Jak napisano „Czerwone Maki”

czerwone Maki

W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.

„Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli „za Polskę się bić”.  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich – mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.

Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:

Czerwone Maki na Monte Cassino

Zamiast rosy piły Polską krew…

Po tych makach szedł żołnierz i ginął,

Lecz od śmierci silniejszy był gniew!

Przejdą lata i wieki przeminą,

Pozostaną ślady dawnych dni!…

I tylko maki na Monte Casono

Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!

W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu.”

 

zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Polski 1942-45, www.kresy-siberia.org

cytat z książki: „Była sobie piosenka” Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

Godzina W

 Już dwa światy, inne życie, inni ludzie, jakże inne problemy.

Serca te same, wciąż młode, buntownicze, zdolne do poświęceń i chcę w to wierzyć.

Po latach tłumionej pamięci i czekaniu na sprawiedliwość historii, ta daje upust swojej racji.

Każdego historia oceni tak, jak na to zasługuje. Kto ma czyste serce, nie zadrży.

Oni nie drżeli.

 

Elegia o… (chłopcu polskim)

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,

haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,

malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,

wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,

gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.

Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,

przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pekło?

Krzysztof Kamil Baczyński

 

Szczęśliwa jestem, że młodzi ludzie o tej dacie tak dobrze pamiętają. Zespół Lao Che poświęcił temu wydarzeniu historycznemu swoją całą płytę Pt. „Powstanie Warszawskie”. Zachęcają młodzież do zainteresowania się tym bolesnym tematem z innej strony. W ten sposób ożywa młody duch, a „Tamci Młodzi” stają się bliscy- teraźniejsi, łatwiej wyobrażalni. To dobrze.

 

Gala Blog Roku 2011

Jechałam do Warszawy z duszą na ramieniu i w wielkim stresie, to chyba rzecz zrozumiała. Moje myśli wciąż urządzały gonitwę, przez co nie mogłam się dogadać ani z siostrą, która mi dzielnie towarzyszyła, ani też sama ze sobą, a najbardziej z włosami, które na tą okoliczność, jak zwykle przy wielkich wystąpieniach, postanowiły protestować.
Podróż przebiegała jak po maśle, a w przedziale spotkałyśmy wspaniałe towarzyszki rozmów, więc  i bardzo szybko. Pomijam już wszystkie logistyczne szczegóły całej wyprawy, ale jedno chcę zaznaczyć: Organizatorzy konkursu zorganizowali wszystko doskonale. Dzięki temu było nie tylko ekscytująco, ale też i komfortowo.
Źródło: AKPA
Gala odbyła się w Centrum Nauki Kopernik. Organizatorzy dołożyli wszelkich starań by impreza odbyła się na jak najwyższym poziomie. I tak właśnie było.  Imprezę, jako prowadzący, uświetnili Anna Maruszeczko i Maciej Orłoś.Wspaniale swobodni i profesjonalni, czego im szczerze, w pewnej chwili pozazdrościłam.
Jaka była kolejność nagradzania, naprawdę nie pamiętam. Kiedy nadeszła pora kategorii „Kultura” dowiedzieliśmy się, że Juror nie mógł przybyć na Galę. Trochę szkoda, bo która z kobiet nie chciałaby spotkać najprzystojniejszego amanta współczesnego kina. 
Pan Żebrowski ogłosił swój werdykt z ekranu telebimu: 
To więcej niż bym mogła przypuszczać w najśmielszych snach. Uczucia, które towarzyszyły mi  podczas tej chwili, zapamiętam do końca życia. Stres, szaleństwo,  ogromna wdzięczność i błogość .
Jeszcze raz ogromnie dziękuję.

Jak przez mglę pamiętam moment wyjścia po nagrodę. Wręczał mi ją Dyrektor Marketingu Grupy Onet- Pan Marcin Skowroński. Serdecznie dziękuję.
Źródło: AKPA
Powiem szczerze, że nie mam bladego pojęcia, co powiedziałam na scenie i chyba wolałabym sobie nie przypomnieć. Stres zjadł mnie kompletnie. Zawsze twierdziłam, że wolę być bezpiecznie schowana gdzieś z boczku. Może to lepiej, że Pan Michał nie widział mojego występu  na żywo. Może by zmienił zdanie…
Źródło: AKPA

Zaraz po zejściu ze sceny zabrano mnie, oszołomioną, do wywiadu i ot efekt:

Z tego wszystkiego nie zrobiłam sobie zdjęcia z trofeami J


Przeżyłam wiele wzruszeń i emocji, poznałam fantastycznych ludzi, którzy żywo zapadli w moją pamięć, choć tak krótko mogłam się nimi nacieszyć.

Poznałam Magdalenę Napiórkowską. Osobę  z ogromną wiedzą o sztuce, profesjonalną w każdym calu, a przy tym tak ciepłą i skromną. 
W trakcie gali dostałam cudownie miły telefon z wsparciem od Justyny Napiórkowskiej, laureatki  dwóch nagród „ Bloga Roku 2010” w kategorii „Kultura” oraz „Wyróżnienie specjalne pozakonkursowe”.  Chyba nie zdążyłam jej zaprosić do siebie do Krakowa, co uczynię jak najszybciej.
Ojciec Leon Knabit, którego miałam zaszczyt poznać i zamienić z nim kilka dobrych, ogromnie życzliwych słów,  to kolejny laureat w kategorii „Profesjonalne”.
Ojciec Leon  to fenomen. Ma dla każdego człowieka dobre słowo.  Jego dobra energia i witalność jest imponująca i przyciągająca. Mam obiecane odwiedziny u Ojca Leona.
Zorka, to kolejny fenomen „Bloga Roku”. To piękna kobieta z piękną duszą. Żałuję, że mogłam zamienić z nią tylko parę słów.  Koniecznie zajrzyjcie w jej blogowy świat. Świat pełen rzeczy człowieczych. Daleki na chwilę, a bliższy niż się każdemu zdaje.
Ola Radomska, to laureatka „Offowych”, niesamowita, szalona, ciekawa, radosna i tak zabójczo inteligentna. W przelocie wymieniłyśmy parę uwag i dobrych życzeń. Cieszę się, że ją poznałam.
Jednym z nominowanych w kategorii „Foto, komiks” był Grzegorz  Stykowski. Mocno mu kibicowałam. Chciałam mu podziękować, za słowa otuchy i dopingu,  ale jakoś nie miałam okazji. Dlatego teraz dziękuję mu za wiarę we mnie. To bardzo mi pomogło.
Pani Niteczka to świetna dziewczyna. Wybrała ją Martyna Wojciechowska w kategorii „Moje zainteresowania i pasje”. Rzeczywiście, dziewczyna zamieniła swój trudny los na pasję. To cudowne, posiadać taki dar i nie poddawać się. Moja rozmowa z nią przy piątkowym śniadaniu dała mi wiele do myślenia. Zastanawiam się, dlaczego ludzie więcej we mnie wierzą niż ja sama. 

Z pociągu

Dopiero dzisiaj zrozumiałam, jaki komfort ma bloger. Siedzi sobie wygodnie za komputerem. W tle ulubiona muzyczka, w schowku przygotowane zdjęcia, w głowie plan.
Bloger, sufler schowany w swojej budce, rzucający ciche hasła, zasłaniający się drewnianym parasolem.
Na żywo jest o wiele trudniej pozbierać myśli, słowa i ogrom haseł, które tłoczą się i chcą wyjsć na raz. 
„Non, rien de rien” ( Niczego nie żaluję) pomimo tego, że zawsze może być lepiej.
 Nie żałuję, bo przeżyłam wspaniałe chwile dzieki innym, wspaniałym ludziom, których dane mi było spotkać na tej Gali. (jeszcze o Nich napiszę)
Jestem szczęśliwa.
Dziękuję wszystkim za dobro, które mnie spotyka. Każdy komentarz, każde ciepłe słowo trzymające mnie przy mojej „fix idei”, płynące od czytelnika, zawsze powodowało, że przedłużałam istnienie tego bloga o następny miesiąc i rok.

Dziękuję Jurorowi Panu,
Michałowi  Żebrowskiemu za wszystkie piękne słowa skierowane w moją stronę.
Jestem ogromnie zaszczycona. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to prawda.
*
Siedzę w pociągu i glupio się uśmiecham. Zmęczeni ludzie obserwują mnie z podejrzliwościa. Tyle teraz mówi się o różnych, okropnych wydarzeniach na świecie, a ja…wstyd,  po prostu jestem szczęśliwa. Dziękuje! 

Ps.
To jednak prawda, że najlepiej odbija się od dna.

Nostalgia świąt

Wiedeń 26 grudnia 1830

Wiedeń. Dzień Bożego Narodzenia. Niedziela rano.
Przeszłego roku o tem czasie byłem u Bernardynów,
dzisiaj w szlafroku sam jeden siedzę, pierścionek gryzę i piszę.


Najukochańszy Jasiu!
(…)-Wiesz, żem istota najniezdecydowańsza w świecie, i raz tylko w życiu dobrze wybrać umiałem. Mój boże, ona i siostry choć szarpiami mogą się przysłużyć, a ja-gdyby nie to, że ojcu może teraz ciężar, natychmiast bym wrócił. Przeklinam chwile wyjazdu, -i przyznaj, znając moje stosunki, że po odjeździe Tytusa za wiele razem na głowę mi spadło. Wszystkie obiady, wieczory, koncerta, tańce, których mam po uszy, nudzą mię; -tak mi tu smętno, głucho, ponuro- lubię ja to, ale nie w tak okrutny sposób. –Nie mogę czynić jak mi się podoba, musze się stroić, fryzować, chossować; -w salonie udaję spokojnego, a wróciwszy do domu piorunuję po fortepianie.-Z nikim poufałości, ze wszystkimi grzecznie obchodzić się muszę. Mam ludzi, co mię niby lubią, co mię malują, mizdrzą się, przymilają i cóż mi po tym, kiedy pokoju nie mam, chyba, jak sobie wszystkie wasze wydobędę listy, otworzę widok Króla Zygmunta: na pierścionek spojrzę. (…)

Fragment listu Fryderyka Chopina do Jana Matuszyńskiego „korespondencja Fryderyka Chopina.” Tom I, 1816-1831, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego 2009


Wszystkim czytelnikom życzę wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia. Niech chwile spędzone przy wspólnym, rodzinnym stole będą przyczyną dobrych wspomnień na całe życie. Momentami, do których wraca się w chwilach zwątpienia. Samotnym posyłam szczerą myśl pokrzepienia. Niech to będą ostatnie samotne święta.

Reminiscencje 11.11.11.

„-oni sami śpią na wieki, ale uczucia ich i myśli krążyć nie przestają w przestrzeni i płonąć w powietrzu, aż wejdą znowu w żywych, młodych, silnych, kochających ziemię i ludzi!”

 Nad Niemnem, Eliza Orzeszkowa



Tu wszystko stoi w miejscu, nawet czas. Wyhamowuje przed wiekowym portalem i cierpliwie czeka, aż znowu zagubiony w świętym przybytku człowiek, pojawi się. Tak jest w Katedrze Wawelskiej.
Miejsce to szczególnie mocno uzmysławia trwałość i stabilność świata i kruchość ludzkiego bytu. Tu mieszkają wieczni uciekinierzy, którzy czas oszukali na długo, a może i na zawsze. Wśród ich duchowej obecności chce się przebywać. Łykać kęsy ich wieczności, ocierając się tym samym, niemal cieleśnie, o historię.
Msza za Ojczyznę pośród królów i bohaterów narodowych to chwila, na którą można czekać, nie godzinę, ale kilka, bez znużenia.
*
W katedrze gęstniał tłum. Szmer, szuranie, czasem kłótnia, towarzyszyły kompresji wiernych. Donośny dźwięk Zygmunta stłumiał, ruch i głosy, wprawiał w letarg żyjących i…
 Budził tych co na mszy powinni się stawić. W tej rozpachnionej kadzidłem atmosferze, niemal materialnie odczuwało się obecność osób, których stopy dawniej, ścierały pastowaną na dziś posadzkę. Uwierzyć trudno, że godne szczątki króla Władysława Jagiełły pół metra oddalone, celebrowały tę mszę wraz ze mną.
 Wiele osób słuchając dzwonu, przymykało, w tym momencie, zbędne oczy. Każdy chciał poczuci się sam. Sam na sam z historią. 
Uczucia, myśli naszych bohaterów krążyły wśród nas, wezwane złamanym dźwiękiem Zygmunta. Głosem tak charakterystycznym i donośnym, że usłyszeli go pośród szumiących wód Styksu. Wrócili przywołani.
Choć serce dzwonu jeszcze nie pękło.Czas obudzić się drodzy!

*
W szale współczesnej komercji, wojny poglądów, topnieniu szlachetnych idei, karykaturalnej moralności, to miejsce otuliło mnie spokojem i odgrodziło od teraźniejszości.
Teraźniejszości, w której zwykłemu człowiekowi, źle się dzieje. Przez kolorowe okulary, które ktoś założył mu na oczy, coraz jaskrawiej prześwieca prawdziwa rzeczywistość. Nie wystarcza już sprytna manipulacja socjotechników, aby biedak czuł się luksusowo. Nie wystarczy medialna papka i zlepek bzdurnych ogłupiaczy, podanych z uśmiechem słoneczka. Wszystko się wali, bo ze zwykłego człowieka ostatnia kropla soku właśnie wypływa. Na niej, nie pożywi się już żaden ogromny Echinococcus.
*
Ile jeszcze drogich Ci rzeczy sprzedasz bliski mi człowieku? Co zrobisz, gdy one się skończą? Sprzedasz swoją duszę?
*
Wieczorem tego samego dnia na Rynku krakowskim, odbyła się „Lekcja śpiewania”. Pomimo przejmującego zimna, było mnóstwo osób. Były także dzieci. Śpiewano wiele wspaniałych pieśni legionowych i powstańczych. Publiczność śpiewała głośno i żarliwie. Zwłaszcza: „Pieśń Legionów” i „Rozkwitały pąki białych róż”. Widziałam łzy, radość, na twarzach młodych i starszych, zdziwienie w oczach dzieci. 
To była dla nich wielka lekcja. I dla mnie skarcenie, że czasem w Was wątpię.

Modlitwa

FOT. MHF

Boże, Rządco i Panie narodów,
z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać,
a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej,
błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna,
chwałę przynosiła Imieniowi Twemu
a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże,
spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom
i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej,
byśmy jej i ludowi Twemu,
swoich pożytków zapomniawszy,
mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje,
rządy kraju naszego sprawujące,
by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym
mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen


Ksiądz Piotr Skarga

Rondo di vita

Codziennie rano, gdy idę do pracy, moje kroki wymierza Rondo Vivace z Koncertu e-mol Fryderyka Chopina, przerywając bezustanny nawał szeregu cyfr w myślach.
 Radosna miarowość sprawia, że po raz pierwszy tego dnia, uśmiecham się. Obcasy stukają jak metronom, prowadząc dialog z mistrzowskim *rubato.

Blade mijające mnie twarze wyrażają oczywiste zdziwienie na widok mojego uśmiechu. Zaszywam się w kąt autobusu, zgniatając czoło szybą, nie chcąc być świadomą dalszej części pojazdu.

Znam każdą nutkę utworu na pamięć. Delektuję się dźwiękami na śniadanie, łykając każdy dźwięk miarowo lecz bez pośpiechu. Prysznic mistrzowskiego *legato, kojąco łagodzi mus rannego otwarcia oczu. Tu i ówdzie zaakcentowałabym mocniej, tam kazałabym przestać dławić dźwięk, choć z wirtuozem sprzeczać się -niedorzeczne i aroganckie. Przystanek za przystankiem, pasaż za pasażem.

Kierowca czeka na biegnącego, zadyszanego staruszka. Uśmiechamy się i z wdzięcznością patrzymy na kierowcę, ja i staruszek. Jedziemy dalej, ja i Chopin. Deszczowe chmury przebija czerwonawa łuna wschodzącego słońca.
 Przez słuchawki docierają strzępy zwykłych rozmów. Przeszkadzają, ale nie aż tak, bo przecież Chopin i ten wschód. Cudownie. Znów legato. Dojeżdżamy.

Rondo życia, które stawia człowieka w bezpiecznej powtarzalności, sprawia, że może nikłe, ale zawsze, poczucie bezpieczeństwa, staje się składnikiem szczęśliwości, stabilizacji , pewności jutra i wspólnego poranka z Rondem Vivace.

Tak rondo codzienności  każdego z nas wprawia  w ruch. Cudownie jest nazwać je Rondem di vita, z muzyką Chopina w tle. Gorzej, gdy ku rozpaczy samego siebie nazywasz je -kieratem.

W październiku mija rok od czasu, gdy odnalazłam podobnych do mnie wielbicieli muzyki Fryderyka Chopina.
 Okazja do tego był kończący się konkurs chopinowski.
 Nasze forum- „Kurier Szafarski” wciąż wzrasta, przyjmując nowych użytkowników. Przypomnieć tu należy artykuł 
http://wyborcza.pl/1,75475,8584876,Fejs_Fryderyka.html
, który ukazał się zaraz po zakończeniu Konkursu Chopinowskiego w 2010 roku.
Żelazowa Wola w XIX/XX wieku

* legato -techniką artykulacji w grze na np. fortepianie, w której kolejne dźwięki są grane płynnie, bez najmniejszych przerw.
*rubato- chwiejność tempa w utworze muzycznym. Skracanie lub wydłużanie dźwięków tak by na przestrzeni frazy był zgodny z oryginałem.


Źródło zdjęcia: 
http://www.ruchmuzyczny.pl/PelnyArtykul.php?Id=752

Fińskie rokastaa

Woda była moim żywiołem. Pływałem w waterpolo w czasach polskiej świetności tego sportu, mimo oczywistych i obiektywnych trudności, z jakimi wiązała się ta dyscyplina. Wytrzymałość, siłę i zwrotność trenowałem w Wiśle. Wiślane maratony były moją specjalnością. Walka z żywym nurtem rzeki i zdradliwymi wirami, była najlepszym treningiem. Plaże Wisły były salonem spotkań świetnych ludzi. Widywałem tam nawet Adolfa Dymszę. Mecz w basenie był już tylko przyjemnością.
Waterpolo cieszyło się dużą popularnością, miało swoich kibiców, zwłaszcza w rozgrywkach międzyklubowych. No i oczywiście na meczach międzynarodowych.
Jednym z najbardziej niezapomnianych był mecz naszej reprezentacji z Finlandią 28 lipca 1938 roku.
Do reprezentacji selekcjonował nas Kapitan związkowy Polskiego Związku Pływackiego. Z początku skład wyglądał tak:
 bramka-Zakrzewski (KSZO), obrona Halor(Giszowiec), atak Jankowski (EKS), Iwanow (AZS), Karliczek (EKS) i rezerwa Madej (Giszowiec). 
Wspaniali, wysokiej klasy zawodnicy, jak jeden mąż.Łatwo było dogadać się w nowej grupie. Nie była ona znowu taka nowa. Znaliśmy się z krajowych rozgrywek, z klubów, w których grywaliśmy. Znaliśmy swoje możliwości i słabe strony i powiem, że była to grupa wyjątkowo dobranych zawodników, nie tylko pod względem warunków fizycznych, ale także pod względem inteligencji, rozumienia taktyki i podświadomego wyczuwaniu drużyny.
Z pierwotnego składu wypadł nam Karliczek, a zastąpił go w ostatniej chwili, zwinny Szczepański. Trochę żal, bo Karliczek, był wzorem zachowania sportowego i dyscypliny. Na ten wyjazd zapracował jak nikt.
Do występu trenował nas przybyły przed rokiem do Warszawy z Węgier, wysokiej klasy trener, Rayki. Trenowaliśmy z nim już wcześniej na zgrupowaniach przygotowawczych do reprezentacji.
Mieliśmy dużo zapału i werwy. Pomimo, że pochodziliśmy z, na co dzień, rywalizujących klubów, nasze koleżeństwo było niewątpliwie szczere i godne sportowców. Bardzo lubiłem swoich kolegów także prywatnie. Ciągle przychodziły nam do głowy wesołe pomysły.
Płynęliśmy do Finlandii statkiem, razem z koedukacyjną drużyną skoczków, co mnie niezmiernie cieszyło, bo wśród nich miałem miłe koleżanki. 
Warszawskie baseny nie umywały się do tych helsińskich- Uimahalli. Rozmach, projekt, no i temperatura, idealna, choć ja wolałem bardziej zimną-wiślaną. 
Bardzo radowały mnie zwyczaje Finów, które pozwalały pływakom na treningach, całkiem legalnie, pływać bez obowiązującego, u nas, stroju kąpielowego. Nasze dziewczęta, były przerażone. My rozradowani. Niektórzy nawet chcieli spróbować.
 Finowie, byli wytrzymali, odporni, zwinni. Płuca mieli jak kowalskie miechy.
Bankiet, który zaserwowała nam strona fińska po wyrównanym, choć trudnym meczu, był jak królewskie przyjęcie.  W Przeglądzie Sportowym wyczytałem:
Pląsy rozpoczął olbrzym Zakrzewski, wywijając w powietrzu małą Finką, zwyciężczynią w skokach wieżowych, Hilee Grasten (..)”
Żeby zaraz olbrzym. Dwa metry to znowuż nie tak wiele. Mój wzrost w tym sporcie miał swoje zalety, zwłaszcza jeśli się „stało” na bramce. Ramiona miały większy zasięg. Trudniej było przeciwnikom wbić mi „gola”.
Powrót z Helsinek obfitował w wydarzenia mniej spektakularne, o czym znów napisała „Przegląd”:
„ CHOROBA MORSKA. Na drodze powrotnej z Helsinek do Tallina morze „bujało” porządnie. Lwia cześć drużyny polskiej pojechała skróconą drogą do „Rygi”.
Pierwszy rozchorował się bramkarz Zakrzewski, oddając honorowy wystrzał śniadania roztoczom Bałtyku. Inni poszli za jego przykładem. Statek był przepełniony do niemożliwości. Waterpolista Karpiński stanął na pokładzie niczem policjant na posterunku i kierował ruchem „chorujących” rozdzielając odpowiednio miejsca przy balustradzie statku (…)”
Dalej lepiej nie cytować, bo to mogłoby pociągnąć konsekwentne continuum tamtego wydarzenia. Jednak tamte wydarzenia humoru mi nie zważyły.
Wyprawa do Finlandii, zapadła mi w serdeczną pamięć i nawet wojna nie była w stanie zatrzeć tego odczucia wspaniałej radości i beztroski.
Z większością kolegów z reprezentacji widywaliśmy się i rywalizowaliśmy jeszcze po wojnie. Niektórych ta zawierucha sprzątnęła. Tak było też z Iwanowem, bardzo przystojnym,młodym,  wesołym, świetnym kolegą.
 Z fińskiego pamiętam tylko jedno słowo, które Polakom tak bardzo przypadło do gustu: „rokastaa, rokastaa”, co znaczy: kocham, kocham.

24 grudnia 1939 roku

W tym roku noc Wigilijna wypadła w niedzielę. Dzisiaj wszyscy by się cieszyli, mając w perspektywie dodatkowe dwa dni wolnego. Wtedy nie miało to żadnego znaczenia.
Śnieg zalegał na ulicach i chodnikach. Z przyzwyczajenia dozorcy wykonywali swoje codzienne obowiązki, odśnieżali, wymiatali… Wojna, w czwartym miesiącu jej trwania, coraz bardziej rozpychała się po ulicach, niszcząc wszystko dookoła,  swoim zwyczajem.
Smutna rzeczywistość w tym dniu, na chwilę, przestała mieć śmiałość wdzierać się w serca Polaków. Na jedną marną chwilę, zapomnieli o tym, co już nastało i szczęśliwi, nie wiedzieli, co nastanie.
Warszawscy aktorzy, wieczór wigilijny spędzili w podziemiach „Cafe –Clubu”. Zeszło się gości nie mało. Pięćdziesięcioro aktorów i  drugie tyle zaproszonych gości. Prawie cała grupa Jaracza. Najbardziej znanego aktora teatralnego w Polsce.
„Nastrój nierówny. Maskowana uśmiechem nerwowość, zdradzająca dokuczliwą świadomość klęski, o której się nie mówi, ale o której ani na chwilę naprawdę zapomnieć się nie da.
Wieczerza wigilijna- nie bez wódki. Jaracz nie pije. Komuś dziwiącemu się tłumaczy po prostu, że od pierwszego dnia okupacji poprzysiągł sobie, że nie weźmie wódki do ust póki nie będzie końca temu wszystkiemu!”
A świat z czasem pod rękę poszedł dalej. Mijają pokolenia i ludzie mijają, a TEN dzień jak co roku, wstrzymuje na chwilę przemijanie. Zostawia nas samych ze swoimi małymi kłopotami i problemami i daje szanse, abyśmy zobaczyli ich prawdziwe miejsce i sens.

Ci, którzy umieją dostrzec swoje szczęście w każdej sytuacji, którzy optymistycznie patrzą naprzód, są zawsze wygrani.
Wszystkim targanym troskami i codziennymi smutkami, życzę optymizmu, a każdemu z Was, spokoju ducha i prawdziwej miłości, która zawsze jest najważniejsza.
Niech święta skłonią Was do zadumy nad prawdziwym sensem życia, a wynikiem zadumy niech będzie prawdziwe szczęście.

Cyt. Tomasz Mościcki „Teatry Warszawy 1939. Kroniki”, Bellona, Warszawa 2009

Tobie, mnie, nam

Wrócę do Polski, i znów będą wrześnie,
będą spadały z drzew grusze i śliwy,
w niebo popatrzę i będzie boleśnie:
pod słońcem września nie będę szczęśliwy.

To słońce stało ponad horyzontem,
błogosławiące wrogim samolotom,
to słońce biło nas żelaznym frontem,
dział hukiem, czołgów złowrogim łoskotem.

A czołgi w bagnach wyschniętych nie grzęzły,
szły armie, szybsze niźli polski piechur,
bomby waliły w kolejowe węzły,
płonęły miasta, rzucane w pośpiechu,
szli Niemcy…
Któż to niegdyś wstrzymał słońce?
Czemu nie zgasło nad warszawską bitwą?
Ono świeciło – okrutne, palące -
w oczy żołnierza, który trwał i wytrwał.

Słońce wspaniałe!… Słońce nad Warszawą,
nad Westerplatte, nad Helem, nad Kutnem,
wschodzące krwawo, zachodzące krwawo,
nie nasycone widokiem okrutnym!

I już go odtąd nie ujrzę inaczej
niż w krwi oparach, brzemienne przekleństwem,
w dymach ze stosu męstwa i rozpaczy,
rozpaczą krwawe i promienne męstwem.

O słońce! Słońce Września! Miną lata,
zdeptany będzie przez Prawo łeb węża,
może we wrogu odnajdziemy brata,
może sercami będziemy zwyciężać,

może tak będzie… Ale słońce Września,
dni naszej chwały i krwi, i cierpienia,
przeklęte będzie w legendach i pieśniach,
aż nowe wzrosną po nas pokolenia.

Władysław Broniewski „Słońce września”

Park Jordana

Park Jordana, ten najsłynniejszy w Polsce, był częścią koncepcji znanego i cenionego działacza, społecznika, krakowskiego lekarza ginekologa- Henryka Jordana. Jordan to niepospolita osobowość krakowska, z której działalności, pomysłów i realizacji korzystamy po dziś dzień. Ogólnym założeniem jego koncepcji było stworzenie parków zabaw dla dzieci i młodzieży dla podniesienia słabej kultury fizycznej w społeczeństwie.

Był to ewenement nie tylko w skali Polski. Takich parków nie tworzono jeszcze nigdzie. Zważywszy na fakt, że Polska była w niewoli, Jordan musiał liczyć się z wieloma przeciwnościami i oporem władz, które nie były chętne wzbogacaniu jakiejkolwiek kultury w narodzie.

W 1888 roku H. Jordan wystąpił do Rady Miejskiej w Krakowie z wnioskiem o przyznanie mu miejsca na Błoniach krakowskich, w celu zorganizowania, własnymi siłami i kosztem, parku dla dzieci i młodzieży. Uchwałą Rady Miejskiej w 1889 roku przyznano doktorowi 8 hektarów , które zagospodarował według własnej koncepcji.
Rada Miejska w uznaniu zasług dr Jordana, nadała parkowi imię –twórcy kompleksu- Henryka Jordana. Funkcjonuje ono po dziś dzień.
W ogrodzie zabaw znalazły miejsce place do zabaw zręcznościowych dla młodzieży, do gry w piłkę, korty tenisowe, miejsca z przyrządami gimnastycznymi. Nasadzono rozmaite drzewa i wytyczono aleje. Do roku 1914 umiejscowiono wzdłuż alejek popiersia najsłynniejszych Polaków, patriotów, poetów, działaczy społecznych. Wiele z nich stoi do tej pory dzięki Kazimierzowi Łuczywo, który uratował je przed dewastacją wojenną.

Oczywistym jest, że park nie pełnił roli jedynie rekreacyjnej. Był on kolebką przyszłych patriotów, żołnierzy, którzy pod okiem kamiennych, sławnych Polaków hartowali ciało i wzmacniali złamanego polskiego ducha. Aż dziw bierze, że takie przedsięwzięcie nie wzbudziło żadnych podejrzeń ówczesnych władz, że pozwolono na realizację tak patriotycznego projektu.
Pierwotną funkcję, tą bardziej oficjalną, Park Jordana pełni do dziś. Jest piękny i wspaniale utrzymany. Popiersia sławnych Polaków rosną ku mojej ogromnej radości. Krakowianie z wielkim upodobaniem wybierają na spacery właśnie to miejsce. Ja również.

Prowadzam tu swoje dziecko, jeździmy na rolkach. Realizujemy projekty, które same sobie wymyślamy np. dzisiaj szukamy wśród pomników ludzi literatury Polskiej i znajdujemy: Mickiewicz, Kochanowski, Niemcewicz, Słowacki itp., albo samych duchownych, albo naukowców. Dziecko ma za zadanie znaleźć, a mama musi opowiedzieć o nim choć kilka zdań. Tak musi być, tak powinno być.

Zapraszam Was wszystkich do Parku Jordana po łyk dawnych czasów, zdrowego powietrza i atmosfery, którą oddychał dawny Kraków. W Jordanówce dają pyszną kawkę i podobno najlepsze „Hiszpany” w Krakowie









Bzowa Babuleńka

Będąc dziewczyną w bardzo poważnym wieku, lat szesnastu, wpadłam wraz z koleżanką na pomysł całkiem zwyczajny, jednak zwyczajny w wieku ciut młodszym. Był maj, cudna roślinność, bzy, konwalie, trochę deszczu, tak jak teraz.Postanowiłyśmy we dwie, że wybierzemy się na bzy.

Ponieważ same nie posiadałyśmy ogródka, a więc i krzaka bzu na własność, zrozumiałym jest, jaką formę pozyskania bzu wybrałyśmy.
Niedaleko szkoły był sobie stary, drewniany domek. Wydawał się opuszczony, zaniedbany, mocno starawy. Roślinność wokół niego, wybujała, puszczona samopas, rosła planem znanym wyłącznie naturze. Bzy pachniały upojnie, a gałązki konwalii aż gięły się pod ciężarem kielichów. Bardzo kuszący był to widok.

Przechodzenie przez siatkę nie sprawiło żadnych problemów, rwanie kiści bzu również.
Zajęte robieniem bukietów, nie zauważyłyśmy, że w drzwiach domku stoi staruszka. Wyglądała całkiem zwyczajnie- jak babcia. Miała zawiązaną chusteczkę na głowie, stary serdaczek, za duże trepki i laskę. Stało cicho i z uśmiechem się nam przyglądała. Można sobie wyobrazić jak głupio wyglądałyśmy, zastygłe w ruchu, z bukietami w dłoni. Tylko kolor zmieniającej się twarzy, z bladej na purpurę, świadczył, że całkiem nie skamieniałyśmy.

Staruszka stała i wciąż nam się przyglądała z uśmiechem, uśmiechem pełnym dobroci i wyrozumiałości, a nawet radości ze spotkania.Zaprosiła nas do siebie.

Wchodząc do jej domu, zdawało się nam, że przeniosłyśmy się w czasie o sto lat wstecz. Sprzęty, wystrój był ubogi i bardzo stary. Te sprzęty musiały pamiętać XIX wiek. Staruszka okazała się być bardzo samotną, opuszczoną kobietą, a nasze odwiedziny przyjęła z wielką serdecznością. Tym bardziej było nam wstyd.

Nie sposób jest zapomnieć jej pozytywnej energii i dobroci, którą nas obdzielała, jakby błogosławieństwem. Była nie z tego świata. Wciąż nie mogę zrozumieć czemu los skierował nasze kroki w tamtą stronę … Czy może Opatrzność kierowała naszymi krokami, abyśmy mogły sobie pomóc nawzajem?

Od tamtego wydarzenia odwiedzałyśmy naszą babcię, przynosząc jej aktualnie kwitnące kwiaty, zdobywane na targu. Robiłyśmy zakupy, coś tam pomogłyśmy, ale bardzo krótko.

Nasza Bzowa Babuleńka szybko zmarła. Dowiedziałyśmy się o tym od jej rodziny, która porządkowała jej malutki domeczek.

A teraz po ponad dwudziestu latach, nie ma jej domku, nie ma tych upojnie pachnących krzaków bzu i jej cudownie pobłażliwego uśmiechu, kiedy psociłyśmy..

Dzisiaj tam jest parking i beton- nie tylko na ziemi.
Dlatego nasza pamięć jest taka ważna.

Dzięki Majowej Babci przypomniałam sobie o mojej Bzowej Babuleńce…

Halina Martin

„Here is a corner of an English field
That is for ever Poland”

Oto zakątek Anglii,

który na zawsze pozostanie Polską.

Nie posiadam się z dumy i radości. Mojego bloga, a tym samym mnie, odwiedził bardzo zacny gość, wydawca książki ze wspomnieniami Haliny Martin :”Nic się nie dzieje bez przyczyny”, Przypadek albo przeznaczenie” i autor wstępu do obu pozycji, Pan Marian Miszczuk.

Pisałam już o tych książkach TU.
Osoba Haliny Martin na stałe zajęła miejsce w moim sercu, choć jej nie znałam.

My czytelnicy, poznaliśmy ją dzięki Pana pomocy i pracy, za co serdecznie dziękuję, jak również za wizytę.

Proszę być pewnym, że jeszcze wiele osób namówię do przeczytania tej książki.

( „Nic się nie dzieje bez przyczyny”, Warszawa 2008, Wyd I, TOMIKO)

Zielone ręce

Młoda Polska to okres wspaniałego rozkwitu. To czas wspaniałych, eleganckich mężczyzn w dobrze skrojonych garniturach, kapeluszach. To czas cudnych kobiecych galanterii.
W latach trzydziestych lubiano się podobać szykiem i wytwornością.

W tą atmosferę wpisywał się również mój szanowny dziadek. Szalenie przystojny i elegancki mężczyzna. Potomek ziemian, lecz żyjący skromnie z pracy swoich rąk. Maniery i dobre wychowani, jak i zamiłowanie do elegancji pozostały.

Nie zrezygnował z nich nawet wtedy, kiedy nastała wojna i trzeba było kryć się przed Niemcami. Nawet wtedy, kiedy przyszli go aresztować, nie zrezygnował z misterium wiązania krawata. Przez to, nie zdążył uciec i zapakowano go w garniturze, pod krawatem do bydlęcego wagonu.

Lecz, to nie był jego czas. Z transportu zwalniano wszystkich wykwalifikowanych pracowników zakładów zbrojeniowych. Był ślusarzem. Puszczono go dzięki zdolnym rękom. W tym trudnym wojennym czasie było to prawdziwe szczęście. Tym większe, że musiał się troszczyć o żonę i dwójkę maleńkich dzieci.

Wojna przeszła. Czasy stał się bardziej spokojne, lecz zupełnie inne. Zręczne ręce, zaradne, wciąż pracowały, wiązały krawat co dnia z tęsknotą i melancholią.
W jego rękach kryła się jeszcze jedna tajemnica, odwieczny i wrodzony „głód ziemi”.

Jego mały ogródeczek przy skromnym mieszkanku stał się dla niego całym światem. Czarował ten kawałek ziemi przez wiele lat, a ona rodziła mu wdzięcznie to co jej nakazał. Każda grządka miała swoje przeznaczenie i kolejność obsadzania i wysiewu. Był dumny ze swoich plonów, bo wszystko rosło jak zaczarowane. Chętnie siadywał na specjalnej ławeczce i przyglądał się swojemu kawałkowi ziemi. Miał go zawsze na oku. W nim odbywały się spotkania. Przyjmował rodzinę i zdyscyplinowanych, nauczonych chodzić ścieżkami gości.

Z okna wygrażał wnukom wyciągającym z ziemi zbyt chude marchewki, robiących zupy błotno-agrestowe, kopiącym dziury na grządkach, huśtającym się na furtce i obrywającym zawiasy. Oczywiście to były tylko dobroduszne „fuki” i mamrotania. Zaraz potem obierał dzieciakom najbardziej soczyste ogórki, prosto z gruntu, albo zakładał huśtawkę pod krzakiem białego bzu.
Po jego śmierci bajeczny ogródeczek umarł razem z nim.

„Choroba zielonych rąk” jest genetyczna. Ma ją mama –zamiłowany działkowiec. Mam i ja. A ponieważ świat tylko pozornie się rozszerza, bo dla zwykłego człowieka, z racji coraz większej liczby ludzkości, kurczy się, to moje rośliny bujnie i cudnie rosną, ale tylko w doniczkach. Pozostaje tylko niespełniony „głód ziemi”, który odbija się gdzieś we mnie genetycznym echem i nie daje spokoju.
Bo jak cudownie jest wsadzić ręce w wilgotną ziemię, poczuć jej zapach, energię i ciągłą chęć wzbudzania życia.

Staff

Leopolda Staffa specjalnie przedstawiać nie muszę. Poeta trzech pokoleń, wybitny przedstawiciel literatury dwudziestego wieku.

Po piekle wojennym, już wiekowy poeta, związał się z moją rodzinną miejscowością, poprzez przyjaźń z ks. Antonim Boratyńskim, proboszczem parafii św. Józefa. Poeta przyjeżdżał tu odpocząć od „wielkiego” warszawskiego życia.

Piękny, zabytkowy kościółek, poskręcana urokliwa rzeczka, bogaty, stary drzewostan wpływały na niego kojąco i wyciszająco. Tu mógł odpocząć i tworzyć. Tu pozostawił wpis w księdze parafialnej:

Czy czeka ciebie droga bliska czy daleka

Świat jest tylko tak wielki, jak serce człowieka”.

Miejscowa ludność nie zapomniała o poecie. Pomnik w centrum miasta ( niezbyt udany, ale za to bardzo duży) , oraz popiersie z brązu przy ukochanej parafii, przypomina nam dawną sympatię Staffa do miasta.

Jakże jestem w stanie zrozumieć jego umiłowanie do tamtego miasta, bo ten dawny świat, bzin, kiedyś w dzieciństwie oglądałam i zapamiętałam na całe życie. Choć teraz pozostały po nim jedynie wspomnienia i fotografie.

Wpisując się w świąteczny nastrój, przypominam wiersz właśnie tego poety

Gwiazda

Świeciła gwiazda na niebie
srebrna i staroświecka.
Świeciła wigilijnie,
każdy ją zna od dziecka.

Zwisały z niej z wysoka
długie, błyszczące promienie,
a każdy promień – to było
jedno świąteczne życzenie.

I przyszli – nie magowie
już trochę podstarzali –
lecz wiejscy kolędnicy,
zwyczajni chłopcy mali.

Chwycili w garść promienie,
trzymając z całej siły.
I teraz w tym rzecz cała,
by się życzenia spełniły.

Leopold Staff

Chwytajcie promienie w ręce i spełniajcie swojej marzenia,

tego w te święta Wam życzę- siły i wiary w człowieka

Iwanow-Szajnowicz

Zdjęcie oryginalne z archiwum domowego. Własność rodziny Zakrzewskich.



„Wysłali mnie Anglicy. W rzeczywistości jednak jestem wysłannikiem tej Polski, która nigdy nie ustanie w walce z waszym najazdem”


Tak odpowiedział postawiony przed sądem okupacyjnym Jerzy Szajnowicz Iwanow, jeśli znany Polakom to pod nazwą Agent nr 1. Do zapoznania się z jego piękną biografią zachęcam i odsyłam pod ten adres:
http://www.rp.pl/artykul/275929,332305.html
. Więcej i ładniej nie potrafię napisać.
Naprawdę warto przypomnieć sobie tak znakomitą i niezwykłą postać. Odsyłam również do filmu, który powstał na kanwie przeżyć wojennych Szajnowicza „Agent numer 1”

Przed wojną Jerzy Iwanow-Szajnowicz był sportowcem, pływakiem. Pływał z niezłym skutkiem i niezłymi osiągnięciami. Tym bardziej jestem z tego dumna, gdyż w reprezentacji Polski razem z Szajnowiczem i innymi wybitnymi sportowcami, pływał mój dziadek-bramkarz.
Poniżej przedstawiam fotografię reprezentacji Polski w waterpolo w składzie:

bramkarz: Jan Zakrzewski Legia Warszawa
obrona: Kazimierz Karpiński AZS ; Adam SzczepańskiPTGN Śląsk ; Oskar Halor EKS Katowic
atak: ? Jankowski EKS Katowice; ? Jędrysek TPGN Śląsk; Jerzy Iwanow-Szajnowicz AZS Warszawa (trzeci z lewej).

Zdjęcie objęte jest prawami autorskimi znajdującymi się w posiadaniu mojej rodziny.

Tato

Podążając za szaleństwem córki, przemierzając swoje ukochane Góry Świętokrzyskie, pokazując nam najpiękniejsze miejsca Ziemi Świętokrzyskiej, okazał się imponującą skarbnicą wiedzy o tych miejscach. Uczestnicy wycieczki do dziś wspominają to wyjątkowe przeżycie. Nawet deszcz okazał się wyjątkowy w tym miejscu.

Zapraszam do obejrzenia:

Dziadek

 

Jako mała dziewczynka często przebywałam w domu dziadków. Byłam naprawdę bardzo malutka. Tak bardzo, że codzienna popołudniowa drzemka była dla mnie obowiązkowa. Często usypiał mnie Dziadek. Z reguły dzieci, a potem dorośli tego nie pamiętają, lecz ja pamiętam jeden dzień…
Dziadek usypiał mnie na rękach, na wielkiej poduszce. Zawsze śpiewał łamiącym, starszym już głosem. Zaśpiewał „Rozkwitały pąki białych róż”, a ja słuchałam jak zaczarowana. Co się działo w małym serduszku dziecka i czemu? Wielka tajemnica.
-Dziecko, czemu płaczesz? Czemu płaczesz?- pytał mnie przejęty Dziadek.
Łza spłynęła po moim policzku i kapnęła na poduszkę, a ja nie wiedziałam czemu płaczę, miałam przecież 3 latka.
Ale dzisiaj już wiem Dziadku…
Rozkwitały pąki białych róż,
wróć, Jasieńku, z tej wojenki, już,
wróć, ucałuj, jak za dawnych lat,
dam ci za to róży najpiękniejszy kwiat !
Już przekwitły pąki białych róż,
przeszło lato, jesień, zima już.
Cóż ci teraz dam, Jasieńku, hej,
gdy z wojenki wrócisz do dziewczyny swej?
Jasieńkowi nic nie trzeba już,
bo mu kwitną pąki białych róż;
tam pod jarem, gdzie w wojence padł,
wyrósł na mogile, białej róży kwiat.
Nie rozpaczaj, lube dziewczę, nie,
w polskiej ziemi nie będzie mu źle,
policzony będzie trud i znój,
za ojczyznę poległ ukochany twój

Halina Martin

O Halinie Martin dowiedziałam się przez przypadek. Osoba z jej otoczenia przywiozła do Polski, prosto od autorki książkę z jej wspomnieniami. W dedykacji pozostawiając przesłanie:

„Życzeniem autorki, było oddanie tej książki Polakom, dla których historia kraju nie jest obojętna…”

Wspomnienia Haliny Martin dotyczą losów wojennych, związanych głównie z Warszawą.
Po wybuchu wojny, z majątku na Zaolziu, przeprowadziła się do Warszawy, pozostając do Powstania Warszawskiego. Ponieważ była żołnierzem AK, pokonanie Niemców przez ZSRR, nie przyniosło jej spokoju i bezpieczeństwa. Dzięki swojemu sprytowi, uciekła wraz z dziećmi do Londynu, pozostając tam aż do śmierci.
Na uchodźctwie była gorącą orędowniczką sprawy polskiej:
„ Chcecie wiedzieć, co przez te 34 lata robiłam na emigracji? Jak zwykle, spełniałam rolę „dziewuchy do wszystkiego”. Naturalnie pierwszą sprawą jest pamięć o tym, że się było żołnierzem Armii Krajowej i że „nikt nas z przysięgi nie zwolnił””. ( cyt.H.M. „Nic się nie dzieje bez przyczyny”, Tomiko 2008)
Wspomnienia ujawniły kobietę nietuzinkową, silną i odważną. W niektórych sytuacjach bardzo hardą i przebiegłą, co pozwalało jej wielokrotnie wywinąć się śmierci. Była prawdziwą kobietą renesansu: umiała pilotować samolot, jeździła autem, zręcznie posługiwała się bronią.
Dwa razy aresztowana przez bezpiekę, raz przez NKWD, a za Niemców cztery razy przez gestapo. Za każdym razem wychodziłam z opresji obronną ręką. Widać mnie Pan Bóg zachował w jakimś celu.” ( op.cit)

Wypełniam życzenie autorki, przekazuję książkę dalej i dalej, aby jak największa ilość osób mogła ją przeczytać i nie zapomnieć, aby historia już się nie powtórzyła.
A oto owoc pracy Haliny Martin :
„Mój (angielski) wnuk Gavin właśnie skończył 6 lat. Chodzi do szkoły, gdzie nudzi się jak mops. Na urodziny poprosił mnie o szkolny sweter.
-Szkolny sweter? Na urodziny?
-Na rękawie chce mieć „POLAND”, tak jak nosili polscy żołnierze w czasie wojny. Naszyj mi polskiego orła. I koniecznie Syrenę.
-Po co ci Syrena?
-Warsaw coat of arms. Niech wiedzą, że walczyłaś o Warszawę.” (op.cit.)
Polecam Waszej pamieci poniższe pozycje:

Halina Martin
„Przypadek albo przeznaczenie”
Wydawnictwo Tomiko, Warszawa 2007
„Nic się nie dzieje bez przyczyny”
Wydawnictwo Tomiko, Warszawa 2008