Zaproszenie z 1932 roku

CCF20140630_00000 CCF20140630_00001

Jednego dnia przyszedł do mnie Lonek Faliszewski, kolega z roku. Obaj studiowaliśmy w klasie dramatyczno-filmowej. Przyszedł i od razu, jak zwykle, było śmiesznie. Razem wyglądaliśmy przekomicznie. On wyglądał jak mała kuleczka z okrągłym brzuszkiem. Sięgał mi do piersi. Ja byłem dwumetrowym dryblasem. Na próbach klasyki, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, cała klasa śmiała się do rozpuku. Nie mogliśmy spokojnie skończyć, choćby kawałka z „Dziadów”. Sala zawsze wypełniała się dławionym śmiechem, a profesor zły i czerwony z powodu dużego ciśnienia kazał nam schodzić przedwcześnie ze sceny. Ani mojemu przyjacielowi, ani mnie nie wróżono wielkiej kariery aktorskiej. Chociaż Lonek zawsze był pewny tego, że będzie tak popularny jak Fertner. Gabarytami był do niego bardzo podobny. Miał także w sobie coś z wesołego usposobienia popularnego pana Antoniego.

Tym razem Lonek przybiegł z nowiną, że my, jako adepci sztuki będziemy zaproszeni na doroczny bal aktorów. Trochę nie wierzyłem w rewelacje mojego przyjaciela, który co rusz przybiegał z kolejną nowiną. Pamiętam, że kiedyś przybiegł zdyszany i krzyczał, że przyszedł Osterwa werbować do swojego teatru. Jedna z bardziej wrażliwych koleżanek aż zemdlała z emocji i musieli ją cucić. W końcu okazało się, że przyszedł pan kONSERWAtor uszczelniać okna.

Tym razem Faliszewski był wyjątkowo podniecony. Bił się w piersi i zarzekał, że widział imienne zaproszenia na bal. Postanowiliśmy zobaczyć je na własne oczy.

Lonek zawsze wiedział co gdzie się znajduje, a zaproszenia przez przypadek zobaczył w pokoju dyrektora. Postanowiliśmy sprawdzić prawdomówność naszego kolegi. Poszliśmy pod dyrektorski gabinet. Był zamknięty. Wpadliśmy na pomysł by wykorzystać lekko uchylone okno, które znajdowało się nad drzwiamy.

Kolektyw koleżeński stwierdził, że będę drabiną, bo najbardziej się do tego nadaję. Lonek miał się po mnie wspiąć. I rzeczywiście wszedł mi aż na ramiona. Koledzy śmiali się zamiast pomagać. Ten zaś, na moich ramionach, tak się kręcił, że pomimo mojej siły spadł łamiąc sobie obojczyk. Krzyk Faliszewskiego usłyszał jeden z naszych profesorów, który przybiegł z informacją, że Faliszewski nareszcie uzyskał prawidłową emisję głosu.

Złamany obojczyk i zamieszanie okazało się wcale niepotrzebne, bo zaproszenia były u woźnego. To zaproszenie mam do dziś. Był to mój pierwszy dorosły i wspaniały bal, na którym przyszło mi oglądać najwspanialsze sławy filmu i teatru polskiego. Widziałem wspaniałe kreacje znanych aktorek takich jak Maria Malicka, Lena Żelichowska, czy Mira Zimińska. Podpatrywałem sposób bycia na wielkich salonach. Najbardziej podobał mi się Władysław Grabowski, który bratał się z każdym, bez względu na jego pozycję w towarzystwie. Nawet wypiłem z nim „jednego”. Podziwiałem wielkie indywidualności przedwojennej Warszawy.

Czasem udaję, że tego nie pamiętam. Cudowny czas sprzed wojny głęboko wrzucam w niepamięć, jakby nigdy się nie zdarzył. Nowy świat, w którym się znalazłem po wojnie, to nie był czas dla tamtych ludzi z balu 1932. Nawet nie był to czas mojego przyjaciela Lonka Faliszewskiego, który powołany do wojska w 1939 roku, zginął w pierwszym miesiącu wojny.

Screenshot_2

Zawsze Młoda

Plakat II wystawy TAP „Sztuka”, 1898, modelka Ata Zakrzewska
O tym marzy każda kobieta. 
Młodość wieczna, jeśli taka w ogóle istnieje, tkwi w myśli, duchu, w
ulotnej idei wrażliwego artysty, który potrafi zamknąć w swoim dziele część
przeszłości, cegiełkę młodości szczęśliwej modelki- muzy. Na próżno, drogie
panie,  botoksy, kwasy hialuronowe i
przyjaźń z chirurgiem plastycznym. Warto zgodzić się z tym zawczasu, że zawsze
młoda pozostaje jedynie idea.
Nihilistycznie zaczęłam, choć nie powiedziałam nic nowego, ale,
 co gorsza, mogłam do siebie zrazić tym
brutalnym „intro” płeć piękną. Choć paradoksalnie, miałam na celu zachęcenie, pobudzenie
do łowienia piękna, które nie wyraża się jedynie lustrzanym odbiciem, jawi się
za to urodą duszy pełnej cudownych przymiotów kobiecości.
„Ruda”, Teodor Axentowicz, 1899, modelka Ata Zakrzewska 
Zachwyciły mnie kobiety Młodej Polski, które uchwycone przez
mistrzów, nie imają się czasu i nie boją starości. Zazdrośnie spoglądam na ich
spokojne twarze, szukam ukojenia i rady. Najmocniej przyciąga mnie twarz „Rudej”. Anielsko spokojne oblicze i usta, które zaraz wypowiedzą trująco-słodkie  słowo. Cóż za zbieg okoliczności, że to właśnie
ten obraz przyciągnął mnie w muzeum najmocniej. Modelką uwieczniona na obrazie
jest Ata Zakrzewska. Cóż za ładny zbieg okoliczności. Co Ata chce mi
powiedzieć? Wracam do niej jutro!
Feniks powstaje z popiołów

Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda
Przez las omszałych wieków tajemniczo płynie
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii.
Niech się usta człowiecze zawrzą jak mimozy,
Jak róże, gdy z kapliczki Anioł Pański spłynie,
Jak perskie na księżyca widok tulipany.
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii
Przez ogród moich marzeń przepachnąco płynie
Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda.

Wacław Rolicz-Lieder
Portret Ireny Solskiej, Leon Wyczółkowski
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie w Kamienicy Szołayskich
znajdujący się przy Placu Szczepańskim otworzył, po remoncie, swoje podwoje dla
zwiedzających. Rozpoczął 26.09.2012 uroczystością związana z udostępnieniem dla
publiczności nowej, ciekawej ekspozycji. „Zawsze Młoda!” to wystawa prezentująca
bogaty zbiór obrazów, grafik, druków, rzeźb, rękodzieła, druków, plakatów z
okresu około 1900 roku.
Jan Matejko tworzył wówczas monumentalne dzieła, lecz pod jego surowym skrzydłem rodził się już nowy prąd. Jego wychowankowie krytycznie patrzyli na
twórczość mistrza. Nowe stowarzyszenia artystów, wystawy sztuki oraz
kawiarniane burze głów, owocowały umocnieniem się nowej myśli  artystycznej, której koronne przykłady możemy
obejrzeć w  Kamienicy Szołayskich.
Na wystawie znaleźć można dzieła twórców takich jak:
Stanisław Wyspiański, Leon Wyczółkowski, Jacek Malczewski, Olga Boznańska,
Teodor Axentowicz i wielu innych.
Wystawa będzie czynna jeszcze rok, a więc jest czas na zaplanowanie
sobie wycieczki. Przypominam, że w niedzielę można zobaczyć ekspozycję za
darmo. Wystarczy tylko przyjść. 
Czy znajdziecie na wystawie taki krótki tekst ?
W sztuce jest spokój
W sztuce ukojenie
W sztuce jest życie
W sztuce zapomnienie

Recenzja „Central Park West”

Poniżej zamieszczam recenzję spektaklu, który obejrzałam w środę 28 marca na pokazie przedpremierowym. Sztuka Woody’ego Allena pt. „Central Park West”. 
Recenzja bierze udział w konkursie Teatru 6 Piętro, w którym wystawiona była sztuka, na najlepszą blogową recenzję. Jury spośród ponad trzystu osób wybrało do drugiego etapu tylko sześćdziesiąt jeden. Z sześćdziesięciu jeden prac wybierze najlepszą. Na potrzeby konkursu musiałam ją okroić do trzech tysięcy znaków. Okrojona praca znajduje się na innym blogu, oto adres : 
http://mota.blog.pl/

Ten teatr nie mógł dziś narzekać na brak powodzenia. Sala zapełniła się do cna i tylko dobrej wentylacji można było zawdzięczać fakt, że wciąż było czuć powiew świeżej wiosny od strony sceny.  Przyszła młodzież. Mnóstwo młodzieży. Więc albo ja młodych nie doceniam, albo też Woody Allen ma dar przyciągania tej grupy wiekowej. Jeśli nie dla fenomenu Woody’ego Allena, to publiczność przyszła tu dla wspaniałych nazwisk.  Zapewnienie dobrych nazwisk to połowa sukcesu.  Zatem Joanna Żółkowska, Małgorzata Foremniak, Wojciech Wysocki, Piotr Gąsowski i Julia Pietrucha to strzał w dziesiątkę, jak wyniknęło z frekwencji.

Nowojorski apartament, zaprojektowany w modnych kolorach i stylu Andy‘ego Warhola, projektu Barbary Hanickiej, to miejsce gdzie ludzie pozostawiają swoje lęki, smutki, stresy współczesności, a także psychozy. Pozostawiają je w fachowych rękach Phyllis Riggs, modnej psychiatry, która dzięki trendom współczesności i modzie, zgromadziła niezły majątek pod bardzo ekskluzywnym adresem w Central Park West. Phyllis, jako fachowiec, doskonale sobie radzi z problemami teraźniejszych ludzi. Jest pewna siebie. Zwykła mówić swoim pacjentom: „ Nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę” – marne to pocieszenie w terapii, ale w społeczeństwie wysokiego ciśnienia, presji wewnętrznych kompleksów  i zewnętrznego naporu cywilizacji, pokrzepiającą myślą jest, że coś jednak, „kurwa”, musi się udać. Nic nie potrafi jej zaskoczyć w terapii.  Zdecydowanie łatwiej jest radzić innym, niż dostrzec własne problemy, od których wolałoby się uciec, posiłkując się bardzo mocno wytrawnym Martini. Konfrontacja z rzeczywistością pani Riggs jest nieunikniona, a nawarstwienie błędów sprzed lat, dodatkowo, komplikuje obrót sprawy, ujawniając prawdziwe oblicza naszych bohaterów: łajdaków, alkoholików, neurotyków, seksoholików- osób nieszczęśliwych, których nieszczęściem „primo”  to, z pewnością, zaburzenia relacji międzyludzkich, „secundo” -brak zgody na rzeczywistość,  i „tertio” -głód miłości.

Wiecznie głodnym, a przy tym wspaniale realizującym się w kuchni jest Howard, zdradzony mąż, niespełniony pisarz, topiący swoją bezradność  w alkoholu. Kreuje go Piotr Gąsowski, którego, gdybym nie lubiła, teraz, z pewnością, była bym jego fanką. Człowiek orkiestra.  Działający jak „substancja integrująca” . Wszędzie go pełno;  jego aury, kontroli ciała i ruchu, dowcipu, mocno sugestywnej kreacji postaci.  Aktor na swój sukces przekuwa wszystkie, niekoniecznie aktorskie przedsięwzięcia. Przygoda z tańcem mocno wpłynęła na jego sceniczną świadomość ruchu i ciała, czego szczerze należy pogratulować.

Sam Riggs, mąż pani psychiatry, prawnik, totalny łajdak, prawniczo ważący słowa, postać najbardziej poszkodowana  strzałem w … pośladek;  cyniczny, zimny i znudzony swoim życiem typ. Tak  Wojciech Wysocki zbudował ową postać.  Wspaniała energia aktora, urok, silny głos. Mam słabość do mężczyzn w tym wieku.  Lecz maniera gry przebija się w tej,  jak i w innych kreacjach aktora, która wcale nie przeszkadza, ale jest zauważona.

Carol, filigranowa blondynka, o drobnym problemie z inteligencją. Twór naszych czasów; bogato ubrana, bywająca, snobująca. Małgorzata Foremniak  wzbogaciła postać o dziwną, niepotrzebną choreografię- mocna gestykulacja, chowająca braki  pomysłu na postać.  Jakkolwiek pani Małgorzata jest niewątpliwą ozdobą sceny, wspaniale zgrabną, piękna kobietą, tak ciężar roli pozostaje nieudźwignięty. Głos jej niknie w lewej kulisie, a w scenie z futerkiem-w wysokim kołnierzu. Lewa kulisa w ogóle pochłania głos. Widz umiejscowiony w skrajnym rogu widowni nie jest w stanie wyłowić wszystkich słów kwestii, mimo dobrej dykcji aktorki i natężania uszu. W widowni na pięćset osób, słaby głos to mordęga dla widza.

Juliet to wiosenny powiew ze sceny. Naiwna, skrzywiona psychika młodego dziewczęcia, która stoi u progu ciemnego wiru zepsutych relacji międzyludzkich, a przecież tej niewinności, jak w każdej „bajce”, nic nie może się stać. Julia Pietrucha to cudownie świeże objawienie aktorskie.  Przyciąga uwagę i wzrok, choć ubiór jej jest całkiem szary. Jej magnetyzm polega nie na młodości i świeżości, bo to żadna jej zasługa, a na dużej pokorze w podchodzeniu do kreowania roli. Jest wręcz powściągliwa. Dobra emisja głosu i dykcja pozwala się widzowi zrelaksować. Tak, Julia Pietrucha to rzeczywiście ogromny potencjał.

Phillis Riggs zna regułki związane z radzeniem sobie ze stresem, jednak dochodzi do wniosku, że w zetknięciu z prawdziwym problemem-nie działają.  Moment krytyczny i kulminacyjny wytrzymałości pani  Riggs to początek  energetycznej sztuki Woody’ego Allena. To jak u Hitchcocka apogeum na początku , tyle że uczuć i niepokojów, które wstrzela w nas Joanna Żółkowska.  Doskonale wie jak to zrobić. Jest mistrzynią.  Woody Allen po tylu scenicznych karkołomnych sztukach,  to nie wyzwanie dla jej warsztatu aktorskiego, który, dla szacunku do widza i tak rozwija w pełnej okazałości.  Drobne pomyłki w tekście nie są w stanie zatrzeć tego wrażenia. Dobrą energią otacza wszystkie postaci sztuki, a zarazem gości swojego apartamentu.   Dobrą energią otacza aktorów. Dynamika, mocny głos, szalona wprost werwa zachwyca i stanowi jej mocny atut. Cudownie jest widzieć Joannę Żółkowską w takiej formie. Co z tego Sama Riggs’a za kretyn…

Nowoczesna sztuka Woody‘ego Allena trafia na nasz swojski grunt jako egzotyka, liżąca jedynie jęzorami wszędobylskich mediów tamtejszą, niewyobrażalnie bogatą sferę. Ich problemy nie dotyczą rolników, emerytów, czy zwykłych zjadaczy chleba. To bajka w stylu „Dynasty”. Problemy, na które, zwykły Polak nie ma czasu, a jednak…  Świat kurczy się jak guma na rozgrzanym asfalcie. Globalizacja niesie, zaskakująco pozytywne wartości  zbliżania poziomu kultur.  Reżyser Eugeniusz Korin zdaje się czuć ten nowoczesny trend, podejmując walkę, pomimo obiektywnych, lokalnych i wszem znanych trudności, o stworzenie nowoczesnego  teatru na poziomie światowym. Wszystko zdaje się przemawiać za sukcesem. Świetna scenografia w stylu wspomnianego już Andy’ego Warhola, autorski, mądry, doskonały, nie tracący na dowcipie przekład sztuki, dbałość o szczegóły gestu, formy, słowa.  Dodatkowo kolory działające na zmysły -energetyzujące, wprawiające widza w dobry humor. To dziwne w recenzji sztuki,  ale chce się użyć słowa- moda.   Moda na nową jakość ogólnego podejścia do całości realizacji sztuki, która rzadko stanowi, tak mocno, jedność, w czym niewątpliwie reżyser Eugeniusz Korin ma największą zasługę.

Wybierając nowoczesne, młode sztuki realizacja musi się mierzyć z możliwą realnością zdarzeń, dając widzowi ułudę wnikania w życie bohaterów. Jest to pewnego rodzaju ułatwienie. Wystarczy mocno trzymać się realiów.  Trudnością i wyzwaniem dla reżysera jest abstrakcyjne odejście od realiów i ufiksowanie sztuki w atrakcyjnej, wciąż interesującej przestrzeni. W związku z tym chętnie rzuciłabym wyzwanie obu Dyrektorom Teatru 6 Piętro, jednemu jako reżyserowi, drugiemu jako wspaniałemu aktorowi -„Książę niezłomny”  Pedro Calderona w przekładzie Juliusza Słowackiego.

Czy ten nowoczesny, dobrze radzący sobie teatr, w obliczu głośnych protestów ludzi teatru  przeciwko ograniczeniom funduszy na „kulturę wyższą” poradzi sobie z takim wyzwaniem i czy zapewni sobie równie cudowną frekwencję?


Na zdjęciu Eugeniusz Korin w stylu Warhola. Zdjęcie użyczone z zasobów strony Teatru 6 piętro

Brodziszowie

Czyli miłość nie wszystko wybaczy

Państwo Brodziszowie, zdjęcie ze zbiorów Muzeum Kinematografii w Łodzi

Radom :
Pod hotelem gromadzi się tłum młodych panien. Poczta pantoflowa donosi, że dzisiaj do Radomia przyjedzie Adam Brodzisz. 
  Jedna z dziewcząt miejscowego gimnazjum, córka komisarza policji, podsłuchała rozmowę ojca, w której ktoś z otoczenia sławnego aktora, poprosił miejscową policję o zapewnienie mu spokojnego noclegu.
Zasłyszaną wiadomość uczynna młódka zanosi do wszystkich szkolnych koleżanek, a potem jeszcze do koleżanek koleżanek. W efekcie dwie kompletne żeńskie szkoły stoją głowa w głowę pod hotelem,  nie zważając na pogodę.
Każda z tych dobrze ułożonych panien marzy skrycie nocami o przystojnym amancie, kochając go niewinną, platoniczną miłością, chowając jego fotografię pod poduszką i popłakując sobie z nieszczęścia i samotności.
Dzisiaj, każda z nich ma nadzieję i szansę być jedyną. Każda chce spojrzeć mu w oczy,  uścisnąć rękę, urwać choćby  guzik marynarki. W ostateczności, dostać autograf.
Recepcjonista nie może dać sobie rady, co chwila ociera haftowaną chustką mokre czoło. Do holu wniesiono właśnie zemdloną panienkę, a z zewnątrz dochodzą krzyki, że są jeszcze dwie omdlałe.
Na zewnątrz gwarno i niecierpliwie. Tu i ówdzie wybuchają lokalne kłótnie: o repasację dziury w pończosze, o zadeptane pantofle etc.
Zgromadzenie  kończy brutalnie policjant, nadając donośnym głosem:
-Pan Brodzisz nadał telegram. Nie przyjedzie! Proszę się rozejść!
*
Miesięcznik „Kino”- rubryka o gwiazdach- wiersz afirmacyjny przy fotografii Brodzisza:

„Ty wirujesz  nigdy w rytm foxtrotów,
ani we fraku nie gniesz się w ukłonach,
tęsknisz, jak orzeł do wysokich lotów,
aż tam, gdzie w śniegu lśni się gór korona.
Nie jesteś lalką, bawidamkiem, graczem,
masz proste, szare oczy, szlachetne w wyrazie,
mięknące wtedy, gdy kobieta płacze,
i pełne jasnych wiecznie młodych nadziej.
Męskie masz czoło, otwarte na burze,
walczyć do końca-twój główny obyczaj,
śmiałymi dłońmi bronić się od znużeń
i trwać uparcie przy urodzie życia(…)”
*
1930 rok. Prasa zewsząd donosi, że :
Sławny aktor, ulubieniec żeńskiej części publiczności -Adam Brodzisz oświadcza się i z radością zostaje przyjęty przez  Janinę Kopaczek, znaną publice jako Maria Bogda-najpiękniejsza partia w kraju. Od dawna są w sobie zakochani i nie widzą poza sobą świata. Stanowią idealną, piękna parę. Promieniują radością i szczęściem.
*
W jednej chwili setki tysięcy dziewczęcych serc zostaje złamanych. Wiele zdjęć-podartych. Hektolitry wylanych łez. Ta  platoniczna, niewinna miłość nie wybacza zdrady. Brodzisz przestaje być bożyszczem. Wiele obrażonych na niego kobiet zwraca  swe serca ku mniej przystojnemu, ale za to pełnemu uroku i co najważniejsze, wolnemu, Eugeniuszowi Bodo.

Miesięcznik Kino, 21 grudzień 1930, na zdjęciu Eugeniusz Bodo i Adam Brodzisz
Maria Bogda i Adam Brodzisz stanowili nie tylko piękna parę filmową. Równie zgodny tandem prezentowali w życiu prywatnym. Przetrwali wiele trudnych chwil. Przeżyli ze sobą pięćdziesiąt jeden lat.
Zawodowo również byli nierozłączni. Zagrali ze sobą w filmach: „Bezimienni bohaterowie”, „Pod twą obronę”,  „Glos pustyni”, „Rapsodia Bałtyku”, „Pan redaktor szaleje”, „Kobiety nad przepaścią”, „Bogurodzica”. Oboje skończyli tą samą szkołę filmową, byli zawodowcami, aktorami nowoczesnymi.  Grywali głównie w produkcjach ambitnych, głównie dramatach. Filmach pokazujących życie od strony odartej z blichtru i salonowego fałszu.
Rok trzydziesty dziewiąty, tak jak wszystkim w branży, przerwał karierę filmową i zmusił do wykonywania, z gruntu, innej pracy. Wciąż razem pracowali. Tym razem jako kelnerzy w kawiarni „ Napoleonka”. Brali udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie prowadzili  pensjonat o nazwie „Brodziszówka”. 
Z całkiem zrozumiałej przeze mnie tęsknoty za aktorstwem, próbowali na własną rękę organizować spektakle i występy na wzór teatrów objazdowych. Dojmująca rzeczywistość PRLu przygniotła ich tak bardzo, że postanowili wyemigrować do USA. Tam pozostali do końca życia. Po kilku latach sprowadzono ich prochy do Polski i pochowano na krakowskich Rakowicach.
*
„A gdy kto przyjdzie albo przyjedzie, 

Pomyśli sobie:

Złączona para, złączona para
Leży w tym grobie!” 
                                           Nad Niemnem” E. Orzeszkowa

Jest dzisiaj siarczysty mróz, o godzinie 8: 00, temperatura -20 stopni Celsjusza.  Dość czerwonawo wschodzi słońce. Na rakowickich drzewach z rzadka odzywa się parkowy ptak. Groby pokryte warstwą śniegu. Kwatera Jb-6-3 nieczytelna. W poszukiwaniu Brodziszów zamrażam palce i nos. Tulipan, który przyniosłam upadł i roztrzaskał się o grób. Wrócę tu na wiosnę. Do Państwa Brodziszów.


W notce wykorzystano pamięć autorki, zasłyszane ploteczki starszych ludzi, zdjęcia Muzeum Kinematografii w Łodzi, oraz książkę „W starym Kinie” Stanisława Janickiego, PAW, Wa-wa 1985r.

Tęcza Turnera

Księżyc w nowiu, czyli straciłem łódkę nie będziesz mieć sersa, Wiliam Turner 1840

Jeszcze do 8 stycznia trwa wystawa „Turner. Malarz żywiołów”. Dyrekcja Muzeum Narodowego  w Krakowie zadecydowała, że  w ostatnie dni wystawa będzie czynna  do godziny 20.00, aby wszyscy, którzy jeszcze tego nie zrobili, mogli ją obejrzeć. Wystawa cieszy się wciąż niesłabnącą popularnością. Zachęcam do skorzystania z takiej rzadko nadarzającej się sposobności obejrzenia dzieł światowego formatu.   W przeciwnym razie, prace te będzie można obejrzeć  w Londynie.


„Prezentowane w Muzeum Narodowym w Krakowie osiemdziesiąt cztery prace Turnera, przedstawiające żywioły: ziemi, wody, powietrza i  ognia, pochodzą z Galerii Tate oraz kilku kolekcji angielskich i amerykańskich. Wystawę przygotowało Bucerius Kunst Forum w Hamburgu…” ( broszura MNK).
Są to dzieła z różnego okresu twórczego Turnera, różnego formatu i techniki.  Głównym motywem jednoczącym wystawę jest właśnie motyw żywiołów, którym malarz poświecił wiele swojej uwagi i wnikliwych studiów, posiłkując się przy tym naukami przyrodniczymi, w tym geologią. 
Wiele uwagi w swoich pracach poświęcił obserwacji natury i jej setek twarzy, od pięknych lukrowych wschodów słońca, mgieł, aż po  sztormowe sine fale, czy głębokie jaskinie. Żywiołom oddał właściwy, często groźnie piękny urok, uświadamiając tym samym ich potęgę i oczywistą niezależność od woli ludzkiej.

Wiliam Turner, Wielorybnicy, 1845

  Swoje prace Turner tworzył w niezwykły sposób. Popularny pędzel był dla niego zbyt ubogim i delikatnym narzędziem. Malował rękami, pacami, rozdrapywał, wcierał i polerował. Stąd znany był z odwiecznie brudnych, zaszłych farbą, rąk. Według niego każdy, szanujący się malarz powinien był mieć ręce brudne od farby.
Lubił robić wrażenie na współczesnych sobie odbiorcach, przetrzymując ich w ciemnym pomieszczeniu, zanim zaprezentował im obrazy. Twierdził, że oczy przyzwyczajone do ciemności lepiej odbierają światło bijące z jego obrazów.    
Rozżarzony zachód słońca nieopodal lądu, Wiliam Turner 

Jego studia nad kolorem i światłem, zachwycają. Uwiecznione wizje pełne są niedomówień i sugestii, przez co znacznie silniej działają na wyobraźnię zwykłego odbiorcy.  Niezwykłość obrazów olejnych  polega na genialnym „wyłuskiwaniu” światła i osiąganiu efektu podświetlania, zdać by się mogło, zewnętrznego.

Na uwagę zasługują tu pomniejsze prace Turnera wykonywane zazwyczaj w gwaszu lub akwareli. Są to studia natury i zjawisk atmosferycznych.  To głównie plamy kolorów, maźnięcia jakby od niechcenia. Z pozoru wykonywane szybko i niestarannie.
Wiliam Turner, Tęcza 1820-1830, akwarela

Jak to niestarannie? Prace te wyjątkowo zatrzymały mnie przy sobie. Zwłaszcza niewielka akwarela pt. „Tęcza”.  Analiza plam i celowych maźnięć uruchomiła wyobraźnie i natychmiast przywołała podobne obrazy w mojej pamięci.  Przywołała setki tęcz i podobnych zjawisk przyrody. Sprawiła, że celowe niedomówienia autora, wypełniła moja wyobraźnia.
 Dzięki „turnerowskiej ramie”, fantazja  odbiorcy tworzy niepowtarzalne odzwierciedlenie rzeczywistości zmieszanej z różną wrażliwością i życiowym doświadczeniem oglądającego.

Zachęcam jeszcze raz do obejrzenia tej wspaniałej wystawy dzieł, których ceny na aukcjach osiągają niezwykłe kwoty, a bilety są w wyjątkowo przystępnej cenie i na każdą kieszeń. 
Informacje: Muzeum Narodowe w Krakowie 

Hiszpania w Krakowie

Anna Maria Wazówna , Marcin Kober, Patrimonio Nacional

Lato, może nie gorące, ale za przyczyną wyżu znad Hiszpanii, stało się w  Krakowie wyjątkowo „ciepłe”. Wszystko to za przyczyną wspaniałego pomysłu pokazania Polakom części historycznego dziedzictwa Hiszpanii. W Muzeum Narodowym w Krakowie, właśnie trwa wystawa, jakiej dawno nie było.
Skarby Korony Hiszpańskiej.

Została zorganizowana we współpracy z Patrimonio Nacionale de Espana ( Dziedzictwa Narodowego), a patronat nad nią objęły głowy obu państw- Polski i Hiszpanii.
Zaskakujące jest to, że na plakatach ogłaszających wystawę, których, ku mojej uciesze jest wiele, zaznaczono mocny akcent polski. Zapewnie znalazł się on nie przez przypadek.
Wizerunkiem promującym to wydarzenie kulturalne, jest portret malutkiej Anny Marii Wazówny, siostry Władysława IV, króla Polski i córki Zygmunta III Wazy, króla i ojca Władysława, co zapewne wszyscy wiedzą :-).
Portret ten znalazł się w zasobnych zbiorach korony hiszpańskiej z tego powodu, że ciotka małej królewny, była żoną króla Hiszpanii Filipa III, a zarazem siostrą królowej Polski, a żony Zygmunta.
Wizerunki takie, nie były niczym dziwnym. Utrwalanie latorośli  w tym wieku, było praktyką dość częstą, a nawet pożądaną w rodach królewskich. Pamiętać należy, że był to jedyny sposób utrwalania dzieciństwa, które, jak sami wiemy, tak szybko mija.
Dla Małgorzaty ( królowej hiszpańskiej), musiała być to ckliwa pamiątka.
Prócz tego miłego akcentu, który łechce naszą oczywistą dumę, są inne, na miarę światową, skarby.
Na zbiór wystawowy złożyły się eksponaty z przestrzeni kilku wieków, stylów i dziedzin: zbroje, rzeźby, obrazy, sztuka użytkowa.
Ponieważ moje zdanie jest tylko zdaniem laika, a fachowcy z pewnością wybaczą mi nieścisłości i nieplanowaną ignorancję, jednak po obejrzeniu zbiorów czuję niedosyt. Po tej smacznej zakąsce, ma się ochotę na danie główne. Danie głownie owszem istnieje, lecz w Hiszpanii, a na taką wycieczkę nie wszyscy mogą sobie pozwolić. Z drugiej, jednak, strony, rozumieć należy i docenić starania organizatorów w sprowadzeniu tak cennych zabytków. Przedsięwzięcie jest imponujące.
ECCE HOMO, Tycjan, 1560, Patrimonio Nacional
Całości splendoru dodają malarskie wspaniałości takich mistrzów jak: El Greco, Verones, Tycjan, Tintorett, Zurbaran, Riber, Morales, Velasquez, Goya.
Obcowanie z dziełami tak wielkimi, jest przeżyciem niezapomnianym i wzniosłym. Dotykanie historii, która tworzy świat, zbliżanie się na wyciągnięcie ręki do płócien najznakomitszych mistrzów to nie lada okazja, unikalna i warta obejrzenia.
Gorąco zachęcam do odwiedzenia wystawy, która wciąż trwa. 

Dżem

Tym razem, zwykłe wyjście do sklepu i zakup dietetycznego dżemu, stało się, zupełnie niespodziewanie, wyjściem po sztukę.

Mówię to z uśmiechem, bo jakież było moje zdziwienie, kiedy na wieczku zwykłego „truskawkowego”, zobaczyłam fragment obrazu Jacka Malczewskiego „Eloe z Ellenai”. Rzecz zaskakująca zwłaszcza, że wcześniej tego nie zauważyłam.
 Eloe i Ellenai
1908-1909.
Muzeum Narodowe, Poznań.



Tematyka obrazu jest jedną z cięższych, może właśnie dlatego nie podchodzę do pomysłu entuzjastycznie.
Obie postaci, które Malczewski przedstawił wielokrotnie w swoich obrazach, stworzył Juliusz Słowacki, w romantycznym poemacie „Anhelli”.

 Eloe, to anioł, który urodził się ze łzy Chrystusowej na Golgocie. To także anielica, którą miłość do ciemnego Cherubina, skazała na wygnanie i tułaczkę. To wreszcie strażniczka i opiekunka mogił wygnańców z Ojczyzny, którzy podzielili jej tułaczy los.

 Ellenai, to kobieta zbrodniarka, pokutnica, o którą upominało się piekło. Od potępienia ocaliła ją Eloe, unosząc na swoich skrzydłach.

 Jacek Malczewski wielokrotnie inspirował się poematem „Anhelli”.  Sama postać pokutującej grzesznicy, była dla niego ogromnie inspirująca i ważna. Pełnia człowieczeństwa, świadomość grzechu, potrzeba zadośćuczynienia.  W romantycznej wizji, anielski lot unoszący tkniętą ziemskim brudem duszę, daje nadzieję żyjącym. 

Czy przy takim ciężarze gatunkowym dzieła, który dotyka tematu carskich zsyłek na Sybir, obecność go na wieczku od dżemu jest na miejscu?
 Jestem pełna sprzecznych odczuć. Chęć promowania sztuki kłóci się z obawą przed profanacją. A jakie jest Wasze zdanie?
 Ellenai
1910.
Muzeum Narodowe, Kraków.
 Eloe
1909.
Lwowska Galeria Sztuki.
 Smierć Ellenai
1907.
Muzeum Narodowe, Poznań.
 Śmierć Ellenai
1907.
Własność prywatna.
Śmierć Ellenai
1906-1907.
Muzeum Narodowe, Warszawa.

Malczewski


Jakiś czas temu, w Krakowie, w pomieszczeniach muzealnych Muzeum Czartoryskich, mieszczących się w Bramie Floriańskiej, miała miejsce czasowa wystawa obrazów Malczewskiego pt. „Podszepty sztuki. Jacek Malczewski 1845-1929”.

Ekspozycja obejmowała 60 bardziej i mniej znanych obrazów malarza. Jestem pod ich wrażeniem do tej pory. Większość z nich pochodziła z zasobów muzealnych w Radomiu, ale też i od prywatnych kolekcjonerów.
W pomieszczeniach zaaranżowanych w sposób przemyślany, tak aby widz mógł się zająć jedynie malarstwem, dobrano odpowiednie naświetlenie , wyciszenie i kolor ścian . Sale zaprojektowano tak, żeby dawały wrażenie intymności obcowania z danym dziełem.
Obrazy zostały dobrane celowo, by ukazać akt twórczy artysty. Wiele z nich to autoportrety Malczewskiego, zamyślonego, nieobecnego, ze swoją muzą. Niby ten sam człowiek, ale na każdym obrazie inny, na którego wpływ mają osoby, które go niepokoją, zachwycają, podniecają, intrygują, aż w końcu pobudzają do aktu twórczego.
Niezwykłym jest obcowanie z dziełem tak blisko, oko w oko. Tu każde pociągnięcie pędzlem ma znaczenie. Gry kolorów nie odda żadne zdjęcie.
Jeśli będziesz miał możliwość zobaczyć tą wystawę, polecam. Naprawdę warto.

hr Dzieduszycki

PAP, Andrzej Rybczyński
Wojciech Hrabia Dzieduszycki, piękna, polska, „renesansowa” postać.
Przemiłą aparycją, dobrodusznym spojrzeniem, dużym poczuciem humoru, i dobrotliwym uśmiechem zaskarbił sobie moją sympatię. Miałam to szczęście ten dobrotliwy uśmiech zobaczyć z bliska.
Człowiek o niespotykanej wrażliwości na sztukę. Przed wojną występował jako śpiewak operowy, aktor i dyrygent.
Wojna przyniosła mu bardzo ciężkie doświadczenia, obóz koncentracyjny i karę śmierci, której uniknął dzięki swoim zdolnościom artystycznym ( rozpoznano w więźniu przedwojennego śpiewaka operowego).
Po wojnie skonfiskowano jego majątek rodzinny, ale to nie pozbawiło go woli czynu. Był dyrektorem teatru w Krakowie, potem dyrektorem , jako inżynier, młynów zbożowych we Wrocławiu.
Sławna „Mąka Wrocławska” jest jego dzieckiem.
Po za tym wciąż działał na niwie kultury. Był recenzentem muzycznym i teatralnym, aktorem i autorem tekstów kabaretowych.
Był współorganizatorem Festiwalów Chopinowskich w Dusznikach, fundatorem nagród dla młodych recenzentów, inicjatorem powstania pomnika Chopina we Wrocławiu.

Ostatnie lata życia nie były dla niego łaskawe, choć bardzo godne.
Wyznał w liście otwartym do mieszkańców Wrocławia, że był tajnym współpracownikiem służb i zrzekł się honorowego obywatelstwa.

Było to z jego strony godne, odważne i honorowe wyznanie, które w moich oczach nawet nie przyćmiło tego, jakim był człowiekiem i jak wielkie zasługi poczynił dla kultury polskiej. Tym większy mam do niego szacunek i uznanie.
Zawsze i bez ustanku będzie mnie oburzać to z jaką łatwością ludzie osądzają drugich.

Hrabia Dzieduszycki nie był zimnym pomnikiem. Był człowiekiem z krwi i kości, ale jednocześnie człowiekiem o klasie najwyższej próby.

Odszedł pozostawiając po sobie niezajęte miejsce, bo takich ludzi już nie ma …

Chris Achilleos


-Przecież możesz się z nim spotkać- zamarłam. Jak to możliwe, że ktoś, na którego rysunkach oparłam młodzieńcze marzenia, teraz materializował się.

Jeszcze w szkole podstawowej uwielbiałam rysować i podobno z nie najgorszym skutkiem. Byłam totalnym samoukiem. Opierałam się na kilku ogólnodostępnych książkach do rysunku i na moich ulubionych grafikach- Chrisie i Borysie. Obaj wspaniali plastycy, rysownicy i graficy. Miałam trudny dostęp do ich prac, ale jak już je zdobyłam, to analizowałam każdą mała kreseczkę.

Chris Achilleos, znakomity, artysta grafik i plastyk. Jego prace zdobią cały świat, a najbardziej medialną jest jego współpraca w Hollywood przy filmach takich jak np. Willow, King Arthur, The Last Legion.

Kiedyś w jakiejś starej fantastyce znalazłam piękną amazonkę. Zachwyciłam się nią od razu. Skopiowałam ją sama w bardzo dużym powiększeniu, tworząc obraz 3 D. Moja amazonka miała prawdziwe futro i kolczyki, oko umalowane cieniami, a paznokcie lakierem. Ta amazonka i Chris, byli ze mną bardzo długo w moim amazonkowym świecie.

A teraz mogę się z nim spotkać i powiedzieć, ile dla mnie znaczyl. No i co? Zdziwi się?