ale to była upokarzająca namiastka dawnej aktywności. W Londynie nie znalazł zrozumienia, ani wsparcia moralnego. Nie odwzajemniono jego szczerych, patriotycznych uczuć do Polski i Polaków. Niedawny ulubieniec publiczności pod koniec życia był schorowany, w niedostatku, na angielskim, rządowym zasiłku.

„My wszyscy od razu zapomnieliśmy o nim” – z żalem pisał Hemar w sierpniu 1960 r., dwa tygodnie po śmierci przyjaciela. „Żal mi bardzo, że daliśmy odejść Fryderykowi Jàrosyemu, nie pożegnawszy go za życia, serdecznie i pięknie, nie dawszy sposobności, aby on do nas wygłosił długą, dowcipną, pożegnalną konferansjerkę”.

 

 

Fryderyk jaroshy- Zawsze ten sam

 

 

Napisała Pani we wstępie swojej książki:

” Przez wiele lat, szukając informacji o nim w różnych krajach, próbowałam zrozumieć, kim był człowiek, który napisał o sobie: „Doktor filozofii, Welfare oficer – 2 Corps., teatralny producer, Actor, pisze na maszynie, playwright, bookkeeper, announcer, presenter; ang., franc., ros. – zupełnie dobrze, niem.-bardzo dobrze. Szuka pracy tłumacza”.

Czy zrozumiała Pani?

Odpowiedź na to pierwsze pytanie znajduje się w ostatnim rozdziale książki „Jestem Jarosy! Zawsze ten sam…”, na s. 243 we fragmencie listu do Anny Antik … i na s. 248 w opisie zawartości kalendarzyka na 1960 rok:

„Twoje słowa są bardzo ważne dla mojego chorego serca. Z upływem lat człowiek staje się samotny, że zaczyna zazdrościć każdemu, kto już wszystko ma za sobą. Wszystko można sobie wyperswadować. Ze wszystkim można się pogodzić, ale co zrobić, kiedy przyjdzie na człowieka tęsknota za głupstwem, za młodością, za wspomnieniami najszczęśliwszych lat (…). Patrząc na bardzo stare drzewa w parku, powiedziałem głośno: „Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”.

O planach na wznowienie wydania nie będziemy rozmawiać?

Nie, jestem przesądna…

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę, to był dla mnie zaszczyt. W skrytości ducha marzę, że to jeszcze nie koniec…

Dziękuję

 

 

Autorka Anna Mieszkowska po zakończonej uroczystości poświęconej Fryderykowi Jarosyemu- Zmęczona, ale szczęśliwa

 

 

Pani Anna Mieszkowska przekazała Czytelnikom bloga plik unikatowych zdjęć. Na jednym z nich znajduje się Stefania Grodzieńska z Mariną Járosy-Kratochwil, córką Fryderyka Járosego. Na rewersie jest dedykacja: „Dla Pani Moniki Zakrzewskiej i wiernych czytelników Bloga Co się dziwisz z najlepszymi życzeniami spełnienia marzeń! Anna Mieszkowska, Warszawa 26.02.2013 r”

Płciowe qui pro quo, część druga.

Życzenia


Wobec publicznej groteski, którą karmieni jesteśmy co chwilę, umykają niepostrzeżenie takie wydarzenia jak to.

Dzisiaj Teatr Polski w Warszawie obchodzi setną rocznicę swojego istnienia. Także dzisiaj  odbędzie się premiera dramatu „Irydion” Zygmunta Krasińskiego. Reżyserem jest Andrzej Seweryn.

Tym samym dramatem Teatr Polski rozpoczął swoje życie sto lat temu i chwała Andrzejowi Sewerynowi, wizjonerowi, że pomimo niesprzyjających warunków, reaktywuje klasykę polskiego dramatu.

Życzę Teatrowi Polskiemu dalszych stu lat prosperity. Życzę ogromnego sukcesu i odwrócenia ogólnych trendów w teatrach, bo nie trudno jest zrobić sukces na Woody Allenie ( z całym szacunkiem do tego twórcy).


*


Część druga


W tym samym roku 1937 zrealizowany jest film pt. „Książątko” z Karoliną Lubieńską i Eugeniuszem Bodo w rolach głównych. Scenariusz klasyczny i prosty oparty na wyświechtanej historii o Kopciuszku.

Dziewczyna z prowincji- Władka kocha się w przystojnym, bogatym arystokracie (Eugeniuszu Bodo). Wygrywa szczęśliwy los na loterii, a za wygrane pieniądze wyjeżdża na wypoczynek do Krynicy. Niestety w czasie podróży ktoś kradnie jej cały dobytek, a ta nie ma pieniędzy nawet na bilet powrotny. Wzięta za młodego chłopca, decyduje się podjąć pracę w bogatym, krynickim pensjonacie jako fordanser. W pensjonacie zapoznaje bogatego hrabiego, w którym od dawna jest skrycie zakochana.

Karolina Lubieńska rzeczywiście wygląda w filmie jak młody chłopiec, pomijając makijaż, który w czarno-białych filmach jest nieodzowny ze względów technicznych. Tancerz z niej marny, ale niewinna postać młodego adonisa podoba się starszym, doświadczonym bywalczyniom salonów.

Konrad Tom-autor scenariusza, zapewnia publiczności wielowątkową, dobrą zabawę pełną lekkiego humoru z domieszką satyry.


Tymczasem Adolfowi Dymszy nie dość przebieranek. Wchodzi nowy przebój kinowy: „Dodek na froncie”.

Miejski birbant i ”ladaco”, podczas wojny, wplątuje się w kłopoty. W trakcie potyczki wróg bierze go za generała przeciwnej armii i przyjmuje z wszelkimi szykanami, organizując wystawne przyjęcie. Gdy sprawa wychodzi na jaw, Dodek chce uciec przed prawdziwym generałem w przebraniu cyganki. Niestety, wpada w ręce śmiertelnie zakochanego, rosyjskiego porucznika, który wyznaje Dodkowi -cygance swoją miłość.

Nie posiadam obiektywnego stosunku do osoby Adolfa Dymszy, uważam go za najwspanialszego artystę komediowego wszech czasów. Jego ruchy, wspaniała sprawność fizyczna, świadomość ciała, zdolności naśladowcze to mieszanka aktora idealnego. W tym filmie dość wyraźnie daje tego dowód.





Ostatnim przedwojennym, kobiecym wcieleniem Dymszy jest postać uzdolnionej, zagranicznej łyżwiarki, za którą przebiera się pan Czwartek, by nauczyć się jazdy na łyżwach. Czwartek jest fryzjerem i zajmuje się loczkami córki pewnego bogatego prezesa. Prezes jest tak bogaty, że ma nawet swoja drużynę hokejową. Bogacz dowiaduje się, że w Polsce przebywa sławny bramkarz o nazwisku Piątek. Podejmuje więc próbę zwerbowania go do drużyny na czas rozegrania bardzo ważnego meczu w Zakopanem. Splot kilku okoliczności powoduje, że zamiast bramkarza Piątka jedzie fryzjer Czwartek, z czego rodzą się kłopoty, miłość i wielka draka.

Komedia wychodzi już po wybuchu II wojny światowej i radość, którą daje Dymsza nie jest już tą samą, beztroską zabawą- to już tylko odskocznia od trudnej, okropnej rzeczywistości. Dzięki Dodkowi to wytchnienie, choć krótkie- jest możliwe.







*



Jest taka kobieta, która od pierwszego wejrzenia powala najtwardszy głaz. Ona to paraliżuje swoim „sex appelem” niejedno męskie serce. Zawraca głowę i odurza burzą blond loków. Ona też oczarowuje pewnego Hipolita Pączka, zwanego „Hipciem”, który z miejsca deklaruje rzucenie jej świata do stóp.

Mowa o pięknej choć mocno zbudowanej blondynce, aktorce, „krajowego wyrobu May West”, za która przebiera się Henryk Pączek (Bodo) podczas balu karnawałowego.

Mistrzostwo charakteryzacji i gry. Wspaniała kreacja Eugeniusza Bodo. Najlepsza piosenka i najlepsza scena przedwojennego kina. Któż jej nie zna?


Mowa tu o scenie z filmu „ Piętro wyżej”. Eugeniuszowi Bodo partneruje Helena Grossówna, a wspomnianego Hipcia gra Józef Orwid równie utalentowany aktor komediowy.

Udział Eugeniusza w powyższym filmie zapewnia mu status największej gwiazdy filmu polskiego, bo takiej jak ta kreacji jeszcze nie było.

Choć szaleją za nim tłumy kobiet, to typowym amantem nie jest. Sam, zresztą, ma do siebie ogromny dystans, mówiąc o sobie:amantów par excellance nie grywam, gdyż uważam, że do tego trzeba mieć albo ładną, albo bardo ciekawą twarz. Co do mnie, może i posiadam te zalety, ale dla bardzo bliskich i życzliwych znajomych. Dla szerokiej publiczności w każdym bądź razie uważam, że moja ‚piękność’ jest niewystarczająca”


Pomimo jego sylwetki, dość przysadzistej i mocnych ramion, wciska się w kobiecy gorset, zakłada platynową perukę, jedwabną suknię i  uwodzi pół sali tańcem i niemal erotycznym tekstem, który zna cała Polska.

Wprowadza, w krotochwilny dotąd charakter filmów, kunszt i artyzm. Czyni to dzięki wrodzonemu talentowi, ogromnemu dystansowi do siebie i nowoczesnemu, ale i osobistemu podejściu do wielu społecznych kwestii. Do jednego koktajlu wrzuca swoją męskość i damski sex appel. Z powodzeniem naśladuje kobiece gesty. Nie boi się zepsucia opinii, ani zaszufladkowania- ryzykuje, ale ryzyko odpłaca się sławą po dziś dzień. Tak, Bodo to fenomen.


Płciowe qui pro quo- komediowe w filmie, ale jakże aktualne. Cieszy nas i rozśmiesza, kiedy ktoś udaje kogoś kim nie jest. Kiedy robi to ku rozbawieniu innych. Tragiczny wydźwięk przybiera, gdy filmowa fikcja objawia się w prawdziwym życiu.


Płciowe qui pro quo.

Przypadkowe intro


W TVP Kultura debatują reżyserzy, aktorzy na temat zasadności istnienia teatru w telewizji. Trwa konferencja prasowa. Ubolewają nad brakiem funduszy i zainteresowania młodych twórców. Teatr Telewizji cierpi na permanentny brak odbiorców i niską oglądalność, co właściwie eliminuje go z mediów. Teatr w ogólności pada, a publiczność wybiera inną formę rozrywki. Pest! Morbus! Zut! I psiakrew! Takie słowa cisną się na usta.

*

Obrót wątroby w prawo


Co z tego, że pozostaję w niszy i nie mam parcia na szkło? Nie wpisuje się w nowoczesne standardy zapewniania publice łatwej, niezbyt ambitnej rozrywki. Stąd może mój blog wolniej napełnia się czytelnikami. Za to czytelnikami nieprzypadkowymi, podzielającymi moje pasje i zainteresowania. Tym bardziej cieszę się, jeśli ktokolwiek tu zajrzy, pozostawi komentarz i wróci ponownie. Dla nich kopię i wyszukuję zapomniane historie. Dla nich warto się starać.

*

Wątek właściwy


Magia polskich, przedwojennych komedii nie przemija. Wciąż zaraża nowe pokolenia. Teraz patrzymy na nie inaczej, z sentymentem i łezką w oku choć nie zawsze tak bywało.

Magdalena Samozwaniec nie miała do nich dużego dystansu, bezlitośnie je krytykowała  mówiąc o nich w ten sposób:

„Film polski zaczął wychowywać kadry aktorów filmowych, którzy zaczęli być bardzo popularni, a pensjonarki wymieniały się ich fotografiami, masowo reprodukowanymi na kartach pocztowych. W okresie przed drugą wojną światową polski film z bezwzględnej szmiry przeszedł na szmirę z wielkimi ambicjami, co nastąpiło w epoce filmów dźwiękowych.”

Ówczesna „superszmira” stała się dla nas klasyką i ważną historią dziejów polskiego kina. W związku z tym niebezpiecznie jest krytykować kulturę obecną, by w krótkim czasie nie narazić się na śmieszność i pretensje.

Powracając do „superszmiry”, z której tak ochoczo chichotała Magdalena Samozwaniec. Owa „szmira” niczemu innemu nie miała służyć tylko wspaniałej zabawie. Nieskomplikowane scenariusze i doborowa obsada aktorów komediowych z pewnością pomagały. W scenariusze popularnych komedii zamieszani byli: Julian Tuwim, Konrad Tom, Marian Hemar i wielu innych.

W szale rozwijającej się kinematografii pomysłów na dobre filmy nie brakowało. Owszem, były naiwne i nieskomplikowane, chwytające za czułe serce pensjonarek i służących. Pomysły, by zamieniać kobiety w mężczyzn i na odwrót nie zrodziły się w latach osiemdziesiątych. W dwudziestych były nowatorskie, ale ryzykowne. Publiczność nie była przygotowana na takie eksperymenty. Klasyczne kanony i ramy ściśle obowiązywały, choć alkowa pełna była pikantnych historii.

*

Modę na przebieranki wprowadza jako pierwszy Adolf Dymsza, który chętnie i z powodzeniem przebiera się za kobiety. Przebieranki takie są czymś nowym, nieoczekiwanym, niosącym ogromne ryzyko ośmieszenia również w życiu prywatnym. Społeczeństwo przyzwyczajone do tradycyjnych wartości z ciekawością przyjmuje nowe wcielenie. Wielkiemu Dodkowi wszystko się wybacza.

Pierwszym filmem, w którym gra kobietę jest film z 1933 roku „ „Romeo i Julcia”.

Teofil Rączka ( Dodek) jako właściciel agencji kojarzącej małżeństwa, by zapobiec niechcianemu mariażowi Romana ( młodego dziedzica) z bogatą kuzynką z Ameryki, wciela się w zamożną Amerykankę. Roman i biedna Krysia, córka leśniczego są w sobie zakochani na zabój, ale rodzice Romana, w swoich planach są nieubłagani. Przyjazd ekscentrycznej kuzynki rodzi mnóstwo komediowych sytuacji i charakterystycznych, nieco naiwnych, ale śmiesznych „gagów”. Sceny z przebranym Dymszą są wyjątkowo śmiałe.  Występuje w pidżamie na łóżku, a także w stroju kąpielowym. Odwaga i dystans do siebie Dymszy-ogromne.

Dla równowagi, już po roku w 1934, wchodzi na ekrany kin film z dwiema uwielbianymi gwiazdami; Jadwigą Smosarską i Eugeniuszem Bodo. Smosarska, współczesna celebrytka, kochana i naśladowana przez rzesze gospodyń domowych i pensjonarek, zagrała główną potrójną rolę w filmie „ Czy Lucyna to dziewczyna?”

Gra Lucynę, córkę bogatego przemysłowca, która, by dostać pracę jako inżynier w fabryce swojego ojca, zakłada garnitur i zamienia się w ubogiego młodego chłopca Juliana Kwiatkowskiego. Pracuje razem z przystojnym inżynierem, którego gra Eugeniusz Bodo. Nie może ujawnić się ze swoimi uczuciami będąc mężczyzną. Dlatego też postanawia jeszcze raz się przebrać. Tym razem udaję ubogą, ciężko pracującą dziewczynę. Młody inżynier  podejrzewa dziewczynę o podwójne życie i o schadzki z bogatymi mężczyznami.

Zabawna komedia, w gruncie rzeczy, porusza bardzo poważne kwestie społeczne; dyskryminację zawodową kobiet, finansowe mariaże, podejmuje próbę podejścia do sprawy homoseksualizmu i męskiej przyjaźni.

Przebieranki sypią się jak grad, ale królem bezsprzecznie pozostaje Adolf Dymsza.W 1937 roku powstaje film „Niedorajda”.

Florek ( Adolf Dymsza) praktykuje u właściciela warsztatu samochodowego. Właściciel jest chciwy i pazerny na pieniądze. Od lat oszukuje swoją starszą siostrę z USA wyłudzając przy tym ogromne sumy pieniędzy. Stara, poczciwa  ciotka Agata śle pieniądze na rodzące się kolejne dzieci. Podczas, gdy tak naprawdę właściciel warsztatu ma tylko jednego syna- darmozjada.

Sprawa się komplikuje, gdy ciotka Agata postanawia odwiedzić brata i jego liczną dziatwę. W panice rodzina szuka wyjścia i postanawia zaangażować Florka jako syna i córkę jednocześnie.

Dymsza niesamowicie łatwo przeobraża się w Agatkę, kobietę lekkich obyczajów, tancerkę, matkę nie swojego dziecka i kobietę po przejściach. Przy tym całkiem nieźle wygląda w sukience. :)

CDN

Musiałam podzielić post na dwie części by czytelnik mógł doczytać do końca bez znużenia. Następna część jest gotowa i umieszczę ją za kilka dni.

Boska uroda, czarcie serce- Igo Sym

 

Wspomnienia Baśki Borkowskiej:

Była chwila, kiedy przed wojną poczułam się jak Kopciuszek, który przyjechał z prowincji do Warszawy i został wybrany spośród tysiąca.


Dokładnie nie pamiętam, w którym to było roku. Chyba w 1937. Przyjechałam ze Skierniewic w poszukiwaniu pracy. Dobra ciotka obiecała stancję i oprowadzenie po stolicy. Kupiła bilety do znanego teatru rewiowego: „Hollywood”. Zawsze kupowała miejsca w pierwszych rzędach- że niby głucha.


W teatrze oczy wychodziły mi z orbit. Z emocji oczywiście. Tyle tu było koloru, gwaru, wesołości. Wszystko mi się niezmiernie podobało. Ulotką z programem zasłaniałam sobie buzię, żeby nikt nie widział jak ją rozdziawiam w zachwycie.


Występ Igo Syma zapamiętam do końca życia. Takiego cudownego mężczyzny z gładkim liczkiem i przeszywającym spojrzeniem. Od samego początku, kiedy tylko wyszedł na scenę, miałam wrażenie, że patrzy się na mnie. Nie umiałam znieść tego spojrzenia i wierciłam się na krześle, rozglądając na boki. Kobiety w pierwszych rzędach szalały. Teraz już wiem, czemu ciotka siadywała właśnie tu. On jednak wyraźnie patrzył na mnie.

Był cudny, we wzorowo skrojonym smokingu. Zszedł ze sceny nonszalanckim krokiem, i podszedł do mnie. Całkowicie zgłupiałam. Wziął za rękę, zaprowadził na scenę i śpiewał. „Na całe życie, moja ty jedyna, serce ci oddaje” Tylko dla mnie. Stałam tak i ściskałam swoje rękawiczki tak silnie, że pobielała mi skóra na kostkach palców. Bawił się moim kosztem, czy też chciał, żebym się czuła wyjątkowo? Nie wiem. Czułam się wyjątkowo. Brawa także były ogromne. Dostałam zdjęcie z podpisem, pocałunek w rękę i to spojrzenie spod brwi, które wwierciło mi się aż do szyszynki.

To było piękne, dziewczęce wspomnienie, które na długo zapadło mi w pamięć.

Słysząc wiadomości z okupowanej Warszawy o moim bożyszczu, że okazał się być hitlerowskim agentem, szybko podarłam pieczołowicie przechowywane zdjęcie. Chciałam wyrzucić na dobre wspomnienie o jego pięknych oczach. Nawet czułam się trochę winna, że się w nim podkochiwałam.

Skąd mogłam wiedzieć, że był zdrajcą? Diabeł często przyjmuje anielską postać…

*

Igo Sym rzeczywiście zdobywał sobie publiczność przez bardzo nowatorski kontakt, zwłaszcza z częścią damską publiki. Śpiewanie dla jednej osoby z widowni, czy wyprowadzanie osoby z pierwszego rzędu na scenę, były częstymi trickami w jego występach. Publika to uwielbiała. Właśnie dlatego wykorzystywano jego popularność obsadzając go w rewiach lat trzydziestych. Jego nazwisko przyciągało płeć piękną, dlatego dyrektorzy teatrów dbali, aby na afiszach istniało, pisane dużą czcionką nazwisko: Igo Sym.

Rzeczywiście, nie można mu było odmówić urody ani wdzięku. Budził tym serdeczną niechęć co bardziej zazdrosnych kolegów z branży. „Drewniany amant” mawiali o nim złośliwi, mniej urodziwi aktorzy.

Inni uważali go za dobrego, uczynnego kolegę. Tadeusz Wittlin pisał o nim: „ (…) wybitnej urody, postawny brunet, jest inteligentny, wykształcony, oczytany i płynnie włada kilkoma obcymi językami. Jego świetna znajomość niemieckiego ułatwia mu udział w niemieckich filmach dźwiękowych i Sym często wyjeżdża do Berlina, gdzie nagrywa komedie muzyczne. W prywatnym życiu jest czarujący, gdyż umie bawić rozmową, ma wrodzony dowcip, gra na fortepianie, śpiewa, nawet jodłuje z tyrolska, uprawia sporty, jest mistrzem bilardu i zna mnóstwo sztuczek magicznych, czym chętnie się popisuje. Nie może tylko pochwalić się aktorskim talentem, lecz ten brak nadrabia urodą. Złośliwi nazywają go pięknym statystą”.

W Warszawie uchodził za aktora światowej sławy. Taką opinię zapewniły mu występy w nieniemieckojęzycznych produkcjach filmowych oraz bliska relacja z największą sławą Europy- Marleną Dietrich. Romans z gwiazdą światowego formatu zapewnił mu prestiż nowoczesnej „celebryckiej” gwiazdy. Dowodem na zażyłość pomiędzy kochankami stał się dziwaczny podarunek, który Igo ofiarował Marlenie; piła grająca, która obecnie znajduje się w muzeum Dietrich.

Pobyt w Niemczech skutkował nie tylko rozwojem kariery aktorskiej, ale również tajnej współpracy z przyszłym okupantem. Początkowo miała ona charakter konspiracyjny.

Wittlin znów wspominał:

„ Przyjechał z Berlina, gdzie ukończył nagrywanie filmu i proponuje większą popijawę w knajpie. (…) Pogadamy wreszcie po polsku. Szwabskiego szwargotu, jak mnie zapewnia Igo, ma już powyżej uszu. W Gastronomii na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu Sym po paru wódkach z oburzeniem opowiada o buńczucznym nastroju Niemców i klnie na Hitlera.„Kot” rzuca półżartem, że kto wie, czy za sto lat ludzie o Hitlerze nie będą mówili tak, jak dziś mówi się o Napoleonie…

-Wykluczone! -woła Sym zaperzony i ze złością uderza pięścią w stół aż dzwonią kieliszki. -Napoleon burzył, ale również wiele zbudował, podczas gdy Hitler potrafi tylko niszczyć!”

Po przyjeździe z Niemiec Igo zachwycał publiczność występami. W cyrkowej rewii partnerował swojej dawnej sympatii -Hance Ordonównej. Sempoliński zachwycony jego sprawnością pisał: „zdolny jest wykonać na trapezie pod sufitem karkołomne produkcje gimnastyczne ze swobodą zawodowego akrobaty, nie przestając być miłym piosenkarzem i zabójczym amantem.”

Jakież było zdziwienie wielu, kiedy po wybuchu wojny z „najmilszego chłopca Warszawy, czarującego Igo Syma” stał się folksdojczem paradującym po stolicy z „opaską hitlerowca na rękawie”.

„Trudno mi w to uwierzyć. Pisał Wittlin. Z Symem przyjaźniłem się blisko i zawsze miałem o nim najlepsze pojęcie jako o uczciwym Polaku.

-Może tylko pracuje jako tłumacz-próbuję go bronić-ponieważ świetnie zna niemiecki. Kondrat parska śmiechem i dobija mnie:

-Sypie kolegów, których nie lubił. (…)”

Fischer mianował go dyrektorem teatrów jawnych. Stał się odpowiedzialny za repertuar i werbowanie aktorów. Werbowanie było o tyle trudne, że ZASP wydał aktorom zakaz występowania. Sym zdobywał aktorów rożnymi sposobami, nierzadko uciekał się do szantażu, zastraszania i denuncjacji.

Taka działalność budziła tylko złe emocje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa rozpracowywał jego działalność. Wyrokiem sądu podziemnego został skazany na śmierć za wrogą działalność przeciw Narodowi Polskiemu. Wyrok ten wykonała grupa AK, tzw. „Zakład Oczyszczania Miasta”, dnia 8 marca 1941 roku.

Śmierć Igo Syma była szokiem nie tylko dla hitlerowców, ale dla całej społeczności stolicy. Był to jednocześnie sygnał dla wszystkich aktorów łamiących zakaz występów, czym może skończyć się ich samowola.

Żałoba wprowadzona przez Niemców była okazją do „pokazówki” agitacyjnej. Władze niemieckie w odwecie za śmierć aktora rozstrzelały dwadzieścia jeden osób, uwięziono ponad sto i wprowadzono godzinę policyjną. Zamknięto wszelkie przybytki okupacyjnej „kultury”. Rozesłano listy gończe za podejrzanymi aktorami. Hitlerowcy nie znaleźli już tak godnego następcy Syma.

Zdrajcy zwykle zapadają w niepamięć. O tym, konkretnie, mówi się do dziś. Sprawa z Igo Symem w roli głównej jest tak oczywista, że nikt nie próbuje go wybielić, wytłumaczyć, czy analizować jego argumentacji.

Pytanie: dlaczego?- pozostaje bez odpowiedzi.

Dla ulotnej sławy, władzy, pieniędzy, czy może dla wszystkich powodów naraz, a może tylko ze słabości?

Może ktoś podpowie…

Bibliografia:

Tadeusz Wittlin, „Pieśniarka Warszawy”, wydawnictwo Polonia, Warszawa 1990,

Ludwik Sempoliński, „Wielcy artyści małych scen”, Czytelnik Warszawa, 1977,

Roman Dziewoński, „Dodek”, Łomianki 2010,

Sławomir Koper, Życie prywatne elit artystycznych, Bellona Warszawa 2010

Źródła zdjęć:

vistual-history.com,

marlenadietrich.blox.pl

PAP/CAF: obwieszczenie niemieckie