Jak napisano „Czerwone Maki”

czerwone Maki

W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.

„Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli „za Polskę się bić”.  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich – mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.

Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:

Czerwone Maki na Monte Cassino

Zamiast rosy piły Polską krew…

Po tych makach szedł żołnierz i ginął,

Lecz od śmierci silniejszy był gniew!

Przejdą lata i wieki przeminą,

Pozostaną ślady dawnych dni!…

I tylko maki na Monte Casono

Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!

W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu.”

 

zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Polski 1942-45, www.kresy-siberia.org

cytat z książki: „Była sobie piosenka” Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

Godzina W

 Już dwa światy, inne życie, inni ludzie, jakże inne problemy.

Serca te same, wciąż młode, buntownicze, zdolne do poświęceń i chcę w to wierzyć.

Po latach tłumionej pamięci i czekaniu na sprawiedliwość historii, ta daje upust swojej racji.

Każdego historia oceni tak, jak na to zasługuje. Kto ma czyste serce, nie zadrży.

Oni nie drżeli.

 

Elegia o… (chłopcu polskim)

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,

haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,

malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,

wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,

gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.

Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,

przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pekło?

Krzysztof Kamil Baczyński

 

Szczęśliwa jestem, że młodzi ludzie o tej dacie tak dobrze pamiętają. Zespół Lao Che poświęcił temu wydarzeniu historycznemu swoją całą płytę Pt. „Powstanie Warszawskie”. Zachęcają młodzież do zainteresowania się tym bolesnym tematem z innej strony. W ten sposób ożywa młody duch, a „Tamci Młodzi” stają się bliscy- teraźniejsi, łatwiej wyobrażalni. To dobrze.

 

Gala Blog Roku 2011

Jechałam do Warszawy z duszą na ramieniu i w wielkim stresie, to chyba rzecz zrozumiała. Moje myśli wciąż urządzały gonitwę, przez co nie mogłam się dogadać ani z siostrą, która mi dzielnie towarzyszyła, ani też sama ze sobą, a najbardziej z włosami, które na tą okoliczność, jak zwykle przy wielkich wystąpieniach, postanowiły protestować.
Podróż przebiegała jak po maśle, a w przedziale spotkałyśmy wspaniałe towarzyszki rozmów, więc  i bardzo szybko. Pomijam już wszystkie logistyczne szczegóły całej wyprawy, ale jedno chcę zaznaczyć: Organizatorzy konkursu zorganizowali wszystko doskonale. Dzięki temu było nie tylko ekscytująco, ale też i komfortowo.
Źródło: AKPA
Gala odbyła się w Centrum Nauki Kopernik. Organizatorzy dołożyli wszelkich starań by impreza odbyła się na jak najwyższym poziomie. I tak właśnie było.  Imprezę, jako prowadzący, uświetnili Anna Maruszeczko i Maciej Orłoś.Wspaniale swobodni i profesjonalni, czego im szczerze, w pewnej chwili pozazdrościłam.
Jaka była kolejność nagradzania, naprawdę nie pamiętam. Kiedy nadeszła pora kategorii „Kultura” dowiedzieliśmy się, że Juror nie mógł przybyć na Galę. Trochę szkoda, bo która z kobiet nie chciałaby spotkać najprzystojniejszego amanta współczesnego kina. 
Pan Żebrowski ogłosił swój werdykt z ekranu telebimu: 
To więcej niż bym mogła przypuszczać w najśmielszych snach. Uczucia, które towarzyszyły mi  podczas tej chwili, zapamiętam do końca życia. Stres, szaleństwo,  ogromna wdzięczność i błogość .
Jeszcze raz ogromnie dziękuję.

Jak przez mglę pamiętam moment wyjścia po nagrodę. Wręczał mi ją Dyrektor Marketingu Grupy Onet- Pan Marcin Skowroński. Serdecznie dziękuję.
Źródło: AKPA
Powiem szczerze, że nie mam bladego pojęcia, co powiedziałam na scenie i chyba wolałabym sobie nie przypomnieć. Stres zjadł mnie kompletnie. Zawsze twierdziłam, że wolę być bezpiecznie schowana gdzieś z boczku. Może to lepiej, że Pan Michał nie widział mojego występu  na żywo. Może by zmienił zdanie…
Źródło: AKPA

Zaraz po zejściu ze sceny zabrano mnie, oszołomioną, do wywiadu i ot efekt:

Z tego wszystkiego nie zrobiłam sobie zdjęcia z trofeami J


Przeżyłam wiele wzruszeń i emocji, poznałam fantastycznych ludzi, którzy żywo zapadli w moją pamięć, choć tak krótko mogłam się nimi nacieszyć.

Poznałam Magdalenę Napiórkowską. Osobę  z ogromną wiedzą o sztuce, profesjonalną w każdym calu, a przy tym tak ciepłą i skromną. 
W trakcie gali dostałam cudownie miły telefon z wsparciem od Justyny Napiórkowskiej, laureatki  dwóch nagród „ Bloga Roku 2010” w kategorii „Kultura” oraz „Wyróżnienie specjalne pozakonkursowe”.  Chyba nie zdążyłam jej zaprosić do siebie do Krakowa, co uczynię jak najszybciej.
Ojciec Leon Knabit, którego miałam zaszczyt poznać i zamienić z nim kilka dobrych, ogromnie życzliwych słów,  to kolejny laureat w kategorii „Profesjonalne”.
Ojciec Leon  to fenomen. Ma dla każdego człowieka dobre słowo.  Jego dobra energia i witalność jest imponująca i przyciągająca. Mam obiecane odwiedziny u Ojca Leona.
Zorka, to kolejny fenomen „Bloga Roku”. To piękna kobieta z piękną duszą. Żałuję, że mogłam zamienić z nią tylko parę słów.  Koniecznie zajrzyjcie w jej blogowy świat. Świat pełen rzeczy człowieczych. Daleki na chwilę, a bliższy niż się każdemu zdaje.
Ola Radomska, to laureatka „Offowych”, niesamowita, szalona, ciekawa, radosna i tak zabójczo inteligentna. W przelocie wymieniłyśmy parę uwag i dobrych życzeń. Cieszę się, że ją poznałam.
Jednym z nominowanych w kategorii „Foto, komiks” był Grzegorz  Stykowski. Mocno mu kibicowałam. Chciałam mu podziękować, za słowa otuchy i dopingu,  ale jakoś nie miałam okazji. Dlatego teraz dziękuję mu za wiarę we mnie. To bardzo mi pomogło.
Pani Niteczka to świetna dziewczyna. Wybrała ją Martyna Wojciechowska w kategorii „Moje zainteresowania i pasje”. Rzeczywiście, dziewczyna zamieniła swój trudny los na pasję. To cudowne, posiadać taki dar i nie poddawać się. Moja rozmowa z nią przy piątkowym śniadaniu dała mi wiele do myślenia. Zastanawiam się, dlaczego ludzie więcej we mnie wierzą niż ja sama. 

Z pociągu

Dopiero dzisiaj zrozumiałam, jaki komfort ma bloger. Siedzi sobie wygodnie za komputerem. W tle ulubiona muzyczka, w schowku przygotowane zdjęcia, w głowie plan.
Bloger, sufler schowany w swojej budce, rzucający ciche hasła, zasłaniający się drewnianym parasolem.
Na żywo jest o wiele trudniej pozbierać myśli, słowa i ogrom haseł, które tłoczą się i chcą wyjsć na raz. 
„Non, rien de rien” ( Niczego nie żaluję) pomimo tego, że zawsze może być lepiej.
 Nie żałuję, bo przeżyłam wspaniałe chwile dzieki innym, wspaniałym ludziom, których dane mi było spotkać na tej Gali. (jeszcze o Nich napiszę)
Jestem szczęśliwa.
Dziękuję wszystkim za dobro, które mnie spotyka. Każdy komentarz, każde ciepłe słowo trzymające mnie przy mojej „fix idei”, płynące od czytelnika, zawsze powodowało, że przedłużałam istnienie tego bloga o następny miesiąc i rok.

Dziękuję Jurorowi Panu,
Michałowi  Żebrowskiemu za wszystkie piękne słowa skierowane w moją stronę.
Jestem ogromnie zaszczycona. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to prawda.
*
Siedzę w pociągu i glupio się uśmiecham. Zmęczeni ludzie obserwują mnie z podejrzliwościa. Tyle teraz mówi się o różnych, okropnych wydarzeniach na świecie, a ja…wstyd,  po prostu jestem szczęśliwa. Dziękuje! 

Ps.
To jednak prawda, że najlepiej odbija się od dna.

Nostalgia świąt

Wiedeń 26 grudnia 1830

Wiedeń. Dzień Bożego Narodzenia. Niedziela rano.
Przeszłego roku o tem czasie byłem u Bernardynów,
dzisiaj w szlafroku sam jeden siedzę, pierścionek gryzę i piszę.


Najukochańszy Jasiu!
(…)-Wiesz, żem istota najniezdecydowańsza w świecie, i raz tylko w życiu dobrze wybrać umiałem. Mój boże, ona i siostry choć szarpiami mogą się przysłużyć, a ja-gdyby nie to, że ojcu może teraz ciężar, natychmiast bym wrócił. Przeklinam chwile wyjazdu, -i przyznaj, znając moje stosunki, że po odjeździe Tytusa za wiele razem na głowę mi spadło. Wszystkie obiady, wieczory, koncerta, tańce, których mam po uszy, nudzą mię; -tak mi tu smętno, głucho, ponuro- lubię ja to, ale nie w tak okrutny sposób. –Nie mogę czynić jak mi się podoba, musze się stroić, fryzować, chossować; -w salonie udaję spokojnego, a wróciwszy do domu piorunuję po fortepianie.-Z nikim poufałości, ze wszystkimi grzecznie obchodzić się muszę. Mam ludzi, co mię niby lubią, co mię malują, mizdrzą się, przymilają i cóż mi po tym, kiedy pokoju nie mam, chyba, jak sobie wszystkie wasze wydobędę listy, otworzę widok Króla Zygmunta: na pierścionek spojrzę. (…)

Fragment listu Fryderyka Chopina do Jana Matuszyńskiego „korespondencja Fryderyka Chopina.” Tom I, 1816-1831, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego 2009


Wszystkim czytelnikom życzę wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia. Niech chwile spędzone przy wspólnym, rodzinnym stole będą przyczyną dobrych wspomnień na całe życie. Momentami, do których wraca się w chwilach zwątpienia. Samotnym posyłam szczerą myśl pokrzepienia. Niech to będą ostatnie samotne święta.

Reminiscencje 11.11.11.

„-oni sami śpią na wieki, ale uczucia ich i myśli krążyć nie przestają w przestrzeni i płonąć w powietrzu, aż wejdą znowu w żywych, młodych, silnych, kochających ziemię i ludzi!”

 Nad Niemnem, Eliza Orzeszkowa



Tu wszystko stoi w miejscu, nawet czas. Wyhamowuje przed wiekowym portalem i cierpliwie czeka, aż znowu zagubiony w świętym przybytku człowiek, pojawi się. Tak jest w Katedrze Wawelskiej.
Miejsce to szczególnie mocno uzmysławia trwałość i stabilność świata i kruchość ludzkiego bytu. Tu mieszkają wieczni uciekinierzy, którzy czas oszukali na długo, a może i na zawsze. Wśród ich duchowej obecności chce się przebywać. Łykać kęsy ich wieczności, ocierając się tym samym, niemal cieleśnie, o historię.
Msza za Ojczyznę pośród królów i bohaterów narodowych to chwila, na którą można czekać, nie godzinę, ale kilka, bez znużenia.
*
W katedrze gęstniał tłum. Szmer, szuranie, czasem kłótnia, towarzyszyły kompresji wiernych. Donośny dźwięk Zygmunta stłumiał, ruch i głosy, wprawiał w letarg żyjących i…
 Budził tych co na mszy powinni się stawić. W tej rozpachnionej kadzidłem atmosferze, niemal materialnie odczuwało się obecność osób, których stopy dawniej, ścierały pastowaną na dziś posadzkę. Uwierzyć trudno, że godne szczątki króla Władysława Jagiełły pół metra oddalone, celebrowały tę mszę wraz ze mną.
 Wiele osób słuchając dzwonu, przymykało, w tym momencie, zbędne oczy. Każdy chciał poczuci się sam. Sam na sam z historią. 
Uczucia, myśli naszych bohaterów krążyły wśród nas, wezwane złamanym dźwiękiem Zygmunta. Głosem tak charakterystycznym i donośnym, że usłyszeli go pośród szumiących wód Styksu. Wrócili przywołani.
Choć serce dzwonu jeszcze nie pękło.Czas obudzić się drodzy!

*
W szale współczesnej komercji, wojny poglądów, topnieniu szlachetnych idei, karykaturalnej moralności, to miejsce otuliło mnie spokojem i odgrodziło od teraźniejszości.
Teraźniejszości, w której zwykłemu człowiekowi, źle się dzieje. Przez kolorowe okulary, które ktoś założył mu na oczy, coraz jaskrawiej prześwieca prawdziwa rzeczywistość. Nie wystarcza już sprytna manipulacja socjotechników, aby biedak czuł się luksusowo. Nie wystarczy medialna papka i zlepek bzdurnych ogłupiaczy, podanych z uśmiechem słoneczka. Wszystko się wali, bo ze zwykłego człowieka ostatnia kropla soku właśnie wypływa. Na niej, nie pożywi się już żaden ogromny Echinococcus.
*
Ile jeszcze drogich Ci rzeczy sprzedasz bliski mi człowieku? Co zrobisz, gdy one się skończą? Sprzedasz swoją duszę?
*
Wieczorem tego samego dnia na Rynku krakowskim, odbyła się „Lekcja śpiewania”. Pomimo przejmującego zimna, było mnóstwo osób. Były także dzieci. Śpiewano wiele wspaniałych pieśni legionowych i powstańczych. Publiczność śpiewała głośno i żarliwie. Zwłaszcza: „Pieśń Legionów” i „Rozkwitały pąki białych róż”. Widziałam łzy, radość, na twarzach młodych i starszych, zdziwienie w oczach dzieci. 
To była dla nich wielka lekcja. I dla mnie skarcenie, że czasem w Was wątpię.

Modlitwa

FOT. MHF

Boże, Rządco i Panie narodów,
z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać,
a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej,
błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna,
chwałę przynosiła Imieniowi Twemu
a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże,
spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom
i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej,
byśmy jej i ludowi Twemu,
swoich pożytków zapomniawszy,
mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje,
rządy kraju naszego sprawujące,
by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym
mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen


Ksiądz Piotr Skarga

Rondo di vita

Codziennie rano, gdy idę do pracy, moje kroki wymierza Rondo Vivace z Koncertu e-mol Fryderyka Chopina, przerywając bezustanny nawał szeregu cyfr w myślach.
 Radosna miarowość sprawia, że po raz pierwszy tego dnia, uśmiecham się. Obcasy stukają jak metronom, prowadząc dialog z mistrzowskim *rubato.

Blade mijające mnie twarze wyrażają oczywiste zdziwienie na widok mojego uśmiechu. Zaszywam się w kąt autobusu, zgniatając czoło szybą, nie chcąc być świadomą dalszej części pojazdu.

Znam każdą nutkę utworu na pamięć. Delektuję się dźwiękami na śniadanie, łykając każdy dźwięk miarowo lecz bez pośpiechu. Prysznic mistrzowskiego *legato, kojąco łagodzi mus rannego otwarcia oczu. Tu i ówdzie zaakcentowałabym mocniej, tam kazałabym przestać dławić dźwięk, choć z wirtuozem sprzeczać się -niedorzeczne i aroganckie. Przystanek za przystankiem, pasaż za pasażem.

Kierowca czeka na biegnącego, zadyszanego staruszka. Uśmiechamy się i z wdzięcznością patrzymy na kierowcę, ja i staruszek. Jedziemy dalej, ja i Chopin. Deszczowe chmury przebija czerwonawa łuna wschodzącego słońca.
 Przez słuchawki docierają strzępy zwykłych rozmów. Przeszkadzają, ale nie aż tak, bo przecież Chopin i ten wschód. Cudownie. Znów legato. Dojeżdżamy.

Rondo życia, które stawia człowieka w bezpiecznej powtarzalności, sprawia, że może nikłe, ale zawsze, poczucie bezpieczeństwa, staje się składnikiem szczęśliwości, stabilizacji , pewności jutra i wspólnego poranka z Rondem Vivace.

Tak rondo codzienności  każdego z nas wprawia  w ruch. Cudownie jest nazwać je Rondem di vita, z muzyką Chopina w tle. Gorzej, gdy ku rozpaczy samego siebie nazywasz je -kieratem.

W październiku mija rok od czasu, gdy odnalazłam podobnych do mnie wielbicieli muzyki Fryderyka Chopina.
 Okazja do tego był kończący się konkurs chopinowski.
 Nasze forum- „Kurier Szafarski” wciąż wzrasta, przyjmując nowych użytkowników. Przypomnieć tu należy artykuł 
http://wyborcza.pl/1,75475,8584876,Fejs_Fryderyka.html
, który ukazał się zaraz po zakończeniu Konkursu Chopinowskiego w 2010 roku.
Żelazowa Wola w XIX/XX wieku

* legato -techniką artykulacji w grze na np. fortepianie, w której kolejne dźwięki są grane płynnie, bez najmniejszych przerw.
*rubato- chwiejność tempa w utworze muzycznym. Skracanie lub wydłużanie dźwięków tak by na przestrzeni frazy był zgodny z oryginałem.


Źródło zdjęcia: 
http://www.ruchmuzyczny.pl/PelnyArtykul.php?Id=752

Fińskie rokastaa

Woda była moim żywiołem. Pływałem w waterpolo w czasach polskiej świetności tego sportu, mimo oczywistych i obiektywnych trudności, z jakimi wiązała się ta dyscyplina. Wytrzymałość, siłę i zwrotność trenowałem w Wiśle. Wiślane maratony były moją specjalnością. Walka z żywym nurtem rzeki i zdradliwymi wirami, była najlepszym treningiem. Plaże Wisły były salonem spotkań świetnych ludzi. Widywałem tam nawet Adolfa Dymszę. Mecz w basenie był już tylko przyjemnością.
Waterpolo cieszyło się dużą popularnością, miało swoich kibiców, zwłaszcza w rozgrywkach międzyklubowych. No i oczywiście na meczach międzynarodowych.
Jednym z najbardziej niezapomnianych był mecz naszej reprezentacji z Finlandią 28 lipca 1938 roku.
Do reprezentacji selekcjonował nas Kapitan związkowy Polskiego Związku Pływackiego. Z początku skład wyglądał tak:
 bramka-Zakrzewski (KSZO), obrona Halor(Giszowiec), atak Jankowski (EKS), Iwanow (AZS), Karliczek (EKS) i rezerwa Madej (Giszowiec). 
Wspaniali, wysokiej klasy zawodnicy, jak jeden mąż.Łatwo było dogadać się w nowej grupie. Nie była ona znowu taka nowa. Znaliśmy się z krajowych rozgrywek, z klubów, w których grywaliśmy. Znaliśmy swoje możliwości i słabe strony i powiem, że była to grupa wyjątkowo dobranych zawodników, nie tylko pod względem warunków fizycznych, ale także pod względem inteligencji, rozumienia taktyki i podświadomego wyczuwaniu drużyny.
Z pierwotnego składu wypadł nam Karliczek, a zastąpił go w ostatniej chwili, zwinny Szczepański. Trochę żal, bo Karliczek, był wzorem zachowania sportowego i dyscypliny. Na ten wyjazd zapracował jak nikt.
Do występu trenował nas przybyły przed rokiem do Warszawy z Węgier, wysokiej klasy trener, Rayki. Trenowaliśmy z nim już wcześniej na zgrupowaniach przygotowawczych do reprezentacji.
Mieliśmy dużo zapału i werwy. Pomimo, że pochodziliśmy z, na co dzień, rywalizujących klubów, nasze koleżeństwo było niewątpliwie szczere i godne sportowców. Bardzo lubiłem swoich kolegów także prywatnie. Ciągle przychodziły nam do głowy wesołe pomysły.
Płynęliśmy do Finlandii statkiem, razem z koedukacyjną drużyną skoczków, co mnie niezmiernie cieszyło, bo wśród nich miałem miłe koleżanki. 
Warszawskie baseny nie umywały się do tych helsińskich- Uimahalli. Rozmach, projekt, no i temperatura, idealna, choć ja wolałem bardziej zimną-wiślaną. 
Bardzo radowały mnie zwyczaje Finów, które pozwalały pływakom na treningach, całkiem legalnie, pływać bez obowiązującego, u nas, stroju kąpielowego. Nasze dziewczęta, były przerażone. My rozradowani. Niektórzy nawet chcieli spróbować.
 Finowie, byli wytrzymali, odporni, zwinni. Płuca mieli jak kowalskie miechy.
Bankiet, który zaserwowała nam strona fińska po wyrównanym, choć trudnym meczu, był jak królewskie przyjęcie.  W Przeglądzie Sportowym wyczytałem:
Pląsy rozpoczął olbrzym Zakrzewski, wywijając w powietrzu małą Finką, zwyciężczynią w skokach wieżowych, Hilee Grasten (..)”
Żeby zaraz olbrzym. Dwa metry to znowuż nie tak wiele. Mój wzrost w tym sporcie miał swoje zalety, zwłaszcza jeśli się „stało” na bramce. Ramiona miały większy zasięg. Trudniej było przeciwnikom wbić mi „gola”.
Powrót z Helsinek obfitował w wydarzenia mniej spektakularne, o czym znów napisała „Przegląd”:
„ CHOROBA MORSKA. Na drodze powrotnej z Helsinek do Tallina morze „bujało” porządnie. Lwia cześć drużyny polskiej pojechała skróconą drogą do „Rygi”.
Pierwszy rozchorował się bramkarz Zakrzewski, oddając honorowy wystrzał śniadania roztoczom Bałtyku. Inni poszli za jego przykładem. Statek był przepełniony do niemożliwości. Waterpolista Karpiński stanął na pokładzie niczem policjant na posterunku i kierował ruchem „chorujących” rozdzielając odpowiednio miejsca przy balustradzie statku (…)”
Dalej lepiej nie cytować, bo to mogłoby pociągnąć konsekwentne continuum tamtego wydarzenia. Jednak tamte wydarzenia humoru mi nie zważyły.
Wyprawa do Finlandii, zapadła mi w serdeczną pamięć i nawet wojna nie była w stanie zatrzeć tego odczucia wspaniałej radości i beztroski.
Z większością kolegów z reprezentacji widywaliśmy się i rywalizowaliśmy jeszcze po wojnie. Niektórych ta zawierucha sprzątnęła. Tak było też z Iwanowem, bardzo przystojnym,młodym,  wesołym, świetnym kolegą.
 Z fińskiego pamiętam tylko jedno słowo, które Polakom tak bardzo przypadło do gustu: „rokastaa, rokastaa”, co znaczy: kocham, kocham.

24 grudnia 1939 roku

W tym roku noc Wigilijna wypadła w niedzielę. Dzisiaj wszyscy by się cieszyli, mając w perspektywie dodatkowe dwa dni wolnego. Wtedy nie miało to żadnego znaczenia.
Śnieg zalegał na ulicach i chodnikach. Z przyzwyczajenia dozorcy wykonywali swoje codzienne obowiązki, odśnieżali, wymiatali… Wojna, w czwartym miesiącu jej trwania, coraz bardziej rozpychała się po ulicach, niszcząc wszystko dookoła,  swoim zwyczajem.
Smutna rzeczywistość w tym dniu, na chwilę, przestała mieć śmiałość wdzierać się w serca Polaków. Na jedną marną chwilę, zapomnieli o tym, co już nastało i szczęśliwi, nie wiedzieli, co nastanie.
Warszawscy aktorzy, wieczór wigilijny spędzili w podziemiach „Cafe –Clubu”. Zeszło się gości nie mało. Pięćdziesięcioro aktorów i  drugie tyle zaproszonych gości. Prawie cała grupa Jaracza. Najbardziej znanego aktora teatralnego w Polsce.
„Nastrój nierówny. Maskowana uśmiechem nerwowość, zdradzająca dokuczliwą świadomość klęski, o której się nie mówi, ale o której ani na chwilę naprawdę zapomnieć się nie da.
Wieczerza wigilijna- nie bez wódki. Jaracz nie pije. Komuś dziwiącemu się tłumaczy po prostu, że od pierwszego dnia okupacji poprzysiągł sobie, że nie weźmie wódki do ust póki nie będzie końca temu wszystkiemu!”
A świat z czasem pod rękę poszedł dalej. Mijają pokolenia i ludzie mijają, a TEN dzień jak co roku, wstrzymuje na chwilę przemijanie. Zostawia nas samych ze swoimi małymi kłopotami i problemami i daje szanse, abyśmy zobaczyli ich prawdziwe miejsce i sens.

Ci, którzy umieją dostrzec swoje szczęście w każdej sytuacji, którzy optymistycznie patrzą naprzód, są zawsze wygrani.
Wszystkim targanym troskami i codziennymi smutkami, życzę optymizmu, a każdemu z Was, spokoju ducha i prawdziwej miłości, która zawsze jest najważniejsza.
Niech święta skłonią Was do zadumy nad prawdziwym sensem życia, a wynikiem zadumy niech będzie prawdziwe szczęście.

Cyt. Tomasz Mościcki „Teatry Warszawy 1939. Kroniki”, Bellona, Warszawa 2009