Dziewczyna o smutnych oczach. Tajemnicza Tamara Wiszniewska, polska Greta Garbo.

Tamara ww

To był wspaniały początek kariery. Debiut na miarę współczesnych czasów. Prawie jak wybuch supernowej. Pierwszy poważny film z doborową obsadą wielkich kinowych gwiazd i ona. Obsadzona w jednej z kluczowych ról w kolejnej, modnej i porywającej za serce ekranizacji powieści Mniszkówny pt. „Trędowata”. Zagrała Lucię. Młodszą siostrę Ordynata Michorowskiego. W 1936 roku miała siedemnaście lat, a przed sobą prostą drogę do wspaniałej kariery. Najwyraźniej jej kreacja oraz wyrazista gra spodobała się reżyserom, bo odtąd była obsadzana w poważnych rolach i w ciągu czterech lat wystąpiła w czternastu kinowych przebojach. Wpadła w wir intensywnej pracy na planie. Była jedyną aktorką, która w tak młodym wieku odniosła ogromny sukces.

Od samego początku swoją grą zaznaczyła bardzo wyraźnie, że jest urodzona aktorką dramatyczna. Grała dostojnie i dojrzale, co przy jej wieku czyniło ją wyjątkową. Miała ogromną grację i dostojeństwo. Jej spojrzenie było wręcz magnetyczne i przenikające, pełne nostalgii. Od jej twarzy bił ogromny spokój. Powaga rysów sprawiała, że wyglądała na dojrzalszą i starszą. To wszystko, a na dodatek blady uśmiech i tajemniczość to cechy, dzięki którym stała się aktorką typu Grety Garbo.

Dzięki wyjątkowej, posągowej urodzie, zgrabnej sylwetce oraz niekwestionowanemu talentowi została amantką filmową i występowała z takimi sławami jak: Aleksander Żabczyński, Jerzy Pichelski czy Franciszek Brodniewicz. W 1938 roku Wiszniewska oraz aktor Mieczysław Cybulski grający razem w filmie „Dziewczyna szuka miłości” zostali okrzyknięci „najpiękniejszą parą kochanków ekranu”.

tamara i czb

Tamara trafiła na warszawskie salony. Była bywalczynią wspaniałych, wykwintnych przyjęć. Była oklaskiwana i niejednokrotnie wyróżniana jako „królowa balu”. Na planie „Ordynata Michorowskiego”, w 1937 roku poznała starszego od siebie o dwanaście lat Władysława Mikosza, producenta filmowego. Bardzo szybko zdecydowali się na ślub, a niedługo potem na świat przyszła ich córka- Irena.

Jej dorobek artystyczny jest imponujący: „Trędowata”, „Ordynat Michorowski”, „Dziewczęta z Nowolipek”, „Kobiety nad przepaścią”, „Dziewczyna szuka miłości”, „Biały murzyn” to najważniejsze filmy w jej karierze.

Niewiele wiadomo o Tamarze Wiszniewskiej prywatnie. Jej dzieciństwo i okres dorastania to niestety czarna plama. Wiadomo tylko, że rodzina jej pochodziła z Wołynia. Jakim cudem znalazła się w Warszawie? W jaki sposób dostała się do filmu? Nie ma informacji.

W przedwojennej prasie są tylko wzmianki. Nie trafiłam na żaden wywiad.

Z pewnością życie młodej, zakochanej i szybko zamężnej aktorki nie było tak ekscytujące dla publiczności jak podboje sercowe Iny Benity czy Elżbiety Barszczewskiej.

Wiemy, że była kobietą elegancką i wytworną, lubiła piękne stroje i ekskluzywną biżuterię. Paliła papierosy.

Gdy nastała wojna, Tamara Wiszniewska-Mikosz zadecydowała o wyjeździe z Polski. Mąż działał aktywnie w podziemiu dlatego para na okres wojenny została rozdzielona. Ona wraz z córką wyjechała do Czech.

Fragmenty wywiadu w amerykańskiej gazecie „Times Union” z 1974 roku potwierdzają jej wojenne dzieje:

„Kiedy przyszli Niemcy, intuicja podpowiadała mi, że powinnam mieć na sobie coś cennego do wymiany. (…) Wszyłam biżuterię w ubranie. W ten sposób kupiłam bilet do wolności, kupiłam chleb i dzięki temu nigdy nie byłyśmy ( przyp. ja i córka) głodne”

Tamara wspominała: „Sprzedałam ostatni dwukaratowy diament, żeby wykupić swoich rodziców z okupowanej przez Rosjan Czechosłowacji i sprowadzić ich do zachodnich Niemiec. Wtedy papierosy i kawa były więcej warte niż biżuteria”

Ona i Władysław Mikosz zobaczyli się dopiero po wojnie w Bawarii w obozie uchodźców, gdzie Tamara uczyła języka angielskiego oraz matematyki, a jej mąż prowadził programy YMCA.

Organizacja ta umożliwiła przeniesienie rodziny Mikoszów do Rochester w stanie New York w 1950 roku.

W tym samym wywiadzie małżeństwo opowiedziało dalej, że nie pozostało im nic z dawnego życia. Sprzedali całą biżuterię i kosztowności. Wszystko oddali organizując życie i ratując się z zawieruchy wojennej. Jedyne co im zostało jako relikt przeszłości i wspomnienie dawnego życia to trzy ozdoby świątecznie: tradycyjny polski Anioł, gwiazda i srebrny ptak.

Osiedlili się w Rochester. Tamara już nie powróciła do swego zawodu. Pracowała jako recepcjonistka w George Eastman House w Rochester oraz jako tłumaczka.

Umarła w wieku 62 lat.

Tamara

W Rochester pozostała jej rodzina. Moje próby skontaktowania się z wnuczką Tamary Wiszniwewskiej, panią Lindą na chwilę obecną nie przynoszą rezultatu. Jednak nie poddaję się.

Źródła informacji: http://blogs.democratandchronicle.com

Zdjęcie z Cmentarza: Alan Brownsten

 Zdjęcia: http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/

Materiał o charakterze edukacyjnym.

Kto to?

SCAN0023 (1)

Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku „Czortki” w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka – na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie… Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.

Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

Zapomniana kobieta-Ina Benita

 Osoba osnuta legendą, jak większość gwiazd kina lat trzydziestych. Wielka sława, zaszczyty, bogactwo i upadek spowodowany wybuchem wojny. Niby szkielet życiorysu ten sam, a jakże inne losy i inne reakcje na otaczająca rzeczywistość. 

Sławę Iny Benity przygasiła wojenna zawierucha, nadając tej sławie inny, negatywny oddźwięk. Pamięć o niej zadeptano, bo w oczach wielu, dopuściła się zdrady. Jej historia zaczęła się na wschodzie. Urodziła się prawdopodobnie w Kijowie. To co skrzętnie ukrywała, a co stało się jej największym wojennym lękiem, to dziedzictwo krwi żydowskiej, po babce.

 Do Polski przyjechała z paryskich szkół wraz z ojcem pod koniec lat dwudziestych. Prawdziwe nazwisko Janina Bułhak zamieniła dla potrzeb sceny, na bardziej filmowe-Inę Benitę. Jej uroda skazała ją na sukces w branży teatralno-filmowej. Miała bardzo wyraziste rysy twarzy, mocno zarysowane kości żuchwy, szeroki uśmiech, duże, ładne, białe zęby, spojrzenie kota. Była naturalną szatynką, ale to „ złociste włoski i uśmiech boski” spowodowały, że stała się najpiękniejszą z gwiazd polskiego dwudziestolecia wojennego. Bo jak wtedy, tak i pewnie teraz „ mężczyźni woleli blondynki”.

 

 

W Polsce ukończyła aktorską szkołę dramatyczną i zaraz później dostała angaż. Z początku były to małe rólki rewiowe. Rozwojowi kariery aktorki pomagały obyczajowe skandale, w których grała role nie tylko drugoplanowe. W każdym razie pomagały one w wybiciu się z tłumu młodych pięknych aktoreczek.

 Jej oryginalna, oczywista uroda została zauważona wkrótce, co zaowocowało angażem do filmu „Puszcza”, potem główną rola wraz z Eugeniuszem Bodo w filmie „Jego ekscelencja subiekt”. Potem role posypały się szczodrze. Partnerowała takim męskim sławom kina, jak wspomniany już Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Franciszek Brodniewicz, Władysław Grabowski, Antoni Fertner i innym. Musiała stawiać czoło porównaniom do innych zdolnych i sławnych aktorek, takich jak Lena Żelichowska, która grywała podobne typy bohaterek i nawet była z urody nieco podobna do Iny. Benita zagrała w szesnastu filmach, w których większość ról, były rolami głównymi. Prasa rozpisywała się o niej w bardzo pochlebny sposób:

 „Stworzyła pewien określony, atrakcyjny typ postaci. Piękna, piekielnie zgrabna, zwinna, o kocich ruchach, ekscentryczna wampirzyca. Swojska-kobieta demon (…)” (ODEON Stanisława Janickiego „Ina Benita” RMF Classic)

 W szczycie jej kariery, życie prywatne również trzymało wysoką temperaturę. Podobała się mężczyznom, dlatego do 1939 roku, była już dwukrotnie zamężna. Pierwszym mężem był Jerzy Dal-Atan, aktor i reżyser, ale ten związek zakończył się skandalem powiązanym pośrednio z pracą nad filmem „Hanka”. Mąż Iny związał się w tajemnicy z Jagą Borytą, narzeczoną Zbigniewa Staniewicza, który zaraz potem odebrał sobie życie . Drugim mężem stał się Stanisław Lipiński operator filmowy. Razem z nim wkroczyła w trudny czas okupacji. Razem z nim również wyjechała ze stolicy do Lwowa, na wezwanie zrzeszenia aktorów, wzywającym do bojkotu scen. Szybko jednak powróciła, ale bez męża, jednocześnie porzuciwszy propozycje pracy nie związanej z aktorstwem.

 Trzeba tu zaznaczyć, że większość polskich aktorów zbojkotowała teatry jawne, parając się innymi zajęciami. Wiele aktorek pracowało jako kelnerki. Słynna była kawiarnia „U aktorek”, w której podawały min. Mieczysława Ćwiklińska, Helena Grossówna, Maria Malicka. Benita wybrała swoją drogę, występują z innymi zdeklarowanymi aktorami w teatrach jawnych. Poziom tych teatrów był daleko inny, niż tych w wolnej Polsce, a cel, przede wszystkim propagandowy. Z relacji nielicznych świadków wynika, że Ina nie stroniła od towarzystwa okupantów. Chętnie przyjmując ich pod swoim dachem:

 ”Oblężenie w roku 1939 przeżyliśmy na Konopczyńskiego, gdzie m.in. stacjonowała podchorążówka saperów. Kiedy Warszawa skapitulowała, na placyku dokładnie naprzeciw okien Benity wykopano wielki dół, w którym złożono, dobrze zabezpieczoną i opakowaną broń, a głównie granaty. Nie trzeba było długiego okresu czasu, kiedy wszyscy zauważyli, że do lokatorki na parterze zaczynają przychodzić z wizytami oficerowie niemieccy. Wszyscy byli zaszokowani, kiedy któregoś dnia na placyk, na którym była zakopana broń, zajechał oddział SS i wykopał wszystko. Wszyscy mówili, że to za sprawą Benity. „ ( Stanisław Iłowiecki, Plus Minus, Ina Benita i Niemcy, 05.08.2000)

 Pewnym faktem jest to, że Benita zakochała się w jednym z oficerów Wermachtu, z którym wyjechała do Niemiec. W 1944 tuż przed Powstaniem Warszawskim powróciła do Warszawy. Nikt nie wie dlaczego. W międzyczasie wykryto jej „żydowską krew” i oskarżono o „ pohańbienie rasy niemieckiej” w związku z jej planami małżeńskimi z oficerem Wermachtu.

  Aresztowano ją, osadzając na Pawiaku. Podczas aresztowania Ina Benita była w ciąży. W więzieniu urodziła synka, który pomimo trudnych, tragicznych warunków, przeżył. Tuż przed powstaniem, może za przyczyną wpływowych jeszcze przyjaciół, została uwolniona. 

 Cóż było jej po wolności, kiedy nie miała się gdzie podziać. Warszawa była już zrujnowana. Podobno chciała się wydostać z okupowanej Warszawy. Znalazła się jednak w centrum piekła, z którego nie sposób było się wydostać. Wiadomości o jej śmierci są niejasne i owiane tajemnicą. Ktoś gdzieś ją widział, ktoś twierdzi, że zginęła od granatu:

  „Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Usiłowała nucić operetkowe arie. Od czasu do czasu śmiała się do łez. Niewątpliwie po stracie dziecka, które z wycieńczenia zmarło w ramionach matki, popadła w obłęd. Baliśmy się, że jej głośne zachowanie może zwabić czatujących na powierzchni Niemców, ale nagle zniknęła. Nie wiem, czy zatruła się oparami, czy też utonęła. Pewne jest, że w przeciwieństwie do życia śmierć miała bardzo niefilmową.” ( Tomasz Zbigniew Zapert, Plus Minus, Długowłosa blondynka o przenikliwym spojrzeniu, 29.07.2000) 

 Nie chcę ocenić tej postaci i nawet próbować nie będę. Przeżyła wachlarz rozmaitych zdarzeń od bycia na piedestale sławy, aż po zimną posadzkę wojennego Pawiaka. To bardzo wiele. Wiele aż na tyle, że prawie nieprawdopodobne, niemal wyjęte z niesamowitej powieści. Opowiadanie stworzone jej życiem, stawiało ją w wielu niecodziennych sytuacjach, które zwykłemu człowiekowi się nie zdarzają. Stawiało ją wciąż przed trudnymi decyzjami i konsekwentnie punktowało jej wybory. To czym być może zawiniła w życiu, a co zarzucają jej niektórzy: kolaborację z okupantem, brak współczucia, samolubstwo, nieliczenie się z innymi, odkupiła ogromnym nieszczęściem ostatnich chwil życia. Bezradność, bezbronność, beznadzieja, a jednocześnie matczyna miłość, która wiodła ją ku końcowi jej życia. Czyż one nie mogą wygładzić szorstkości w traktowaniu, z jaką spotkała się jej osoba dotychczas.

Bibliografia: Stanisław Janicki Odeon, RMF Classic Marcin Szczygielski, Na śmierć zakochana w życiu, Bluszcz, 24.o9.2010 Tomasz Zbigniew Zapert, Blondynka o przenikliwym spojrzeniu, Plus Minus, 29.07.2000 Stanisław Iłowiecki, Ina Benita i Niemcy, Plus Minus, 05.08.2000 i Inne

„Zorkownia” Agnieszki Kalugi, czyli na chwilę otwarte niebo.

W hospicjum jest pełno zajętych łóżek. W hospicjum jest pustka pustych łóżek. Pojawiają się i odchodzą terminalnie chorzy. Rzadko który z nich odchodzi do życia.

Są lekarze „białe kolumny”, „najbardziej samotni”. Są pielęgniarki, które czasem zapominają o noszeniu w kitlu empatii. Są także szafarze posługi duchowej, jak cienie; za monumentalne, za smutne. Wreszcie wolontariusze. Reszta przychodzi bo nie chce, a musi.

Hospicjum wymaga ciszy i delikatności. Oczekuje lekkości kroków gdy panoszy się ból. Spodziewa niewidzialności materii gdy zapalone są świece. I żyje.

Pojawiają się pacjenci. Każdy ma imię i inny życiorys. Każdy ma niepowtarzalny charakter i reakcję wobec faktu. Wady? Okazują się nieistotne.

Doświadczając choroby i bólu, w gratisie otrzymując upokorzenia. Samotny spacer chorego ku ostateczności rozrywa więzi ze światem. Krępuje niemocą bliskich. Miażdży.

Eteryczny człowiek odwiedza sale. Wolontariuszka. Nie wybiera, nie selekcjonuje. Otacza jak powietrze, nienachalnie poznaje- „zna swoje miejsce”. Potem trzyma za rękę gdy boli. Całuje w czoło, pieczętując przyjaźń. Mostem łączy śmierć i życie. Rosną jej skrzydła. Z potrzeby serca, zwykłej ludzkiej życzliwości nagina bezduszne zasady. „Nie wolno” wobec śmierci- jakież to staje się trywialne.

Zorkownia, Zorka, Zoreczka- siedziba pięknego ducha. Zarzewie nadziei w sprawach beznadziejnych na kształt świętej Rity. W końcu klucz do oswojenia strachów starych jak cała ludzkość.

Pstryk

Książka ta jest jak utwór muzyczny. Ludzie pojawiają się jak nuty. Krótsze żywoty i dłuższe, ósemki, półnuty. Dźwięczą i przemijają. Zmiany rytmu jak w wariacji z ciągłym tykaniem metronomu w tle. Każda nuta ma swój czas i brzmienie. Prawdziwa symfonia życia. Nie ma tu głównego bohatera, jest ich wielu, tak samo ważnych. Motywem łączącym wszystkie historie są wolontariusze. Atomek jest jednym z nich. Zaznacza się akcentem w większości historii. Zapisany gdzieś na marginesie jego los, napawa optymizmem i wiarą w dobre zakończenia.

Autorka stosuje oszczędną narrację. Sens nie ginie w potokach słów, ani opisów. Nieformalny, blogowy styl jest zaletą z wielu powodów. Skupia się na emocjach. Te próbuje łowić i opisać najprościej jak się da. Tak po ludzku, na bieżąco. Krótkie, wręcz ascetyczne zdania, obdarte do kości z ozdobników, jak pacjenci ze złudzeń. Minimalizm w stylu Wisławy Szymborskiej podkreśla emocjonalną inteligencję autorki i psychologiczną intuicję. Krótkie rozdziały, przejrzystość i lekkość stylu zdają się być celowymi zabiegami zachęcającymi do czytania. W zetknięciu z ciężkością i ważnością tematu, to mądre działania świadomej literacko osoby.

Agnieszka niewiele mówi o sobie, nie cechuje wyraźnie swoją osobowością historii pacjentów. Jest przeźroczysta, pokorna i skromna. Ujawnia tylko najbardziej traumatyczne wydarzenie ze swojego życia, do którego wciąż powraca. Ono staje się początkiem, motorem i mostem łączącym ją z cierpiącym człowiekiem.

Umierającej córeczce obiecuje, że będzie dzielna, że bez niej da sobie radę. I daje. Odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości, którą musi się podzielić. Chce nią obdarować kogoś, kto najbardziej tego potrzebuje. Tak trafia do hospicjum.

Poznaje je od podszewki. Stąpa lekko, delikatnie jak kot. Amortyzuje bezduszne hospicyjne procedury, które odzierają ludzi, za życia i po śmierci, z godności. Doskonale wie, że jej działania nie są wystarczające. Zorki jest za mało. To jej jednak nie zraża, bo wie, że warto. Każdy człowiek jest jedyny, niepowtarzalny i wartościowy. Na redukcję pacjenta do jednostki chorobowej nikt w hospicjum nie daje zgody. Zorka idzie dalej. Taktownie i bez presji poznaje swoich podopiecznych. Ma klucz do prawie każdego z nich. Bez strachu wchodzi z nimi w bardziej zażyłe relacje, wyznaczając granice swojego bezpieczeństwa. Chłonięcie emocji jak gąbka jest niebezpieczne. Pacjent to nie tylko kłębek cierpienia. To osobowość, która, choć z wyrokiem, żyje całym sobą. Ma marzenia i plany. Posiada pragnienia. To osoba reaktywna, która umie przystosować się rzeczywistości, która odkrywa w sobie pokłady nieuświadomionej dotąd siły. Agnieszka to dobrze wie. Pozwala pacjentowi być sobą. Posiada niezwykłą umiejętność słuchania. Czasem tylko milczy. Budzi zaufanie. Nierzadko jest brakującym, niezbędnym elementem w komunikacji między chorym, a jego bliskimi.

„Zorkownia” to dowód na początek głębokich, pozytywnych zmian mentalności ludzkiej. Wyraźnie zwraca uwagę czytelnika jak wiele złego przynosi ze sobą myślenie stereotypowe. Jak dotkliwie są doświadczani chorzy poprzez zaniedbania i obojętność zdrowych. Nie wszyscy pamiętają, że los szyderczo umie śmiać się z każdego z nas. Zorka odważnie wchodzi na tereny okryte wstydliwym „tabu”. Miłość, sex i choroba.

Opowieść Agnieszki to na nowo opowiedziany „Oddział chorych na raka” Aleksandra Sołżenicyna. Nie można tego porównania pominąć. Podobne miejsce, podobne problemy. To samo upokorzenie, ból i strach. Ta sama śmierć. Dzieło napisane w latach sześćdziesiątych, zakazane w ZSSR. Obnaża bezduszność szpitala w stosunku do ciężko chorych, wyrzucanych na margines życia. Wobec wizji Sołżenicyna, wizja Agnieszki Kalugi jest z goła inna. Bardziej jasna, optymistyczna, pomimo ogromu nieszczęść. Więcej tu powietrza, mniej zawiści i zazdrości. Jest zapach wiosny i kwiatów. Ona sama jest kwiatem. Umie dostrzec otwierające się na chwilę niebo.

Hospicjum, takie miejsca naprawdę istnieją. Tam kipią ludzkie emocje. W takich miejscach pojawia się spełnienie i szczęście. Pojawia się żart i uśmiech. Ogrom wdzięczności, przyjaźń i zrozumienie. Najmniej tam śmierci. To nie paradoks to właściwe widzenie porządku rzeczy. Każdy tam zna swoje miejsce. Trzeba to tylko zobaczyć oczami Zorki. Trzeba tylko chcieć spojrzeć i przestać być samolubem. Boże daj nam tysiąc Zorek.

Zawsze Młoda

Plakat II wystawy TAP „Sztuka”, 1898, modelka Ata Zakrzewska
O tym marzy każda kobieta. 
Młodość wieczna, jeśli taka w ogóle istnieje, tkwi w myśli, duchu, w
ulotnej idei wrażliwego artysty, który potrafi zamknąć w swoim dziele część
przeszłości, cegiełkę młodości szczęśliwej modelki- muzy. Na próżno, drogie
panie,  botoksy, kwasy hialuronowe i
przyjaźń z chirurgiem plastycznym. Warto zgodzić się z tym zawczasu, że zawsze
młoda pozostaje jedynie idea.
Nihilistycznie zaczęłam, choć nie powiedziałam nic nowego, ale,
 co gorsza, mogłam do siebie zrazić tym
brutalnym „intro” płeć piękną. Choć paradoksalnie, miałam na celu zachęcenie, pobudzenie
do łowienia piękna, które nie wyraża się jedynie lustrzanym odbiciem, jawi się
za to urodą duszy pełnej cudownych przymiotów kobiecości.
„Ruda”, Teodor Axentowicz, 1899, modelka Ata Zakrzewska 
Zachwyciły mnie kobiety Młodej Polski, które uchwycone przez
mistrzów, nie imają się czasu i nie boją starości. Zazdrośnie spoglądam na ich
spokojne twarze, szukam ukojenia i rady. Najmocniej przyciąga mnie twarz „Rudej”. Anielsko spokojne oblicze i usta, które zaraz wypowiedzą trująco-słodkie  słowo. Cóż za zbieg okoliczności, że to właśnie
ten obraz przyciągnął mnie w muzeum najmocniej. Modelką uwieczniona na obrazie
jest Ata Zakrzewska. Cóż za ładny zbieg okoliczności. Co Ata chce mi
powiedzieć? Wracam do niej jutro!
Feniks powstaje z popiołów

Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda
Przez las omszałych wieków tajemniczo płynie
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii.
Niech się usta człowiecze zawrzą jak mimozy,
Jak róże, gdy z kapliczki Anioł Pański spłynie,
Jak perskie na księżyca widok tulipany.
Na skrzydłach melodyjnych wdzięcznej melancholii
Przez ogród moich marzeń przepachnąco płynie
Wieczna i nieśmiertelna pieśń miłości młoda.

Wacław Rolicz-Lieder
Portret Ireny Solskiej, Leon Wyczółkowski
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie w Kamienicy Szołayskich
znajdujący się przy Placu Szczepańskim otworzył, po remoncie, swoje podwoje dla
zwiedzających. Rozpoczął 26.09.2012 uroczystością związana z udostępnieniem dla
publiczności nowej, ciekawej ekspozycji. „Zawsze Młoda!” to wystawa prezentująca
bogaty zbiór obrazów, grafik, druków, rzeźb, rękodzieła, druków, plakatów z
okresu około 1900 roku.
Jan Matejko tworzył wówczas monumentalne dzieła, lecz pod jego surowym skrzydłem rodził się już nowy prąd. Jego wychowankowie krytycznie patrzyli na
twórczość mistrza. Nowe stowarzyszenia artystów, wystawy sztuki oraz
kawiarniane burze głów, owocowały umocnieniem się nowej myśli  artystycznej, której koronne przykłady możemy
obejrzeć w  Kamienicy Szołayskich.
Na wystawie znaleźć można dzieła twórców takich jak:
Stanisław Wyspiański, Leon Wyczółkowski, Jacek Malczewski, Olga Boznańska,
Teodor Axentowicz i wielu innych.
Wystawa będzie czynna jeszcze rok, a więc jest czas na zaplanowanie
sobie wycieczki. Przypominam, że w niedzielę można zobaczyć ekspozycję za
darmo. Wystarczy tylko przyjść. 
Czy znajdziecie na wystawie taki krótki tekst ?
W sztuce jest spokój
W sztuce ukojenie
W sztuce jest życie
W sztuce zapomnienie

Loda Halama

Popołudnie fauna Debussy’ego

Teatr „Banda”, wąska kiszka, niedoskonały budynek na teatr, a jednak gromadzący „komplet”.
Piękna Loda Halama tańczy dziś w duecie z Adolfem Dymszą. Wchodzi pierwsza i tańczy męską rolę już nie pierwszy raz w życiu. Właściwie jest do tego przyzwyczajona.  Bajeczny faun ze spokojem i wdziękiem cieszy się pięknem natury. Publiczność w niemym zachwycie obserwuje fenomen ludzkiego ciała, giętkość, koordynacje, sprawność zgrabnej Halamy. Trwa to minutę. Trwa muzyczna cisza.
Na scenę wchodzi driada-Adolf Dymsza. Ma na sobie strój baletowy, kostium ze spódnicą, spod którego wyzierają męskie silne muskuły i zarost. Wystarczy, że wchodzi. Komiczny talent sączy się z jego każdej komórki. Gest, ruch, spojrzenie niewinnej dziewicy.  Wchodzi w burzy oklasków i śmiechu. Jest uwielbiany. Dalej tańczą razem. Loda -profesjonalistka- „gotuje się”, nie może, jak zwykle z Dodkiem, dokończyć numeru, choć zawsze daje z siebie wszystko. Jest wściekła. Nienawidzi go i uwielbia.Wspaniałego kolegę i artystę.
*
Rodzina Halamów; mama, tata, Zizi, Loda, Alicja i Helenka.
 Zdjęcie wykonane specjalnie dla dokumentów repatriacyjnych.

Urodziła się skazana na taniec. Była jedną z trzech tańczących sióstr „Halamek”, jak nazwała je Warszawa. Była córką artysty cyrkowego i tancerki, których sposobem na życie było podróżowanie. Wieczne tournee, w którym narodziny kolejnych córek, nie przeszkadzały. Matka Lody zadała sobie wiele trudu, by przy takim, koczowniczym trybie życia, dziewczynki odebrały dobre wychowanie. Zasady, obiady, nauka, tradycje rodzinne, pobożność wpajane były  z należytą konsekwencją przez stanowczą matkę. Choć trudno było się przystosować, Loda oceniła to wychowanie jako właściwe i wartościowe. Nie było to dzieciństwo sielskie, raczej trudne życie tułacze. Mała Lodzia była szalona, dziecko dynamit. „Aby mnie uśpić, koledzy z baletu musieli tańczyć przede mną top Dance, kołysząc mnie jednocześnie. (…) Wszyscy padali ze zmęczenia, a ja, niezmordowana, dalej krzykiem domagałam się swojego przedstawienia”.
*
Morskie oko: numer „Mary Lou”
Występują: Loda Halama i Eugeniusz Bodo

Numer wymaga dużej sprawności fizycznej tancerki i tężyzny jej partnera. Bodo w takich występach okazuje się nieoceniony.  Może nie taki zwinny, ale za to bardzo silny. Trenuje boks. Akrobatyczny numer. Bodo wywija Halamką, jak piórkiem.  Publiczność to uwielbia.  Bodo unosi Lodę w górę nad głową, ma dziś spocone dłonie -zdenerwowany zakulisowym bzdurnym problemem. Jest niepewny, ale przecież to już rutyna. Ćwiczyli to mnóstwo razy. Wymyka mu się z rąk. Spada  z wysokości głową na deski sceny. Traci przytomność. Krzyki, Bodo blady, przerażony. Lekarza!
:
Skandal w Morskim oku
„Loda Halama zmuszona do występów, mdleje na scenie (…)podczas akrobatycznego tańca uderzyła głową o podłogę tak silnie, iż zachodzi obawa, że nastąpiło wstrząśnienie mózgu. Pani Halama oddała się pod opiekę lekarzy, którzy nakazali jej przerwać prace w teatrze. Tymczasem dyrekcja teatru zmusiła chorą artystkę do ponownego występu po… jednodniowej zaledwie przerwie. Skutek żądania dyrekcji teatru był  fatalny, gdyż p. Halama nie ukończyła pierwszego numeru, tracąc na scenie przytomność…”
*
Droga kariery Lody rozpoczęła się od występów wspólnych z siostrami i matką. Jeździły po Rosji i Polsce, dopóki nie osiągnęły „dobrego” nazwiska, co dało im możliwość ustabilizowania się w Warszawie.  „Halamki”  nowy etap życia rozpoczęły w 1929 roku, dojrzały, wyszły za maż, w końcu rozeszły się w sposób dość naturalny.
„Postanowiłam tańczyć za wszystkie trzy. Że nie padłam wtedy trupem, to tylko ta moja niesamowita kondycja sprawiła, no i te osiemnaście lat.”
Występowała w Paryżu,  Stanach Zjednoczonych, Japonii. Zawsze jednak wracała do Polski, bo tu czuła się najlepiej. Tu zainteresował się nią lokalny przemysł filmowy. Ta ścieżka kariery zapewniła jej sławę większą niż wszelkie występy w Warszawskich lokalach. U boku Aleksandra Żabczyńskiego w „Manewrach miłosnych” stała się jedną ze sławnych amantek filmowych.
*

„Warszawa poszukuje Lody Halamy”
„Artyści zaczęli na własną rękę poszukiwania. Popularny „Dodek” Dymsza objechał wczoraj rano samochodem wszystkie letniska podwarszawskie, obejrzał wszystkie pensjonaty, zaglądał nieomal do każdego pokoju, czy czasem gdzie nie ukrywa się koleżanka. Niestety poszukiwania nie dały rezultatu.”
Loda Halama faktycznie zniknęła wprost z garderoby. Ktoś ją widział zapłakaną, nieobecną. Nikt nie przypuszczał, że zginie. Rzuciła się z mostu? Ktoś ją zamordował? Mijały godziny. Nie pojawiła się na przedstawieniu co skonsternowało i właścicieli teatru, jak i publiczność, która wygwizdała jej nieobecność. Działo się coś złego.  Najbardziej cierpiał Al Żabczyński. Czuł, że to przez niego. Ich romans wychodził na jaw, Warszawa grzmiała, a on siwiał.
W przeddzień zniknięcia Lody odbyła się ich bardzo poważna rozmowa. Pewnie nikt o tym by nie wiedział, gdyby nie opowiedziała o tym sama Loda: „Widziałam ile go to wszystko kosztowało, choćby świadomość, że krzywdzi żonę, o której zawsze pięknie mówił. Ja miałam teraz decydować o jego rozwodzie. Czułam, że to nie jest w porządku, że ponad moje siły, tym bardziej, że Al Był szlachetnym, ale słabym człowiekiem i krzywda jego żony mogłaby zaważyć na naszym uczuciu. (…) Wiedziałam, że to już koniec. Prawdziwy.”
„Dokąd szłam, nie wiem- byle dalej.(…) Kupiłam bilet i wsiadłam do pierwszego pociągu, który odjeżdżał.” Wylądowała w Częstochowie. To dobre miejsce na regenerację duchowych sił. Nocowała u jakichś nieznanych staruszków przez trzy dni, aż do odzyskania sił. Z letargu wybudziły ją krzyczące nagłówki krajowej prasy: „Warszawa poszukuje Lody Halamy”.
Powróciła silniejsza, bardziej dorosła i tańczyła, a Al. Żabczyński pozostał gdzieś na dnie jej serca. Wojna zrewidowała wszelkie uczucia, marzenia, zamiary… CDN

Bibliografia i zdjęcia:
„Moje nogi i ja”, Loda Halama, WAiF, Wa-wa 1984.
„Dodek Dymsza”, Roman Dziewoński, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2010

Prawdziwy głód

Wspomnienia Heleny

Dominice

Wychodząc z domu w towarzystwie dwóch esesmanów, naiwnie, charakterystycznie do wieku szesnastu lat, myślałam, że to jakaś pomyłka. Nie wierzyłam, że coś złego może mi się przydarzyć. Wszystkim, tylko nie mnie. Wierzyłam, że ojciec, maszynista na kolei, wiele może, że nawet Niemcy się z nim liczą.
Mamusia nie wierzyła. W ostatniej chwili wcisnęła mi tobołek ze swetrem, prześcieradłem, bielizną, kawałkiem chleba i dwiema cebulami. 

Cebule już na schodach wypadły mi z zawiniątka. Skacząc jak piłki, nawet śmiesznie, wylądowały na podwórzu, śmiertelnie strasząc  kundla sąsiadów, którego nerwy, tak jak ludzkie, były już od dawna nadwerężone wojną.  Potem, już w drugim dniu podróży bydlęcym wagonem, pożałowałam tamtej straty- dwóch błyszczących, chrupkich, soczystych cebulek.
Wiedziałam gdzie jadę. Kierunek Lipsk, fabryka Hasag. Transport ze Skarżyska Kamiennej. Takich jak ja były setki. Miałyśmy pracować i dostawać pensję. Jeszcze się łudziłyśmy.
Nie wiem jak długo jechaliśmy. Noc mieszał się ze dniem w pomieszczeniu bez okien.
W tym czasie i w tym miejscu, słowa takie jak humanizm, czy człowieczeństwo, stały się dla nas pustym frazesem.
Kiedy uparta, niezmordowana  fizjologia wymuszał na człowieku to, co zawsze wymagało intymności, a co wtedy stało  się sprawą wręcz publiczną i tak okropnie upokarzającą, nareszcie  zdałam sobie sprawę z tego, co się działo. Myśli o zasłyszanych wiadomościach z takich miejsc jak Oświęcim, dostały skrzydeł i toczyły się jak śniegowa kula, obrastając w coraz bardziej czarne, makabryczne scenariusze.
Chleb, który dostałam w domu, został wyrzucony ze względów sanitarnych. Całkiem logiczne, biorąc pod uwagę moje powyższe rozważania o naturze fizjologii. Nasz głód był dla nich bezpieczny, higieniczny  i czysty.
W Lipsku spryskali mnie jakimś środkiem dezynfekcyjnym, wciąż pozbawiając prawa do wstydu. Dali robocze ubrania z wyszytym „P”. Zakaz opuszczania miejsca zamieszkania był oczywisty.
Fabryka Hasag, Lipsk ,źródło: www.akpol.de

Tak się zaczęła moja gehenna w fabryce amunicji w Lipsku.  Walcownia była głośna i niebezpieczna. Praca ponad siły kobiece, ponad siły młodzieńcze, a wykonywana z mozołem i dowodem przydatności. Potężne młoty rozbijały żelazo. Prasowano tu kawały żelaza do cienkich blach. Ja i moje koleżanki pracowałyśmy taskając te płaty blachy, półprodukty do bomb. Bomb, które zabijały w Polsce.

Czasem, tylko przez chwilę przemknęła ta okropna, abstrakcyjna myśl- zabijają w Polsce. Częściej, zagłuszało ją potężne burczenie brzucha, osłabienie i coraz częstsze stany podgorączkowe, które skrzętnie ukrywałam w obawie przed orzeczeniem niezdatności do pracy.  Już po wojnie zaowocowały wykryciem gruźlicy.
Naloty aliantów były coraz zacieklejsze. Cieszyłyśmy się, choć walili właśnie do nas. Nigdy stuprocentowo skutecznie.
Wypuszczano nas wtedy z budynku, żeby zaraz po nalocie szukać z karabinem.
Kiedyś, podczas takiego nalotu, mocno się narażając, zapuściłam się do jakiegoś sadu. Rosły tam jabłka, jeszcze zielone,  kwaśne-guguły. Nazbierałam do fartucha dla siebie i koleżanek.
Wracając do baraku, zatrzymała mnie  nasza dozorczyni- sadystyczna, otyła blondynka.  Z przyjemnością wymierzyła mi siarczysty policzek wraz z wymiotami  niemieckich przekleństw, których nie chciałam rozumieć. Ten policzek pamiętałam bardzo długo. Twarz paliła, a oko natychmiast podsiniało. Wszystko o te kilka małych „kwasielców”, które mogły, choć chwilowo, zaspokoić głód i uzupełnić w witaminy wątłe ciało.
Tak łatwo zapomina się dobrobyt i tak prosto dostosowuje do sytuacji. To zadziwiające, że do głodu nigdy nie można się przyzwyczaić.
Prawdziwy głód lęgnie się w żołądku i niemiłosiernie burczy, dając w towarzystwie wstydliwy efekt. Burczenie z wolna mija, a nienasycony potwór pełzne do głowy, by tam zarażać swoim pragnieniem wszystkie myśli  i czynności dnia. Te myśli przywołują koszmarne obrazy i zaciekłe, szalone myśli głodnych szaleńców. Żołądek staje się człowiekiem. Człowiek- wyjącym drapieżcą.
Helena z prawnuczką, 2001 rok
-Nie cierpię ludzi głodnych. Przy mnie nikt nie może być głodny. Rozumiesz?
-mawiała Heluśka, kładąc kolejną porcję bajecznych naleśników z serem i bitą śmietaną. Najlepszych na świecie.

Ina Benita

Zdjęcie: Przedwojenny magazyn filmowy „Kino”
Jak odpowiedzialnie napisać o historii człowieka, który już sam  nie będzie mógł się obronić? To powszechny problem autorów biograficznych opracowań. Jedynym lekarstwem na to jest rzetelny obiektywizm, ale jak tu być obiektywnym, kiedy główny bohater opracowania wznieca tyleż samo pozytywnych co negatywnych emocji…
 Osoba osnuta legendą, jak większość gwiazd kina lat trzydziestych. Wielka sława, zaszczyty, bogactwo i upadek spowodowany wybuchem wojny. Niby szkielet życiorysu ten sam, a jakże inne losy i inne reakcje na otaczająca rzeczywistość. 
Sławę Iny Benity przygasiła wojenna zawierucha, nadając tej sławie inny, negatywny oddźwięk. Pamięć o niej zadeptano, bo w oczach wielu, dopuściła się zdrady.
 Jej historia zaczęła się na wschodzie. Urodziła się prawdopodobnie w Kijowie. To co skrzętnie ukrywała, a co stało się jej największym wojennym lękiem, to dziedzictwo krwi żydowskiej, po babce.
 Do Polski przyjechała z paryskich szkół wraz z ojcem pod koniec lat dwudziestych. Prawdziwe nazwisko Janina Bułhak zamieniła dla potrzeb sceny, na bardziej filmowe-Inę Benitę. Jej uroda skazała ją na sukces w branży teatralno-filmowej. Miała bardzo wyraziste rysy twarzy, mocno zarysowane kości żuchwy, szeroki uśmiech, duże, ładne, białe zęby, spojrzenie kota. Była naturalną szatynką, ale to „ złociste włoski i uśmiech boski” spowodowały, że stała się najpiękniejszą z gwiazd polskiego dwudziestolecia wojennego. Bo jak wtedy, tak i pewnie teraz „ mężczyźni woleli blondynki”.
W Polsce ukończyła aktorską szkołę dramatyczną i zaraz później dostała angaż. Z początku były to małe rólki rewiowe. Rozwojowi kariery aktorki pomagały obyczajowe skandale, w których grała role nie tylko drugoplanowe. W każdym razie pomagały one w wybiciu się z tłumu młodych pięknych aktoreczek.
 Jej oryginalna, oczywista uroda została zauważona wkrótce, co zaowocowało angażem do filmu „Puszcza”, potem główną rola wraz z Eugeniuszem Bodo w filmie „Jego ekscelencja subiekt”. Potem role posypały się szczodrze. Partnerowała takim męskim sławom kina, jak wspomniany już Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Franciszek Brodniewicz, Władysław Grabowski, Antoni Fertner i innym. 
Musiała stawiać czoło porównaniom do innych zdolnych i sławnych aktorek, takich jak Lena Żelichowska, która grywała podobne typy bohaterek i nawet była z urody nieco do podobna do Iny. Benita zagrała w szesnastu filmach, w których większość ról, były rolami głównymi. Prasa rozpisywała się o niej w bardzo pochlebny sposób:
 „Stworzyła pewien określony, atrakcyjny typ postaci. Piękna, piekielnie zgrabna, zwinna, o kocich ruchach, ekscentryczna wampirzyca. Swojska-kobieta demon (…)” (ODEON Stanisława Janickiego „Ina Benita” RMF Classic) 
 W szczycie jej kariery, życie prywatne również trzymało wysoką temperaturę. Podobała się mężczyznom, dlatego do 1939 roku, była już dwukrotnie zamężna. Pierwszym mężem był Jerzy Dal-Atan, aktor i reżyser, ale ten związek zakończył się skandalem powiązanym pośrednio z pracą nad filmem „Hanka”. Mąż Iny związał się w tajemnicy z Jagą Borytą, narzeczoną Zbigniewa Staniewicza, który zaraz potem odebrał sobie życie. 
 Drugim mężem stał się Stanisław Lipiński operator filmowy. Razem z nim wkroczyła w trudny czas okupacji. Razem z nim również wyjechała ze stolicy do Lwowa, na wezwanie zrzeszenia aktorów, wzywającym do bojkotu scen. Szybko jednak powróciła, ale bez męża, jednocześnie porzuciwszy propozycje pracy nie związanej z aktorstwem.
 Trzeba tu zaznaczyć, że większość polskich aktorów zbojkotowała teatry jawne, parając się innymi zajęciami. Wiele aktorek pracowało jako kelnerki. Słynna była kawiarnia „U aktorek”, w której podawały min. Mieczysława Ćwiklińska, Helena Grossówna, Maria Malicka. 
 Benita wybrała swoją drogę, występują z innymi zdeklarowanymi aktorami w teatrach jawnych. Poziom tych teatrów był daleko inny, niż tych w wolnej Polsce, a cel, przede wszystkim propagandowy. Z relacji nielicznych świadków wynika, że Ina nie stroniła od towarzystwa okupantów. Chętnie przyjmując ich pod swoim dachem:
 „Oblężenie w roku 1939 przeżyliśmy na Konopczyńskiego, gdzie m.in. stacjonowała podchorążówka saperów. Kiedy Warszawa skapitulowała, na placyku dokładnie naprzeciw okien Benity wykopano wielki dół, w którym złożono, dobrze zabezpieczoną i opakowaną broń, a głównie granaty. Nie trzeba było długiego okresu czasu, kiedy wszyscy zauważyli, że do lokatorki na parterze zaczynają przychodzić z wizytami oficerowie niemieccy. Wszyscy byli zaszokowani, kiedy któregoś dnia na placyk, na którym była zakopana broń, zajechał oddział SS i wykopał wszystko. Wszyscy mówili, że to za sprawą Benity. „ ( Stanisław Iłowiecki, Plus Minus, Ina Benita i Niemcy, 05.08.2000)
 Pewnym faktem jest to, że Benita zakochała się w jednym z oficerów Wermachtu, z którym wyjechała do Niemiec. W 1944 tuż przed Powstaniem Warszawskim powróciła do Warszawy. Nikt nie wie dlaczego. W międzyczasie wykryto jej „żydowską krew” i oskarżono o „ pohańbienie rasy niemieckiej” w związku z jej planami małżeńskimi z oficerem Wermachtu.
 Aresztowano ją, osadzając na Pawiaku. Podczas aresztowania Ina Benita była w ciąży. W więzieniu urodziła synka, który pomimo trudnych, tragicznych warunków, przeżył. Tuż przed powstaniem, może za przyczyną wpływowych jeszcze przyjaciół, została uwolniona. 
Cóż było jej po wolności, kiedy nie miała się gdzie podziać. Warszawa była już zrujnowana. Podobno chciała się wydostać z okupowanej Warszawy. Znalazła się jednak w centrum piekła, z którego nie sposób było się wydostać. Wiadomości o jej śmierci są niejasne i owiane tajemnicą. Ktoś gdzieś ją widział, ktoś twierdzi, że zginęła od granatu:
 „Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Usiłowała nucić operetkowe arie. Od czasu do czasu śmiała się do łez. Niewątpliwie po stracie dziecka, które z wycieńczenia zmarło w ramionach matki, popadła w obłęd. Baliśmy się, że jej głośne zachowanie może zwabić czatujących na powierzchni Niemców, ale nagle zniknęła. Nie wiem, czy zatruła się oparami, czy też utonęła. Pewne jest, że w przeciwieństwie do życia śmierć miała bardzo niefilmową.” ( Tomasz Zbigniew Zapert, Plus Minus, Długowłosa blondynka o przenikliwym spojrzeniu, 29.07.2000) 
 Nie chcę ocenić tej postaci i nawet próbować nie będę. Przeżyła wachlarz rozmaitych zdarzeń od bycia na piedestale sławy, aż po zimną posadzkę wojennego Pawiaka. To bardzo wiele. Wiele aż na tyle, że prawie nieprawdopodobne, niemal wyjęte z niesamowitej powieści. Opowiadanie stworzone jej życiem, stawiało ją w wielu niecodziennych sytuacjach, które zwykłemu człowiekowi się nie zdarzają. Stawiało ją wciąż przed trudnymi decyzjami i konsekwentnie punktowało jej wybory. To czym być może zawiniła w życiu, a co zarzucają jej niektórzy: kolaborację z okupantem, brak współczucia, samolubstwo, nieliczenie się z innymi, odkupiła ogromnym nieszczęściem ostatnich chwil życia. Bezradność, bezbronność, beznadzieja, a jednocześnie matczyna miłość, która wiodła ją ku końcowi jej życia. Czyż one nie mogą wygładzić szorstkości w traktowaniu, z jaką spotkała się jej osoba dotychczas?
 
Bibliografia: Stanisław Janicki Odeon, RMF Classic Marcin Szczygielski, Na śmierć zakochana w życiu, Bluszcz, 24.o9.2010 Tomasz Zbigniew Zapert, Blondynka o przenikliwym spojrzeniu, Plus Minus, 29.07.2000 Stanisław Iłowiecki, Ina Benita i Niemcy, Plus Minus, 05.08.2000 i Inne

Ewa Kisza

„(…) śmierć nie przychodzi wraz ze
starością, lecz z zapomnieniem (…)”
List do przyjaciół
Gabriel Garcia Marquez
 
Noce czynią dzień coraz krótszym, liście pachną za dnia mdłym zapachem jesieni. Wieczorami snują się dymy z ludzkich siedzib- listopad.
Wieczna podróż pamięci i miłości do miejsc gdzie została już tylko przeszłość.
A co, gdy nad grobem nikt już się nie zatrzyma, nie wspomni imienia wykutego w pomniku, co gdy nikt nie wspomni chwili szczęścia, płaczu, a nawet istnienia?
O tej kobiecie prawie nic nie wiem. Wiem, że urodziła się w XIX wieku. Gdy wybuchła I Wojna Światowa, była już pielęgniarką. Pracowała podczas działań wojennych. Jej oddanie pracy było ogromne z nadrzędną wartością- ludzkiego życia. Nie liczyła się z polityką ni narodowością. Ranni żołnierze był tylko ludźmi. Wynosiła ich na plecach spod ostrzału. Po mundurze poznawała, do którego obozu ma ich transportować. Jej odwaga często zamieniała się w brawurę. Wspaniałym boskim nakazem, zawsze uchodziła z życiem.
Może by dzisiaj nikt o niej ni słowem nie wspomniał, gdyby nie gruntowne sprzątanie domu, od strychu po piwnicę. W małym skromnym pudełku dalekiej rodziny, odnalazły się najwyższe odznaczenia wojskowe „za odwagę” i szczególne zasługi. To nie były to tylko polskie odznaczenia. I może kiedyś będzie dane mi wymienić wam jej zasługi i przybliżyć koleje jej życia.
Liczę w tym względzie na pomoc jej Rodziny.
Palę dzisiaj świeczkę dla dzielnej Ewy Kiszy. Może ktoś odnajdzie jej grób i zrobi to samo, by nie umarła pamięć o dzielnej pielęgniarce.

Bł. Salomea

W krakowskim, wspaniałym kościele OO Franciszkanów od XIII w. spoczywają relikwie błogosławionej Salomei, córki Leszka Białego, siostry Bolesława Wstydliwego, księżnej, wywodzącej się z dynastii Piastów.
Franciszkanie osobę Salomei darzą specjalnymi względami. Śmiertelne jej szczątki leżą obok brata Bolesława, w specjalnej, jej poświęconej kaplicy, w kościele przy ulicy Franciszkańskiej w Krakowie.
Niektórzy historycy, umieszczenie szczątek bł. Salomei w kościele wiążą z datą konsekracji kościoła. Rzecz to nie pewna, lecz jednak znamienita, w którą pięknie jest wierzyć.
Na witrażach kościoła, stworzonych w XIX w. przez Stanisława Wyspianskiego, przy ołtarzu głównym, Salomea przedstawiona jest w habicie Klarysek. Stoi dumnie i spokojnie, a z jej rąk wypada królewska korona. Ten symbol ma oznaczać, że poświęciła się ona życiu zakonnemu, rezygnując z zaszczytów i splendorów życia królewskiego.
Ponieważ pochodziła z rodu potężnych Piastów, jej życie, tak jak wszystkich królowych, należało nie do niej samej, a do misji jaką musiała wypełnić, a jaką naznaczali ojcowie, królowie. W wieku 3 lat wyznaczono jej męża- księcia węgierskiego Kolmana. Po wielu latach, małżeństwo to doszło do skutku. Mariaż jednak, nigdy nie wypenił się do końca, ponieważ Salomea złożyła wieczyste śluby czystości. Poczciwy Kolman, zgodził się na białe małżeństwo, w którym wytrwali przez ponad dwadzieścia lat, aż do jego śmierci, która to nastąpiła podczas bitwy z Mongołami nad rzeką Sajo.
Owdowiała Salomea, powróciła do Polski i przyjęła śluby zakonne. Wstąpiła, do ufundowanego przez jej brata klasztoru w Zawichoście. Później, dekretem papieskim, Ona i inne Klaryski, została przeniesiona do nowego, bardziej bezpiecznego klasztoru w Skale pod Krakowem. Tu dbała o rozwój klasztoru, i o nową osadę, która powstała za jej przyczyną. Tu dokończyła swojego żywota. Obecne przy jej śmierci osoby relacjonowały, że w momencie śmierci, z jej ust wyszła gwiazda, która stała się jej atrybutem. Po śmierci zasłynęła z cudów uzdrawiania.
Myśląc o Niej, ogarnia mnie zaduma. Cóż tak doczesnego jak władza i pieniądze, teraz, ale i dawniej, jest bardziej pożądane na świecie? Wszystkie współczesne, ludzkie zabiegi, zdają się potwierdzać, że nic ponad to…
A jednak, trochę ogłuszani, chcemy myśleć, że wartości niespieniężone są ważniejsze, czystsze i szlachetniejsze. Bo przecież my, Naród, którego bogactwem są wartości ponadmaterialne, bo inne dawno nam zabrali, stąd i stamtąd, musimy wiedzieć i pamiętać to najmocniej.

Helena Grossówna

Przymioty ciała i ducha, często, dobry Pan Bóg dzieli sprawiedliwie. Jednemu daje rozum, drugiemu klasę, trzeciemu piękną dusze, a jeszcze innemu urodę.
Jej nie poskąpił niczego, prócz lekkiego losu.

Helena Grossówna- jedna z najbardziej rozpoznawalnych aktorek kina przedwojennego. Miała świeżość, delikatność, wdzięk, urodę, dziewczęcość, a jej talent i urok bez przeszkód torował drogę do ludzkich serc. Nie dziwi więc zatem fakt, że była obsadzana w rolach głównych, jako partnerka największych amantów ówczesnego kina.

Zaczęła od tańca. W rodzinnym Toruniu uczęszczała do szkoły baletowej. Śpiewała w chórze kościelnym. Początkowo występowała w teatrach lokalnych jako statystka, potem również w balecie teatralnym. W Paryżu odbyła kursy baletowe pod okiem mistrzów. Po powrocie występowała na deskach Opery Poznańskiej. Założyła nawet własną szkołę baletową.

W Warszawie grywała w teatrach muzycznych. Stąd, do wielkiej kariery, dzielił ją tylko krok. Jej debiutem był film pt „Kochaj tylko mnie”, gdzie zagrała drugoplanową, lecz ważną dla fabuły rolę. Występowała w sławnych warszawskich kabaretach Qui pro Quo i Cyrulik Warszawski. Potem główne role posypały się jak rzęsisty deszcz. Zagrała w siedemnastu przedwojennych, kasowych filmach u boku takich sław jak: Eugeniusz Bodo, Aleksander Żabczyński, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Józef Orwid, Antoni Fertner.

Ze swoim temperamentem i urodą mogła grywać tylko młode, cudowne dziewczyny. Miała wyjątkową świeżość, serdeczny uśmiech, wyrazistą twarz, sylwetkę pełną werwy i życia, dlatego nie dziwne, że publiczność zakochała się w niej na zabój.
Obsadzano ją głównie w filmach lekkich, zwykle w komediach. Grywała młode temperamentne panienki, córki arystokratów i przedsiębiorców ( :Zapomniana Melodia”), grzeczne dziewczyny z dobrego domu, tajemnicze nieznajome ( „Piętro wyżej”, „Paweł i Gaweł”), wesołe służące („Dodek na froncie”). Jej kariera trwały by zapewne o wiele dłużej, gdyby nie wybuch II wojny światowej.

Grossówna rozdział życia z napisem -„kariera filmowa” zamknęła z trzaskiem, otwierając nowy-”walkę z okupantem”, a piękne filmowe kreacje zamieniła na żołnierski mundur. Rzadko którą kobietę było by na to stać. Służyła w jednej ze specjalnych komórek AK. Po trzydziestym dziewiątym, w teatrze jawnym, wystąpiła jeszcze kilka razy, ale, chyba szybko zorientowała się, że nie powinna tego robić. W okupowanej Warszawie, prócz służby w AK, pracowała jako kelnerka. Podczas Powstania Warszawskiego, pod pseudonimem „Bystra”, w stopniu porucznika, dowodziła batalionem AK „Sokół”.
Tak wspominają ją podkomendna Teresa Wenta:
„Był moment, kiedy była u nas krwawa dyzenteria. To było coś strasznego. (…) Komendantką dziewcząt była u nas aktorka Helenka Grossówna, przeurocza. Ona mówi: „Wyleczę was.” Było bardzo dużo wina wszędzie w piwnicach. Ona nam grzała wino. Grzane wino jest dobre jak się zrobi z przyprawami, z goździkami i z cukrem chyba. Nic nie było. Rano każda musiała wypić kubek grzanego wina. Od tej pory żadnego wina grzanego nie lubię, niech ono będzie najlepsze. Ale to pomogło.”

Po klęsce Powstania została aresztowana i umieszczona w przejściowym obozie jenieckim Gross-Lubars. Potem wywieziona została do Stalagu VIC Oberlangen. Warunki w obozie były tragiczne. Pomoc Czerwonego Krzyża nie docierała z racji błędnych informacji o likwidacji obozu.

Stalag został wyzwolony przez armię generała Stanisława Maczka, w której oficerem był jej przyszły mąż- Tadeusz Cieśliński. Tam się poznali i powrócili razem do Polski.
Jak się słusznie należy domyślać, w powojennej Polsce nie mogli zaznać spokoju. Żołnierz AK i oficer Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, nie mogli, z przyczyn politycznych, zaznać spokoju i szczęścia w zniewolonej ojczyźnie, o którą tak żarliwie walczyli. Z pewnością spotkało ich wielkie rozczarowanie i bieda.

Helena Grosówna powróciła do zawodu. Pracowała głównie w teatrze „Syrena”. Z przyczyn politycznych kontynuacja kariery, tak nagle przerwanej, nie była wcale możliwa. Pamiętam jej wymowny smutek na twarzy w jednym z kilku filmów, w których zagrała niewielkie role. W ekranizacji  „O dwóch takich co ukradli księżyc”, zagrała matkę urwisów. W takich filmach jak: „Czerwone pończochy”, „Zbrodniarz i panna”, „Niekochana”, zagrała niewielkie, ale (dla mnie) ważne role. W 1964 roku definitywnie zakończyła karierę.

Na emeryturze zajmowała się domem, ogródkiem i wnukiem. Pomimo ciężkich wojennych przeżyć, pomimo niedoli powojennej, pozostała uroczą, skromną, pogodną, cudowną kobietą, którą cudownie się wspomina, a wręcz obowiązkiem jest o niej pamiętać. Ja na pewno nie zapomnę.

Źródła RMF Classic: „Odeon” Stanisław Jasiński- Helena Grosówna
Artykuły prasowe
Materiały Muzeum Powstania Warszawskiego, Wspomnienia Teresy Wenty, Alina Jasińska Matuszewska ( www.1944.pl)
Zdjęcie: fdb.pl

Sonka

Kiedy król Władysław Jagiełło umierał, przeżywszy ok. 83 lata, a był to w tamtych czasach wyjątkowy wiek, przed śmiercią zdjął, noszony przez całe życie, darowany przez Jadwigę Andegaweńską pierścień i podarował Zbigniewowi, biskupowi krakowskiemu, jako pamiątkę i przypomnienie prośby o dbanie o potęgę synów.

Miłość do Jadwigi nosił w sercu, jak ten pierścień, przez całe życie. Jedyną swoją córkę, z drugiego małżeństwa nazwał imieniem, pierwszej, chyba najukochańszej żony.

A przecież Zofia była wierną i oddaną towarzyszką jego ostatnich dni. Ona też była przyczyną trwałości i ciągłości Jagiellonów, Matką Królów.

Nazywano ją księżniczką ruską. Pochodziła z terenów dzisiejszej Białorusi. Była ładna, wesoła, a wg ówczesnych kanonów, oceniano, że z jej łona można spodziewać się zdrowego potomstwa.

Źródła historyczne zarzucają jej, że była niewykształcona, niepiśmienna, co mnie trochę dziwi. Bo dziwnym jest fakt, że ktoś kto zleca pierwsze w Polsce tłumaczenie Biblii na język polski, a potem tego nie czyta. W każdym razie, nawet, gdyby to było prawda, to jej zasługi dla kultury i literatury polskiej są faktem .

J. I. Kraszewski w powieści historycznej „Matka królów” założył teorię, że Sonkę, jako żonę, podsunął Jagielle jego stryjeczny brat Witold, który poprzez młodą niedoświadczoną żonę chciał manipulować bratem. Sonka miała by być królową i szpiegiem z łaski potężnego, niestałego i niebezpiecznego Witolda.

J. Długosz opisuje charakter Witolda: „Witold budził w Polakach większy lęk niż własny król Władysław, gdyż z jednej strony było skłonniejszy do natychmiastowego wyierania zemsty za popełnione przestępstwo, a z drugiej strony ma dwakroć większą od króla moc osiągania tego, czego sobie życzy, dawania i zabierania (..)”

Zofia Holszańska pomimo potęgi adwersarza, nie ugięła się presji i swoje wszystkie siły zaangażowała w budowanie wielkości statecznego, wyważonego męża Władysława.

Jagiełło cenił sobie młodą żonę, to oczywiste. Był o nią szalenie zazdrosny. Przez całe życie miał słabość do kobiet. Byli zgodni jako małżeństwo. Razem zabiegali o koronę dla swych synów.

Drugą „słabością” króla była dobroć i uleganie wpływom możnowładców związanych z dworem. Ta cecha męża doprowadziła Sonkę do bardzo ciężkich przeżyć małżeński, kiedy oskarżono ją o cudzołóstwo. Zarzucano jej również otrucie młodej królewny Jadwigi.

Trzy lata po ślubie przyszedł na świat pierwszy syn Władysław, dwa lata później Kazimierz, a po roku syn również Kazimierz.

Nadzwyczajna płodność królowej i leciwy wiek małżonka wzbudziły pogłoski rozsiewane przez zazdrosnych wrogów Sonki. J. Długosz podaje, że wszystkich oskarżonych o zdradę ujęto i uwieziono. Najbardziej przyjaznego Zofii- Hińczę z Rogowa trzymano w strasznych Chęcińskich lochach. Dwórki poddano torturom. Na surową karę dla Zofii nalegał okrutny Witold, który nie ukrywał swej niechęci do królowej.
W końcu jednak po procesie pełnym upokorzeń i wstydu oczyszczono ją z zarzutów.

Zadanie życia, Zofia Holszańska wypełniła do końca jako żona, matka i królowa. Nieugięcie towarzyszyła Władysławowi do końca jego życia. Zachowała ciągłość nowo rodzącej się potężnej dynastii Jagiellonów. Zapewniła sukcesję swoim synom Władysławowi i Kazimierzowi. Była nieugiętą królową, która swój kapitał budowała mozolnie całe życie, choć Jan Długosz, zarzucał jej rozrzutność i łatwość w zaciąganiu długów.

Sonka to wspaniała „cicha” królowa, trochę zapomniana przez historię, trochę odstawiona na boczny tor. No cóż. Chwała królom, mężczyznom i zdobywcom, królowe spełniają tylko swój „cichy”, niedoceniany, obowiązek…

Halina Martin

„Here is a corner of an English field
That is for ever Poland”

Oto zakątek Anglii,

który na zawsze pozostanie Polską.

Nie posiadam się z dumy i radości. Mojego bloga, a tym samym mnie, odwiedził bardzo zacny gość, wydawca książki ze wspomnieniami Haliny Martin :”Nic się nie dzieje bez przyczyny”, Przypadek albo przeznaczenie” i autor wstępu do obu pozycji, Pan Marian Miszczuk.

Pisałam już o tych książkach TU.
Osoba Haliny Martin na stałe zajęła miejsce w moim sercu, choć jej nie znałam.

My czytelnicy, poznaliśmy ją dzięki Pana pomocy i pracy, za co serdecznie dziękuję, jak również za wizytę.

Proszę być pewnym, że jeszcze wiele osób namówię do przeczytania tej książki.

( „Nic się nie dzieje bez przyczyny”, Warszawa 2008, Wyd I, TOMIKO)

Jadwiga Andegaweńska

Przyjechała tak młodo, do kraju, którego nie znała i niemal natychmiast stała się przybytkiem polskości. Niektóre źródła podają, że z trudem znosiła brzemię ciążącej korony.

Moja szczególna sympatia do Jadwigi podyktowana jest między innymi dziwnemu zbiegowi okoliczności. Data jej urodzin dziwnie splata się z moją. Data jej urodzin przypada na 600 lat przed moimi. Z dokładnością co do miesiąca, bo co do dnia- zdania są podzielone.

Jej życie nie było jej własnością. Ojciec Ludwik, król węgierski, siostrzeniec Łokietka, przeznaczył ją, na nasze szczęście, na objęcie spuścizny po rodzie Piastów, a możnowładcy polscy, na męża- Litwina-Władysława Jagiełłę.
Dzięki jej mądrości i poświeceniu, możliwa była Unia Polsko- Litewska. Jej czasy widzą Polskę w pełni świetności i mocy. Dzięki niej powstały najpiękniejsze polskie legendy, zakwitł Uniwersytet Jagielloński, moja Alma Mater.
Jej życie dowodzi nam również , że kobieta potrafi być silna i niezłomna w każdej sytuacji i każdym czasie pomimo wielu życiowych przeciwności i tragedii.` Czego wszystkim kobietom naszych czasów najszczerzej życzę.

Halina Martin

O Halinie Martin dowiedziałam się przez przypadek. Osoba z jej otoczenia przywiozła do Polski, prosto od autorki książkę z jej wspomnieniami. W dedykacji pozostawiając przesłanie:

„Życzeniem autorki, było oddanie tej książki Polakom, dla których historia kraju nie jest obojętna…”

Wspomnienia Haliny Martin dotyczą losów wojennych, związanych głównie z Warszawą.
Po wybuchu wojny, z majątku na Zaolziu, przeprowadziła się do Warszawy, pozostając do Powstania Warszawskiego. Ponieważ była żołnierzem AK, pokonanie Niemców przez ZSRR, nie przyniosło jej spokoju i bezpieczeństwa. Dzięki swojemu sprytowi, uciekła wraz z dziećmi do Londynu, pozostając tam aż do śmierci.
Na uchodźctwie była gorącą orędowniczką sprawy polskiej:
„ Chcecie wiedzieć, co przez te 34 lata robiłam na emigracji? Jak zwykle, spełniałam rolę „dziewuchy do wszystkiego”. Naturalnie pierwszą sprawą jest pamięć o tym, że się było żołnierzem Armii Krajowej i że „nikt nas z przysięgi nie zwolnił””. ( cyt.H.M. „Nic się nie dzieje bez przyczyny”, Tomiko 2008)
Wspomnienia ujawniły kobietę nietuzinkową, silną i odważną. W niektórych sytuacjach bardzo hardą i przebiegłą, co pozwalało jej wielokrotnie wywinąć się śmierci. Była prawdziwą kobietą renesansu: umiała pilotować samolot, jeździła autem, zręcznie posługiwała się bronią.
Dwa razy aresztowana przez bezpiekę, raz przez NKWD, a za Niemców cztery razy przez gestapo. Za każdym razem wychodziłam z opresji obronną ręką. Widać mnie Pan Bóg zachował w jakimś celu.” ( op.cit)

Wypełniam życzenie autorki, przekazuję książkę dalej i dalej, aby jak największa ilość osób mogła ją przeczytać i nie zapomnieć, aby historia już się nie powtórzyła.
A oto owoc pracy Haliny Martin :
„Mój (angielski) wnuk Gavin właśnie skończył 6 lat. Chodzi do szkoły, gdzie nudzi się jak mops. Na urodziny poprosił mnie o szkolny sweter.
-Szkolny sweter? Na urodziny?
-Na rękawie chce mieć „POLAND”, tak jak nosili polscy żołnierze w czasie wojny. Naszyj mi polskiego orła. I koniecznie Syrenę.
-Po co ci Syrena?
-Warsaw coat of arms. Niech wiedzą, że walczyłaś o Warszawę.” (op.cit.)
Polecam Waszej pamieci poniższe pozycje:

Halina Martin
„Przypadek albo przeznaczenie”
Wydawnictwo Tomiko, Warszawa 2007
„Nic się nie dzieje bez przyczyny”
Wydawnictwo Tomiko, Warszawa 2008

Hatchepsut

Hatchepsut to imię bardziej kojarzy się ze świątynią nieopodal Doliny Królów niż z samą postacią, której imię nosi ta świątynia.
Nie była pierwszym faraonem -kobietą, ale była najpotężniejszym faraonem- kobietą i jednym z najbardziej udanych władców w dziejach starożytnego Egiptu.

Była władcą Górnego i Dolnego Egiptu. Tron i władza nie była jej odgórnym przeznaczeniem.
Z początku była tylko żoną Totmesa II, faraona, a jednocześnie jego przyrodnią siostrą. Spełniała wszystkie obowiązki królowej i żony króla.
Szybka śmierć męża i wczesny wiek następcy tronu ( Totmesa III) spowodowały, że to właśnie ona zasiadła na tronie jako prawowity władca Egiptu, uznana przez kapłanów aż do swojej śmierci. Panowała 22 lata.

Nie wzbudziło to w męskim następcy tronu pozytywnych uczuć. Totmes III zdążył dorosnąć i zdecydowanie upominał się o władzę, której ta nie chciała mu oddać.
Panowianie Hatchepsut było spokojne, skupione głównie na gospodarczym wzmacnianiu kraju, handlu zagranicznym, umacnianiu infrastruktury, odbudowie zniszczonych świątyń i pomników ( np. w Karnaku), budowie nowych świątyń( Deir El Bihar).

Po jej śmierci, syn Totmes III prowadził zupełnie inną politykę, która ukierunkowała się głównie na podbojach i wojnach. On a potem i wnuk dbali o to, aby wizerunki Hatchepsut były niszczone a jej postać zapomniana. Taka była cena, jaką musiała zapłacić kobieta- faraon za zdeptanie męskich ambicji i realizację swoich marzeń.
Czy było warto? Historia odpowiedziała tak.

Cora

Cornelia Wilhelmina Maria Baltussen, Holenderka, której dzieje wojenne złączyły na całe życie ze sprawą polską i Polakami.
W czasie II wojny pracowała jako pielęgniarka Czerwonego Krzyża w Driel, tam też poznała wielu młodych polskich żołnierzy, których los wojenny zaniósł aż tam. Pielęgnowała ich, jak innych, z wielki oddaniem i poświęceniem.
Zawsze podkreślała to, jakie niezapomniane wrażenie zrobili na niej chłopcy z 1 SBS. Opiekowała się rannymi i umierającymi. Często podkreślała, że w tych trudnych i czasem ostatecznych chwilach, nie było w nich(rannych) nienawiści, tylko wielkie pragnienie wolności dla siebie i innych.
Przyjaźń z ocalałymi Polakami zachowała do końca swojego życia. Była gorącą orędowniczką polskiej sprawy w Holandii.
Zakłamania, jakie stworzono po II wojnie światowej na temat „Arnhem”, stawiały żołnierza polskiego w bardzo niekorzystnym świetle.
Holendrzy, nie tylko zapomnieli o tym, że Polacy byli wyzwolicielami, ale też obwiniano ich za błędy taktyczne i straty całego przedsięwzięcia operacji „Market Garden”.
Cora zawsze walczyła z tą niesprawiedliwością. Chciała przywrócić dobre imię Polakom i oddać im należny hołd.

Zasługi Kornelii Baltussen są nieocenione dla każdego z nas. Dbała o nasze dobre imię lepiej niż my sami. Nie zapomnij o niej.

Maria Epstein

Co powoduje, że coraz młodsze pielęgniarki czują wypalenie zawodowe? I co się dzieje, że kobiety uciekają od tego zawodu?

W tym świecie, coraz mniej jest miejsca na ideały i autorytety. Żyć zgodnie z ich przykładem jest trudno i mało wygodnie.

Zgadza, się, że podpieranie szczytnymi ideami zawodu jest trudne, a niejednokrotnie niemożliwe, gdy trzeba zadbać o najprostsze potrzeby swojej rodziny…Ale tym, zwłaszcza w przypadku pielęgniarek, zasłaniać się nie wolno.

Maria Epstein jest przykładem prawdziwego pielęgniarskiego serca, najwyższego oddania chorym, cierpiącym i ubogim.
Była osobą o najwyższym morale, wspaniałej postawie etycznej zawodowo i ogólnoludzko.
Polecam Waszej uwadze jej życie. Było naprawdę godne:Biografia Marii Epstein
Wiele naszych pielęgniarek zdaje się zapominać, że pielęgniarstwo to służbaUbolewam nad tym, że przyjmuje się do zawodu osoby nie predysponowane, z przypadku, bez selekcji.
Mając do czynienia z chorym, cierpiącym człowiekiem, miłość do bliźniego jest tak ważna.
Czemu brak miłości, w tym zawodzie, tak łatwo tłumaczy się brakiem pieniędzy??

Anna Jagiellonka

Wspaniały portret wiernej królowej Narodu Polskiego. To na jej barkach swojego czasu spoczął ciężar Polskiej Korony i spuścizna jednego z najpotężniejszych królewskich rodów Europy. Spoczął na jej sumieniu wielki ciężar- zapewnienia ciągłości władzy królewskiej i dynastii.
Przez wiele lat zapomniana w rozdziale korony, po śmierci jedynego brata, musiała prawie po męsku , stawić czoła jednemu z największych wyzwań życia.
Krzywdzący jest dla tej wspaniałomyślnej kobiety utarty pogląd, że jakoby była brzydka, w związku z czym nikt ją za żonę pojąć nie chciał. Biedny Batory- tak musiał się poświęcić.
Tak podobno opisał ją wenecki poseł, który w 1575 roku przebywał na terenach Korony.
„Mizernego wzrostu, płeć biała jak u wszystkich Polek, bardzo przyjemna, mimo 40 lat świeża i czerstwa.” I pomylił się w ocenie jej wieku o 12 lat. Wierzmy Włochom i ich wrodzonemu wyczuciu piękna.
A złośliwości odłóżmy na bok, zastanawiając się, kogo z nas byłoby stać na taką gotowość wypełnienia swojego przeznaczenia, które przecież nie było jej wyborem, a które czyniło ją niewolnikiem sprawy najwyższej wagi.