Fińskie rokastaa

Woda była moim żywiołem. Pływałem w waterpolo w czasach polskiej świetności tego sportu, mimo oczywistych i obiektywnych trudności, z jakimi wiązała się ta dyscyplina. Wytrzymałość, siłę i zwrotność trenowałem w Wiśle. Wiślane maratony były moją specjalnością. Walka z żywym nurtem rzeki i zdradliwymi wirami, była najlepszym treningiem. Plaże Wisły były salonem spotkań świetnych ludzi. Widywałem tam nawet Adolfa Dymszę. Mecz w basenie był już tylko przyjemnością.
Waterpolo cieszyło się dużą popularnością, miało swoich kibiców, zwłaszcza w rozgrywkach międzyklubowych. No i oczywiście na meczach międzynarodowych.
Jednym z najbardziej niezapomnianych był mecz naszej reprezentacji z Finlandią 28 lipca 1938 roku.
Do reprezentacji selekcjonował nas Kapitan związkowy Polskiego Związku Pływackiego. Z początku skład wyglądał tak:
 bramka-Zakrzewski (KSZO), obrona Halor(Giszowiec), atak Jankowski (EKS), Iwanow (AZS), Karliczek (EKS) i rezerwa Madej (Giszowiec). 
Wspaniali, wysokiej klasy zawodnicy, jak jeden mąż.Łatwo było dogadać się w nowej grupie. Nie była ona znowu taka nowa. Znaliśmy się z krajowych rozgrywek, z klubów, w których grywaliśmy. Znaliśmy swoje możliwości i słabe strony i powiem, że była to grupa wyjątkowo dobranych zawodników, nie tylko pod względem warunków fizycznych, ale także pod względem inteligencji, rozumienia taktyki i podświadomego wyczuwaniu drużyny.
Z pierwotnego składu wypadł nam Karliczek, a zastąpił go w ostatniej chwili, zwinny Szczepański. Trochę żal, bo Karliczek, był wzorem zachowania sportowego i dyscypliny. Na ten wyjazd zapracował jak nikt.
Do występu trenował nas przybyły przed rokiem do Warszawy z Węgier, wysokiej klasy trener, Rayki. Trenowaliśmy z nim już wcześniej na zgrupowaniach przygotowawczych do reprezentacji.
Mieliśmy dużo zapału i werwy. Pomimo, że pochodziliśmy z, na co dzień, rywalizujących klubów, nasze koleżeństwo było niewątpliwie szczere i godne sportowców. Bardzo lubiłem swoich kolegów także prywatnie. Ciągle przychodziły nam do głowy wesołe pomysły.
Płynęliśmy do Finlandii statkiem, razem z koedukacyjną drużyną skoczków, co mnie niezmiernie cieszyło, bo wśród nich miałem miłe koleżanki. 
Warszawskie baseny nie umywały się do tych helsińskich- Uimahalli. Rozmach, projekt, no i temperatura, idealna, choć ja wolałem bardziej zimną-wiślaną. 
Bardzo radowały mnie zwyczaje Finów, które pozwalały pływakom na treningach, całkiem legalnie, pływać bez obowiązującego, u nas, stroju kąpielowego. Nasze dziewczęta, były przerażone. My rozradowani. Niektórzy nawet chcieli spróbować.
 Finowie, byli wytrzymali, odporni, zwinni. Płuca mieli jak kowalskie miechy.
Bankiet, który zaserwowała nam strona fińska po wyrównanym, choć trudnym meczu, był jak królewskie przyjęcie.  W Przeglądzie Sportowym wyczytałem:
Pląsy rozpoczął olbrzym Zakrzewski, wywijając w powietrzu małą Finką, zwyciężczynią w skokach wieżowych, Hilee Grasten (..)”
Żeby zaraz olbrzym. Dwa metry to znowuż nie tak wiele. Mój wzrost w tym sporcie miał swoje zalety, zwłaszcza jeśli się „stało” na bramce. Ramiona miały większy zasięg. Trudniej było przeciwnikom wbić mi „gola”.
Powrót z Helsinek obfitował w wydarzenia mniej spektakularne, o czym znów napisała „Przegląd”:
„ CHOROBA MORSKA. Na drodze powrotnej z Helsinek do Tallina morze „bujało” porządnie. Lwia cześć drużyny polskiej pojechała skróconą drogą do „Rygi”.
Pierwszy rozchorował się bramkarz Zakrzewski, oddając honorowy wystrzał śniadania roztoczom Bałtyku. Inni poszli za jego przykładem. Statek był przepełniony do niemożliwości. Waterpolista Karpiński stanął na pokładzie niczem policjant na posterunku i kierował ruchem „chorujących” rozdzielając odpowiednio miejsca przy balustradzie statku (…)”
Dalej lepiej nie cytować, bo to mogłoby pociągnąć konsekwentne continuum tamtego wydarzenia. Jednak tamte wydarzenia humoru mi nie zważyły.
Wyprawa do Finlandii, zapadła mi w serdeczną pamięć i nawet wojna nie była w stanie zatrzeć tego odczucia wspaniałej radości i beztroski.
Z większością kolegów z reprezentacji widywaliśmy się i rywalizowaliśmy jeszcze po wojnie. Niektórych ta zawierucha sprzątnęła. Tak było też z Iwanowem, bardzo przystojnym,młodym,  wesołym, świetnym kolegą.
 Z fińskiego pamiętam tylko jedno słowo, które Polakom tak bardzo przypadło do gustu: „rokastaa, rokastaa”, co znaczy: kocham, kocham.

Robert Baden-Powell

„Oto dewiza skauta: dopóki nie jesteś martwy nie mów, żeś nieboszczyk.”
— Robert Baden-Powell

Często ludzie zdają się zapominać, że mają jedno życie. Uśmiercają się zawczasu, Są znudzeni , zniechęceni. Brak im motywacji do dalszego istnienia. Zombi za życia, tak, często widzi się takich wśród nas.

Chciałabym dzisiaj przypomnieć tą właśnie postać- Roberta Baden-Powella. Postać pełną młodzieńczego wigoru, zapału, chęci do realizowania swojego życia w sposób twórczy, wartościowy i altruistyczny.

Pochodził z bardzo elitarnej rodziny angielskiej. Jego zainteresowanie mundurem, życiem militarnym zainspirowane i pobudzone zostało w nim przez dziadka –wojskowego, który w dzieciństwie, barwnymi opowieściami o wspaniałych przygodach, zaszczepił w nim pragnienie przeżywania przygód. Od najmłodszych lat dziadek kształcił w nim umiejętności, tropienia zwierząt, obserwacji natury i orientacji w terenie.

Prócz tego rozwijał swoją sprawność fizyczną, zaniedbując inne ważne przedmioty szkolne, które uważał za mniej potrzebne. Jego charyzma ujawniła się już wówczas, kiedy to pobudzał swoich rówieśników do kreatywnych zabaw, podchodów, tropienia i ucieczek. Wykazywał się znakomitą wiedzą w tej dziedzinie, umiejętnościami organizatorskimi oraz pedagogicznymi. Te umiejętności oraz ponadprzeciętna sprawność, zaowocowały dostaniem się do akademii wojskowej. Dzięki wspaniałym wynikom wstępnym , miał możliwość wybrania jednostki. Wybrał kawalerię stacjonującą w Indiach, o których w dzieciństwie opowiadał mu dziadek.

Był doskonale przygotowany do służby wojskowej i niestety, wykłady i nauka okazały się dla niego nudne i nieciekawe. Nudę zabijał obserwacją hinduskich myśliwych, jednocześnie ucząc się języka hindi. W międzyczasie organizował gry i zabawy dla dzieci, pisał książkę i tworzył rysunki dla czasopisma „Graphic”.
Szkołę skończy w przyspieszonym tempie, ze względu na postępy, z wyróżnieniem i stopniem oficerskim.
Po szkole zajął się szkoleniami rekrutów, ale narzucony system szkolenia uznał za nie dość dobry. Zajął się tworzeniem swojego.

W Afganistanie, do którego przeniósł się wraz z jednostką, organizował występy aktorskie dla znudzonych pobytem żołnierzy i dalej szkolił rekrutów i młodych. Jego technika zwiadu nazwana skautingiem znalazła zainteresowanie i uznanie dowództwa. W międzyczasie opublikował swoją pierwszą książkę:„Służba rozpoznania i łączności”.
System skautingowy sprawdził się w Afryce podczas wypraw przeciwko plemionom afrykańskim. Dzięki swym osiągnięciom, Baden-Powell szybko zdobywał kolejne stopnie wojskowe. Po wojnie burskiej, w której brał czynny udział, został awansowany na najmłodszego generała w armii angielskiej.

Rosnąca popularność jego książki „Poradnik skautingu” skłoniła go do zajęcia się głownie szkoleniami i nauką młodych adeptów wojska i policji. Popularność zyskał również wśród młodzieży, która chętnie czytywała jego książki.

To szczególnie na jej szkolenie B-P nastawił się w późniejszych latach. Organizował obozy skautingowe dla młodych chłopców, ucząc ich przetrwani w warunkach naturalnych. Uczył tropienia zwierząt, rozumienia natury, postępowania zgodnie z jej zasadami. Jednoczył młodzież ze sobą. Uczył przyjaznej współpracy między rówieśnikami. Tworzył współpracujące ze sobą, posiadające moralny kodeks, grupy. Stworzył prawo, które opierało się na najważniejszych zasadach etycznych: obowiązek wobec Boga, obowiązek wobec bliźnich, obowiązek wobec samego siebie. Stworzył niezłomny kodeks prawdziwego skauta i bezwzględnie wymagał postępowania według jego zasad od grup jemu podległych.

Idea Baden-Powella ogarnęła cały świat, dotarła również do Polski. To na jej podwalinach oparły się organizacje takie jak organizacja Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, Ruch Etyczny „Eleusis”, a potem Harcerstwo Polskie.

Dzięki skautingowi młodzież na całym świecie mogła w okresie dorastania przeżywać wspaniałe chwile na obozach, zdobywać umiejętności współżycia z naturą, postępowania zgodnego z przyjętym moralnym kodeksem, uczyć się współżycia z rówieśnikami, wzajemnej pomocy. Wszystko w postaci zabawy, na pół serio, doskonale wpajało młodym prawidłowe postawy społeczne, odwagę, prawość , męstwo i przekonanie, że walka o szczytne idee zawsze trwa do końca.

Nigdy nie zapominajmy, ze Baden-Powell obudził w młodzieży drzemiące potężne siły młodego ducha. Ruch, który w polskich warunkach zrodził młodzież, która przekroczyła wszystkie granice męstwa, poświęcenia, odwagi, altruizmu i bratniej miłości w POWSTANIU WARSZAWSKIM.

Burt Munro

Burt Munro na prototypie, źródło : withfriendship.com


Człowiek, który urzeczywistnił, zdawać by się mogło, nierealne marzenia. Legenda Nowej Zelandii. Jego historia z motocyklem „Indian” rozpoczęła się w 1920 roku, kiedy to kupił motocykl po lekkiej kolizji. Chciał go zmodyfikować i udoskonalić. Odtąd przyjaźń człowieka z maszyną trwała bez przerwy do 1978 roku. Była to przyjaźń niezwykła.

Od 1924 roku Munro rozpoczął modyfikację swojego motocykla z przyświecającą mu ideą – stworzyć najszybszy motocykl świata. A jego świat ograniczył się do skromnego warsztatu w Invercargill.

Jego metody udoskonalania silnika były niekonwencjonalne. Z racji niedostatecznej ilości środków do ulepszania motocykla wykorzystywał wszelkie możliwe i dostępne materiały: stare puszki, beczki itp. Wszystko wykonywał sam, metodą prób i błędów.

Pierwotnie jego motocykl mógł osiągać 88 km/h. Początkowo uczestniczył w lokalnych wyścigach motocykli, gdzie zwykle jego występ był swoistą atrakcją.

W związku z jego pasją, zdobywał rzesze przychylnych mu ludzi. Ustanowił rekord Australi Inverlock Beach w Victorii, osiągając 144,84 km /h, który został pobity dopiero w 1977 roku.

Jego występy stały się głośne nie tylko ze względu na prędkość, ale też ze względu na motocykl, którym ją osiągał.
W 1962 roku ustanowił rekord świata w prędkości motocykla o pojemności, poniżej 1000 m3 , wynoszący 288,02591 km/h ten rekord do dzisiaj nie jest pobity.
Dalej w 1967 roku tym samym, ciągle udoskonalanym motocyklem ustanowił Rekord Świata w Stanach Zjednoczonych- 295,45303 km/h. Aby się zakwalifikować do tego wyścigu osiągnął prędkość 305,77536 km/h. Prędkość tę pobito dopiero w 1999 roku modelem dalece bardziej zaawansowanym technicznie i technologicznie.

Burt Munro, skromny i ubogi człowiek z Nowej Zelandii budzi podziw, zachwyt i niedowierzanie na całym świecie. Jak to możliwe, by w tam skromnym warsztacie powstała tak niesamowita maszyna? Co wprowadziło starą konstrukcję „Indiany” w taką nieprawdopodobną szybkość?

Wszystko stało się dzięki sile i pasji jednego skromnego człowieka, który nie patrząc na przeciwności losu, brak pieniędzy, nieprzychylność ludzi, osiągnął cel z bardzo wymiernym rezultatem.
Jego charyzma, skromność zjednały sobie ludzi, którzy zaangażowali się w jego pasję, niosąc mu wszelką pomoc.

Burt Munro każe mi się zastanowić nad jednym:

Czy mamy w sobie dość siły i determinacji, żeby spełniać swoje marzenia i skraplać je w rzeczywistość? Dlaczego wielu z nas tak szybko odpuszcza, rezygnuje, marnieje?

Scipio del Campo



-Śnił mi się dziadek. Tupał na mnie nogą i był wyraźnie zły- zakomunikował mi przyjaciel.
 -Dlaczego był zły?-spytałam.
-Na 1 listopada miałem zapalić świeczkę na grobie Scipio del Campo, a tego nie zrobiłem. Dziadek był jego przyjacielem. Kazał mi co roku palić na jego grobie świeczkę.  Niestety w tym roku nie dałem rady…
-Świeczka, to przecież tylko symbol, a przecież pamiętasz o nim. Nie o świeczkę tu przecież chodzi, a o przyjaźń i pamięć, której w Tobie nie zabrakło.
-Ale dziadek i tak był niezadowolony, więc jadę…
*

Nie można Michałowi Scipio del Campo odebrać tytułu pierwszego pilota Polski, z którego był dumny, choć niektórzy wolą go uważać za pierwszego pilota Rosji.
Jego nazwisko brzmi z włoska, ale był Polakiem. Rodzina Scypia przybyła do Polski z Boną i tu osiedliła się na stałe.
We Francji uzyskał dyplom pilota i odtąd oblatywał wiele nowych maszyn lotniczych w Europie. Był pilotem, konstruktorem, inżynierem o umyśle lotnym jak jego samoloty, utalentowanym tłumaczem wielu języków.
Ukłony i świeczuszka dla Michała Scipio del Campo.

Scypio del Campo, zdjęcie ze zbiorów autora: www.zwoje-scrolls.com/zwoje38/text17p.htm

Iwanow-Szajnowicz

Zdjęcie oryginalne z archiwum domowego. Własność rodziny Zakrzewskich.



„Wysłali mnie Anglicy. W rzeczywistości jednak jestem wysłannikiem tej Polski, która nigdy nie ustanie w walce z waszym najazdem”


Tak odpowiedział postawiony przed sądem okupacyjnym Jerzy Szajnowicz Iwanow, jeśli znany Polakom to pod nazwą Agent nr 1. Do zapoznania się z jego piękną biografią zachęcam i odsyłam pod ten adres:
http://www.rp.pl/artykul/275929,332305.html
. Więcej i ładniej nie potrafię napisać.
Naprawdę warto przypomnieć sobie tak znakomitą i niezwykłą postać. Odsyłam również do filmu, który powstał na kanwie przeżyć wojennych Szajnowicza „Agent numer 1”

Przed wojną Jerzy Iwanow-Szajnowicz był sportowcem, pływakiem. Pływał z niezłym skutkiem i niezłymi osiągnięciami. Tym bardziej jestem z tego dumna, gdyż w reprezentacji Polski razem z Szajnowiczem i innymi wybitnymi sportowcami, pływał mój dziadek-bramkarz.
Poniżej przedstawiam fotografię reprezentacji Polski w waterpolo w składzie:

bramkarz: Jan Zakrzewski Legia Warszawa
obrona: Kazimierz Karpiński AZS ; Adam SzczepańskiPTGN Śląsk ; Oskar Halor EKS Katowic
atak: ? Jankowski EKS Katowice; ? Jędrysek TPGN Śląsk; Jerzy Iwanow-Szajnowicz AZS Warszawa (trzeci z lewej).

Zdjęcie objęte jest prawami autorskimi znajdującymi się w posiadaniu mojej rodziny.

Kusociński


W każdym artykule dochodzę do wniosku, że takich wielkich ludzi już nie ma. Smutne to i mam nadzieję, że jestem w błędzie. Tym razem też nasuwa mi się ta sama natrętna myśl- takich ludzi już nie ma.

Janusz Kusociński- piękna i chlubna postać polskiego sportu i polskiej historii, skromny, wytrwały, pracowity i niezłomny.
Złoty medalista Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1932 r w Los Angeles, dwukrotny rekordzista świata i 25 krotny rekordzista Polski w różnych dystansach.

Był z pokolenia tych, którym wybuch wojny zdeterminował i zniweczył dotychczasowe życie, nierzadko pełne sukcesów i szczęścia.

W czasie wojny podjął czynną walkę z okupantem, za co zapłacił największą i ostateczną cenę.

Wiele biografii jego życia potwierdza, że Janusz Kusociński swoim talentem i charyzmą walczył, przed wojną o pozycję Polski w świecie, a w czasie wojny o jej istnienie w ogóle.
W swoich poczynaniach był niezłomny, tak na bieżni jak i na „Pawiaku”. Zginął w Palmirach w 1940 r., rozstrzelany przez Gestapo po ciężkich, daremnych dla Niemców, przesłuchaniach.
Polecam Go waszej pamięci.

Morihei Ueshiba

Odkąd obejrzałam na żywo staż z Christianem Tissier ( mistrzem aikido), głęboko zastanawiam się nad tą metodą walki.
Twórcą tej zadziwiającej sztuki jest Morihei Ueshiba, który pochodził z rodziny samurajów. Cechowała go siła spokoju, niezłomność charakteru, hart ducha, wytrzymałość i wytrwałość.
Od młodości zajmował się różnymi sztukami walki i doprowadzał je do perfekcji.
Aikido było kwintesencją jego wiedzy na temat sztuk walki, oraz przemyśleń natury duchowej i etycznej.
Postawił sobie za zadanie stworzenie sztuki defensywnej. Uniknięcie walki i rozwiązanie konfliktu w sposób pokojowy, był dla niego rozwiązaniem idealnym. Ciągle podkreślał, że jego sposób walki jest sztuką pokoju. W tym stylu próżno szukać ciosów i chwytów atakujących, są tylko obronne, a siła atakującego zostaje skierowana przeciwko agresorowi.
Fascynujący jest wewnętrzny rozwój, dyscyplina, prawdziwe zrozumienie i świadome otworzenie się na przeciwnika.
Mistrz aikido miewał wizje podobne do wizji świętych, swoisty rodzaj oświecenia. Mówił swoim uczniom- „Zrozumiałem, że jestem Wszechświatem. Dostrzegłem prawdziwą naturę rzeczy. Droga wojownika oznacza manifestowanie boskiej miłości.”
Morihei potrafił przewidzieć ruch przeciwnika. Potrafił znaleźć szczelinę od momentu powstania decyzji o ruchu, do momentu jego wykonania i bezbłędnie zareagować na sam zamiar.

Znana jest anegdota, kiedy to do Ueshiby przyjechał oficer marynarki, mistrz kendo, żeby się z nim zmierzyć. Niestety spocony i zasapany poniósł wielką porażkę, gdyż nie mógł ( drewnianym mieczem) wyprowadzić ani jednego skutecznego ciosu. Mistrz tak skutecznie unikał trafień.
„Aikido należy do wszystkich” to zdanie wypowiedział Ueshiba na łożu śmierci. Prawo do pokoju jest prawem każdego.
Podziwiam młodych ludzi uczących się tej filozofii…