Kto to?

SCAN0023 (1)

Dzisiaj post nietypowy. Uważam jednak, że bardzo ważny. Zwrócił się do mnie pewien czytelnik z prośbą o identyfikację osoby ze zdjęcia. Pan Piotr jest w posiadaniu cennej, rodzinnej pamiątki z okresu wojennego. Mówię o fotografii, która  należała do babci pana Piotra. Na niej została uwieczniona pewna kobieta. Podobno aktorka lub piosenkarka.  Prócz jej wizerunku, babcia nie przekazała innych informacji na temat aktorki. Powyższe zdjęcie zostało zrobione w majątku „Czortki” w pobliżu Sokołowa Podlaskiego. Według pana Piotra było to w latach 1942-43. Aktorka, uśmiechnięta, szczupła blondynka – na zdjęciu w środku, dotąd niezidentyfikowana osoba. Za zgodą pana Piotra umieszczam to zdjęcie na blogu. Może jakimś szczęśliwym trafem ktoś rozpozna, przypomni, zidentyfikuje i pomoże zdobyć więcej informacji. Dystyngowana, spokojna, o szlachetnej twarzy. Może czterdziestoletnia. Na palcu prawej ręki obrączka, a więc mogła być zamężna. 
Nie wiem nic więcej. Kobieta mogła się ukrywać z wielu powodów, a w tym okresie już nie tylko przed Niemcami. Choć zakładam, że poszukiwana była przez władze niemieckie. Prawdopodobnie, przed wojną występowała w teatrach, może rewiach.  Każdy znający ówczesne realia, pewnie się domyśli, że zgodnie z nakazem Związku Artystów Scen Polskich, każdy artysta miał zakaz występowania w teatrach i rewiach jawnych. Jeśli odmówiła występów to  z pewnością naraziła się na gniew okupanta. Może były jakieś inne przyczyny jej ucieczki. Może pochodzenie… Kto wie? W każdym razie pan Piotr i ja liczymy na Waszą wiedzę i łut szczęścia.

Jeśli ktokolwiek rozpoznaje miła panią na zdjęciu serdecznie proszę o kontakt.

Jak napisano „Czerwone Maki”

czerwone Maki

W dzień 70 rocznicy zdobycia klasztoru na Monte Cassino trzeba przypomnieć tę historię.

„Gdy w nocy 11 maja ruszyła wielka ofensywa na Monte Cassino, Konarski nie mógł znaleźć sobie miejsca. Jeszcze tego dnia, na wyraźny rozkaz generała Andersa, występowali dla żołnierzy, którzy potem tuż przed północą otworzyli artyleryjski ogień. Przez kilka godzin znajdowali się w pobliżu pierwszej linii frontu. Na ich występie był obecny generał i kilku najbliższych mu oficerów. Na pożegnanie dostali hełmy z bezwzględnym rozkazem założenia ich natychmiast.  Wracali późnym wieczorem. Ci, dla których tak niedawno śpiewali, poszli „za Polskę się bić”.  Przeżywał to bardzo osobiście. Walki trwały siedem dni. W dzień i w nocy, w promieniu wielu kilometrów, słychać było ich odgłosy. A raczej stłumione echo, które docierało do nich – mimo znacznego oddalenia. Oni ,artyści, byli bezpieczni. Ale nie czuli się z tym dobrze. Myśleli o tych, którzy wśród morza czerwonych maków zostali na zawsze. Konarski-jak opowiadał mi mieszkający w Melbourne Gwidon Borucki ( pierwszy odtwórca piosenki) -zawsze taki wesoły, pogodny, teraz chodził smutny, z nikim nie rozmawiał. Coś brzdąkał na gitarze, coś notował. Pewnej nocy obudził Fredka ( Alfreda Schutza), kazał mu natychmiast grać i poprawnie zapisywać nuty do słów, które zanotował byle jak na kartce. O trzeciej obaj obudzili Boruckiego. Dostał tekst i nuty, i miał śpiewać. Już. Nawet specjalnie nie protestował. Czuł, że to musi być coś ważnego.  Była noc z 17 na 18 maja 1944 roku.

Wkrótce dowiedzieli się, że klasztor zdobyty. Że droga do Rzymu jest otwarta. Nie znali jeszcze prawdy o cenie zwycięstwa. O ofierze ponad tysiąca polskich żołnierzy. Już 18 maja odbyła się pierwsza akademia dla zwycięzców, dla oddziału, który pierwszy wkroczył na Monte Casino. Feliks Fabian i Mieczysław Malicz wymaliwali na kartonie ogromny transparent, na którym były napisane słowa refrenu. Borucki zaśpiewał kolejne zwrotki, a wszyscy: artyści i żołnierska brać, śpiewali:

Czerwone Maki na Monte Cassino

Zamiast rosy piły Polską krew…

Po tych makach szedł żołnierz i ginął,

Lecz od śmierci silniejszy był gniew!

Przejdą lata i wieki przeminą,

Pozostaną ślady dawnych dni!…

I tylko maki na Monte Casono

Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosły krwi!

W muzeum imienia generała Władysława Sikorskiego w Londynie znajduje się oryginał pierwszej wersji tej niezwykłej pieśni, która jesienią, wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego, przez granicę przedostała się do walczącej jeszcze Polski. Jak? Jeszcze we Włoszech wydrukowano słowa i nuty, potem płyty, na których śpiewali Czerwone Maki  Adam Aniston i Paweł Prokopień. I tych płyt słuchano w powstających w zrujnowanej Warszawie kawiarenkach wiosną następnego roku i Piosenki o mojej Warszawie Alberta Harissa, którą wylansował Mieczysław Fogg. Gdy Czerwone Maki rozbrzmiewały w jakimkolwiek lokalu, wszyscy wstawali i słuchali w milczeniu.”

 

zdjęcie pochodzi ze strony: Wirtualne Muzeum Kresy Syberia, 2 Korpus Polski 1942-45, www.kresy-siberia.org

cytat z książki: „Była sobie piosenka” Anna Mieszkowska, MUZA SA, Warszawa 2006

„Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”- rozmowa z Anną Mieszkowską autorką biografii o Fryderyku Járosym.

 

 

Autorka Anna Mieszkowska podczas wystawy poświęconej Fryderykowi Jarosyemu w 2000 r.

 

 

Kiedy napisała do mnie Pani Anna Mieszkowska prawie stanęło mi serce. Pani Anna ostrzegała mnie, że przy zetknięciu z historią Fryderyka Járosyego należy szczególnie uważać na ten czuły narząd. Pomna swoich emocji przy zbieraniu materiałów do książki, poważnie obawiała się, jak ja zniosę to zetknięcie z legendą. Nie myliła się- cały świat wkoło mnie chwilowo jakby stracił blask, a serce wykonuje potężną pracę bijąc za szybko.

*

Anna Mieszkowska jest historykiem teatru. Jako pracownik PAN zajmuje się emigracyjną dokumentacją teatralną. Jest autorką głośnej i pierwszej biografii o Irenie Sendler: „Matka dzieci Holocaustu. Historia Ireny Sendlerowej”, na podstawie której w 2009 roku zrealizowano film produkcji USA.

W swoim dorobku posiada m.in.: biografię o Marianie Hemarze („Ja kabareciarz! Marian Hemar od Lwowa do Londyny” ), album wydany wspólnie z Władą Majewską („Za dawno, za dobrze się znamy. Piosenki Mariana Hemara”),  pozycje o dziejach kabaretu emigracyjnego („Była sobie piosenka. Artyści emigracyjnej Melpomeny”).

Prywatnie- dobry i serdeczny człowiek, a przede wszystkim szalenie cierpliwy. Mówiąc to wykonuję wielki ukłon w stronę mojego Gościa.

Dzisiaj będziemy rozmawiać o ważnej, jak sądzę, dla Pani pozycji w jej dorobku, biografii Fryderyka Járosyego: „Jestem Járosy! Zawsze ten sam…”, wydaną przez Wydawnictwo Muza.

Co tak naprawdę spowodowało, że zachwyciła się Pani Fryderykiem Járosym do tego stopnia, żeby napisać jego biografię?

Moją fascynację wywołała lektura wspomnień Stefanii Grodzieńskiej „Urodził go Niebieski Ptak”. Pani Stefania napisała zdanie, które stało się moim mottem: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie!”. Pożałowałam i postanowiłam zmierzyć się z legendą przedwojennych kabaretów. Spróbowałam wejść w ten świat. Ponieważ książek na ten temat jest wiele: wspomnienia Krukowskiego, Sempolińskiego, Fogga, Zimińskiej…, postanowiłam napisać książkę, której głównym tematem byłyby losy powojenne, emigracyjne dawnych gwiazd kabaretu – Zofii Terne, Konrada Toma …

Tak powstał zamysł książki „Była sobie piosenka. Gwiazdy kabaretu i emigracyjnej Melpomeny” (2007). Ale już w 1998 ogłosiłam w „Pamiętniku Teatralnym” obszerny artykuł „Zawsze ten sam, czyli Fryderyk Jarosy na emigracji w latach 1945-1960”. Stał się on także rozdziałem książki „Ja, kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu” (2005).

Ale miałam w sobie niepokój, że dla pamięci Fryderyka to za mało. Stąd pomysł niezależnej, osobnej publikacji poświęconej niezwykłemu „Polakowi z wyboru” uzupełnionej archiwalnym nagraniem ostatniego wywiadu, którego udzielił Teodozji Lisiewicz w programie literacko-muzycznym Radia Wolna Europa, na dwa miesiące przed nagłą śmiercią w Viareggio w sierpniu 1960 roku.

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale są osoby, które nie wiedzą kim był „Fryderyk Wielki”. Proszę przybliżyć jego postać.

Nazywano go Fryderykiem Wielkim, mistrzem, a nawet królem kabaretu. Oczywiście tego przedwojennego. Bo chociaż Járosy żył jeszcze po drugiej wojnie światowej 15 lat, jego czasy, epoka, w której czuł się najlepiej i najszczęśliwiej żył i pracował, minęła bezpowrotnie we wrześniu 1939 roku. Skąd się wziął w przedwojennej Warszawie? I kim właściwie był ten czarodziej teatru?

Bo lakoniczna informacja, że urodził się 10 października 1889 roku w Pradze, a zmarł 6 sierpnia 1960 roku w Viareggio, że był aktorem, reżyserem, piosenkarzem, autorem sztuk dramatycznych, opowieści biograficznych prawdziwych, i zmyślonych zupełnie nie pasuje do tego niezwykłego człowieka.  Jak w niewielu zdaniach oddać bogactwo jego osobowości, opisać sztukę, której był jedynym autorem i wykonawcą? Bo chociaż mówił najczęściej z estrady cudzym tekstem (konferansjerki pisali mu m.in. Tuwim i Hemar), śpiewał piosenki innych autorów, to wszystko robiło na widzach wrażenie czegoś wyłącznie jego pomysłu i jego autorstwa.

Tadeusz Boy- Żeleński z okazji dziesięciolecia pracy artystycznej Járosyego  w Polsce pisał: „Od pierwszej chwili pokochano go. Miał wdzięk, miał dowcip i tę nieokreśloną zdolność nawiązania kontaktu z publicznością”. Kazimierz Krukowski już po wojnie dopowiedział: „Járosy to nie szablonowy zapowiadacz numerów. Bez jego >Proszę Państwa< zawsze jakby czegoś brakowało. Węgier z pochodzenia, Polak z przekonania, stał się własnością Warszawy i polskiego Londynu. Zostawił po sobie najlepsze wspomnienia jako artysta, dyrektor, przyjaciel, człowiek”.

Tadeusz Wittlin zapamiętał: „Używał niemieckich i angielskich wód kolońskich. Palił nałogowo Egipskie, grał nałogowo w brydża, nie mając szczęścia do kart. Często grał także na wyścigach. Mówił płynnie po rosyjsku, niemiecku, francusku, znał angielski. Na scenie występował prawie zawsze w smokingu, rzadziej we fraku. W życiu ubierał się bez zarzutu. Był elegancki, a nawet wytworny. Nie tylko w stroju, ale i w sposobie bycia. Nie podnosił głosu, do artystów miał cierpliwość i stanowczy spokój. Był ulubieńcem nie tylko publiczności, ale i krytyków”

 

 

Fryderyk Jarosy podczas występu.

 

 

No właśnie: „Żałujcie dziewczyny, że was wtedy nie było na świecie”- powiedziała Stefania Grodzieńska. Widząc taki opis mężczyzny- rzeczywiście należy żałować.

Żałuję, że nie będę mogła poznać kogoś tak wspaniałego jak Fryderyk Járosy, ale i Stefania Grodzieńska i wiele innych cudownych osób tamtej epoki.

Proszę mi jednak powiedzieć, czym zachęcić młode osoby do pamięci o nich?

W czym widzi Pani największe trudności?

Z moich obserwacji wynika, że młodzi ludzie (w wieku 20-30 lat) chętnie wracają do wspomnień pradziadków. Piosenki Fogga mają nowe wykonania. Do udziału w festiwalu piosenki „retro” zgłaszają się młodzi wykonawcy z całej Polski. To cieszy.

Czego szukają w przeszłości? Czaru tamtych lat, bajki, kultury słowa i obyczaju. Szacunku dla innych.

To był świat wysokiej kultury, chociaż nie było przepychu, bogactwa na codzień. Lata trzydzieste to kryzys gospodarczy, którego my też doświadczamy.

Panie sprzedawały futra, aby mieć na życie. Potem garsonki, a nawet suknie. Ale była jakaś solidarność w społeczeństwie, w grupach społecznych i zawodowych.

Dzięki Pani pracy ten świat nie odejdzie w zapomnienie.

Kilkanaście lat zajęło Pani poszukiwanie osób, przyjaciół, znajomych Fryderyka, którzy mogliby dać świadectwo jego życia. Rozumiem, że Pani znalazła. Kto to był, kto Pani pomógł?

Nie byłoby tej książki bez pomocy około stu osób!

Z Polski pomogli mi: dr Hanna Krajewska, dyrektor Archiwum PAN, Lidia Wysocka, Antoni Marianowicz, Kazimierz Koźniewski, w Waszyngtonie: Jan Nowak Jeziorański, Kaya Mirecka Ploss, w Los Angeles: Wanda Stabrowska, w Australii: Gwidon Borucki, w Londynie: Włada Majewska, Renata Bogdańska-Anders, Helena Kitajewicz, Irena Delmar, i wiele innych osób, które wymieniam i dziękuję w książce.

Powiedziała Pani o wspomnieniach Stefanii Grodzieńskiej w książce „Urodził go Niebieski Ptak”.  Przyznam się, że i dla mnie jest ona cudowna. Dzięki niej mogłam zbudować sobie wyobrażenie o Fryderyku Járosym.

Słynne jego przezwania:  „Szarpio” o Stefanii Grodzieńskiej, albo „Hanećka” o Ordonce. Takie ciepłe i cudownie klimatyczne wyrażenia, które oddawały stosunek Fryderyka do ludzi. Faktów, o których wspomina Stefania Grodzieńska nie rozwija Pani w biografii. Odnoszę wrażenie, że obie książki bardzo doskonale się uzupełniają. Czy dobrze zrozumiałam Pani intencje?

Taka była moja idea, aby opisać inny czas w życiu Fryderyka niż ten, o którym opowiada Stefania. Zresztą w drugim wydaniu „Niebieskiego Ptaka”, Stefania za moją zgodą dopisała rozdział, który był skróconą wersją mojego artykułu z „Pamiętnika Teatralnego”.

Nigdy nie zapomnę jaką radość sprawiłam Stefanii opowieściami o żonie i dzieciach Jarosyego.

Ona przyznała, że w te jego opowieści o rodzinie oboje z Jurandotem nie wierzyli. Fryderyk miał żelazną zasadę, że sprawy rodzinne nie były przedmiotem towarzyskich dyskusji. A jego najbliższa rodzina zupełnie się nie orientowała w skali jego kariery w Polsce.

Tak miało być i było.

 

 

Od lewej: Janina Wojciechowska, Fryderyk Jarosy, Marina Jarosy-Kratochwil 1960 r

 

 

Ta jego tajemniczość  zapewne utrudniła pracę w zbieraniu wiadomości na jego temat.

Trzeba było tytanicznej pracy, żeby zebrać materiał, który rzetelnie i prawdziwie przedstawił osobę „Wielkiego Fryderyka”. Proszę opowiedzieć, jak zbierała Pani materiały do biografii.

Materiały do tej książki zbierałam od 1991 roku. Ale to co, najważniejsze – czyli archiwum Jarosyego znalazłam w Wiedniu  w 1995 roku. Dziwnym zbiegiem okoliczności odszukałam jego córkę, Marinę Jarosy-Kratochwil. Kilka miesięcy przed moim pojawieniem się u niej, sama chciała oddać pamiątki po ojcu do wiedeńskiego muzeum teatralnego. Ale tam jej powiedziano, że NIGDY o takim artyście nie słyszeli. Zabrała wszystko z powrotem do domu. I za jakiś czas ja się zjawiłam.

To z pewnością było cudowne spotkanie. Bardzo zazdroszczę…

Marina była bardzo podobna do ojca. Zarówno pod względem urody jak
i charakteru. Kontaktowa, ciepła, serdeczna. Zaprosiłam ją do Warszawy. Była dwa razy. Zaprowadziłam do Stefanii Grodzieńskiej, która bardzo przeżyła to spotkanie. Obie panie były wzruszone – a ja – szczęśliwa! W kwietniu 2000 roku zorganizowałam ogromną wystawę w warszawskim Muzeum Teatralnym. Z koncertem. Wszystko bardzo dobrze wypadło. Później kilka razy byłam jeszcze w Wiedniu. Między innymi z Aliną Janowską na uroczystości odsłonięcia  dwujęzycznej płyty na grobie Fryderyka, którą ufundował  ZASP.

Ostatni raz widziałyśmy się w 2008 roku, przywiozłam książkę, którą przytuliła. Obie się popłakałyśmy, jakby przeczuwając, ze to może być nasze ostatnie spotkanie. Potem już tylko był kontakt telefoniczny…

Zdążyła Pani ofiarować książkę jeszcze ciepłą, zaraz po wydaniu…

NIKT mi nie chciał wydać tej książki!!!! Aż zniechęcona zarzuciłam projekt na kilka lat. Wszystko się odwróciło po biografii o Irenie Sendlerowej, której pierwsze wydanie było w 2004, i potem: Hemar: 2005, Była sobie piosenka 2006, i Fryderyk 2008. Nie było łatwo!!!! Niestety Muza zaniedbała sprawę marketingu moich trzech kabaretowych książek.

To bardzo smutne, co Pani mówi. Lepiej sprzedają się poradniki pisane wielką czcionką  przez celebrytów, niż naprawdę wartościowa literatura o wspaniałych Polakach.

Fryderyk Járosy uznawał się za Polaka. Zachowywał jak gorący patriota. Wypłacono mu z nawiązką -niewdzięcznością i odrzuceniem, a na koniec opuszczeniem, samotnością i banicją. Wiem, że znosił to dumnie i nawet pogodnie. Czy uważa Pani, że obecnie, w sposób wystarczający zrehabilitowano pamięć o jego osobie?

Fryderyk mógł uniknąć aresztowania, więzienia, getta, ran w powstaniu, Buchenwaldu.

Dla Niemców był Reichsdeutschem! Stąd propozycja, aby prowadził kabaret niemiecki.

Miało to dalsze konsekwencje po wojnie. Niemcy nie chcieli dać mu odszkodowania za utratę zdrowia … bo przecież należał do grupy uprzywilejowanych! A że on wolał cierpieć jak Polacy, to jego sprawa. Dla Fryderyka taka postawa, którą wybrał w Polsce była postawą Człowieka Honoru!

Ostatnie jego lata spędzone wśród polskiej emigracji w Londynie nie były łatwe. W polskim środowisku żył w pewnej izolacji. Niby o nim wiedziano, w coś go jeszcze angażowano, do czegoś go jeszcze zapraszano. Ale to była upokarzająca namiastka dawnej aktywności. W Londynie nie znalazł zrozumienia, ani wsparcia moralnego. Nie odwzajemniono jego szczerych, patriotycznych uczuć do Polski i Polaków. Niedawny ulubieniec publiczności pod koniec życia był schorowany, w niedostatku, na angielskim, rządowym zasiłku.

„My wszyscy od razu zapomnieliśmy o nim” – z żalem pisał Hemar w sierpniu 1960 r., dwa tygodnie po śmierci przyjaciela. „Żal mi bardzo, że daliśmy odejść Fryderykowi Jàrosyemu, nie pożegnawszy go za życia, serdecznie i pięknie, nie dawszy sposobności, aby on do nas wygłosił długą, dowcipną, pożegnalną konferansjerkę”.

 

 

Fryderyk jaroshy- Zawsze ten sam

 

 

Napisała Pani we wstępie swojej książki:

” Przez wiele lat, szukając informacji o nim w różnych krajach, próbowałam zrozumieć, kim był człowiek, który napisał o sobie: „Doktor filozofii, Welfare oficer – 2 Corps., teatralny producer, Actor, pisze na maszynie, playwright, bookkeeper, announcer, presenter; ang., franc., ros. – zupełnie dobrze, niem.-bardzo dobrze. Szuka pracy tłumacza”.

Czy zrozumiała Pani?

Odpowiedź na to pierwsze pytanie znajduje się w ostatnim rozdziale książki „Jestem Jarosy! Zawsze ten sam…”, na s. 243 we fragmencie listu do Anny Antik … i na s. 248 w opisie zawartości kalendarzyka na 1960 rok:

„Twoje słowa są bardzo ważne dla mojego chorego serca. Z upływem lat człowiek staje się samotny, że zaczyna zazdrościć każdemu, kto już wszystko ma za sobą. Wszystko można sobie wyperswadować. Ze wszystkim można się pogodzić, ale co zrobić, kiedy przyjdzie na człowieka tęsknota za głupstwem, za młodością, za wspomnieniami najszczęśliwszych lat (…). Patrząc na bardzo stare drzewa w parku, powiedziałem głośno: „Nie zapomnicie, że stał tu kiedyś przy was człowiek, który miał ciekawe życie”.

O planach na wznowienie wydania nie będziemy rozmawiać?

Nie, jestem przesądna…

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę, to był dla mnie zaszczyt. W skrytości ducha marzę, że to jeszcze nie koniec…

Dziękuję

 

 

Autorka Anna Mieszkowska po zakończonej uroczystości poświęconej Fryderykowi Jarosyemu- Zmęczona, ale szczęśliwa

 

 

Pani Anna Mieszkowska przekazała Czytelnikom bloga plik unikatowych zdjęć. Na jednym z nich znajduje się Stefania Grodzieńska z Mariną Járosy-Kratochwil, córką Fryderyka Járosego. Na rewersie jest dedykacja: „Dla Pani Moniki Zakrzewskiej i wiernych czytelników Bloga Co się dziwisz z najlepszymi życzeniami spełnienia marzeń! Anna Mieszkowska, Warszawa 26.02.2013 r”

Płciowe qui pro quo, część druga.

Życzenia


Wobec publicznej groteski, którą karmieni jesteśmy co chwilę, umykają niepostrzeżenie takie wydarzenia jak to.

Dzisiaj Teatr Polski w Warszawie obchodzi setną rocznicę swojego istnienia. Także dzisiaj  odbędzie się premiera dramatu „Irydion” Zygmunta Krasińskiego. Reżyserem jest Andrzej Seweryn.

Tym samym dramatem Teatr Polski rozpoczął swoje życie sto lat temu i chwała Andrzejowi Sewerynowi, wizjonerowi, że pomimo niesprzyjających warunków, reaktywuje klasykę polskiego dramatu.

Życzę Teatrowi Polskiemu dalszych stu lat prosperity. Życzę ogromnego sukcesu i odwrócenia ogólnych trendów w teatrach, bo nie trudno jest zrobić sukces na Woody Allenie ( z całym szacunkiem do tego twórcy).


*


Część druga


W tym samym roku 1937 zrealizowany jest film pt. „Książątko” z Karoliną Lubieńską i Eugeniuszem Bodo w rolach głównych. Scenariusz klasyczny i prosty oparty na wyświechtanej historii o Kopciuszku.

Dziewczyna z prowincji- Władka kocha się w przystojnym, bogatym arystokracie (Eugeniuszu Bodo). Wygrywa szczęśliwy los na loterii, a za wygrane pieniądze wyjeżdża na wypoczynek do Krynicy. Niestety w czasie podróży ktoś kradnie jej cały dobytek, a ta nie ma pieniędzy nawet na bilet powrotny. Wzięta za młodego chłopca, decyduje się podjąć pracę w bogatym, krynickim pensjonacie jako fordanser. W pensjonacie zapoznaje bogatego hrabiego, w którym od dawna jest skrycie zakochana.

Karolina Lubieńska rzeczywiście wygląda w filmie jak młody chłopiec, pomijając makijaż, który w czarno-białych filmach jest nieodzowny ze względów technicznych. Tancerz z niej marny, ale niewinna postać młodego adonisa podoba się starszym, doświadczonym bywalczyniom salonów.

Konrad Tom-autor scenariusza, zapewnia publiczności wielowątkową, dobrą zabawę pełną lekkiego humoru z domieszką satyry.


Tymczasem Adolfowi Dymszy nie dość przebieranek. Wchodzi nowy przebój kinowy: „Dodek na froncie”.

Miejski birbant i ”ladaco”, podczas wojny, wplątuje się w kłopoty. W trakcie potyczki wróg bierze go za generała przeciwnej armii i przyjmuje z wszelkimi szykanami, organizując wystawne przyjęcie. Gdy sprawa wychodzi na jaw, Dodek chce uciec przed prawdziwym generałem w przebraniu cyganki. Niestety, wpada w ręce śmiertelnie zakochanego, rosyjskiego porucznika, który wyznaje Dodkowi -cygance swoją miłość.

Nie posiadam obiektywnego stosunku do osoby Adolfa Dymszy, uważam go za najwspanialszego artystę komediowego wszech czasów. Jego ruchy, wspaniała sprawność fizyczna, świadomość ciała, zdolności naśladowcze to mieszanka aktora idealnego. W tym filmie dość wyraźnie daje tego dowód.





Ostatnim przedwojennym, kobiecym wcieleniem Dymszy jest postać uzdolnionej, zagranicznej łyżwiarki, za którą przebiera się pan Czwartek, by nauczyć się jazdy na łyżwach. Czwartek jest fryzjerem i zajmuje się loczkami córki pewnego bogatego prezesa. Prezes jest tak bogaty, że ma nawet swoja drużynę hokejową. Bogacz dowiaduje się, że w Polsce przebywa sławny bramkarz o nazwisku Piątek. Podejmuje więc próbę zwerbowania go do drużyny na czas rozegrania bardzo ważnego meczu w Zakopanem. Splot kilku okoliczności powoduje, że zamiast bramkarza Piątka jedzie fryzjer Czwartek, z czego rodzą się kłopoty, miłość i wielka draka.

Komedia wychodzi już po wybuchu II wojny światowej i radość, którą daje Dymsza nie jest już tą samą, beztroską zabawą- to już tylko odskocznia od trudnej, okropnej rzeczywistości. Dzięki Dodkowi to wytchnienie, choć krótkie- jest możliwe.







*



Jest taka kobieta, która od pierwszego wejrzenia powala najtwardszy głaz. Ona to paraliżuje swoim „sex appelem” niejedno męskie serce. Zawraca głowę i odurza burzą blond loków. Ona też oczarowuje pewnego Hipolita Pączka, zwanego „Hipciem”, który z miejsca deklaruje rzucenie jej świata do stóp.

Mowa o pięknej choć mocno zbudowanej blondynce, aktorce, „krajowego wyrobu May West”, za która przebiera się Henryk Pączek (Bodo) podczas balu karnawałowego.

Mistrzostwo charakteryzacji i gry. Wspaniała kreacja Eugeniusza Bodo. Najlepsza piosenka i najlepsza scena przedwojennego kina. Któż jej nie zna?


Mowa tu o scenie z filmu „ Piętro wyżej”. Eugeniuszowi Bodo partneruje Helena Grossówna, a wspomnianego Hipcia gra Józef Orwid równie utalentowany aktor komediowy.

Udział Eugeniusza w powyższym filmie zapewnia mu status największej gwiazdy filmu polskiego, bo takiej jak ta kreacji jeszcze nie było.

Choć szaleją za nim tłumy kobiet, to typowym amantem nie jest. Sam, zresztą, ma do siebie ogromny dystans, mówiąc o sobie:amantów par excellance nie grywam, gdyż uważam, że do tego trzeba mieć albo ładną, albo bardo ciekawą twarz. Co do mnie, może i posiadam te zalety, ale dla bardzo bliskich i życzliwych znajomych. Dla szerokiej publiczności w każdym bądź razie uważam, że moja ‚piękność’ jest niewystarczająca”


Pomimo jego sylwetki, dość przysadzistej i mocnych ramion, wciska się w kobiecy gorset, zakłada platynową perukę, jedwabną suknię i  uwodzi pół sali tańcem i niemal erotycznym tekstem, który zna cała Polska.

Wprowadza, w krotochwilny dotąd charakter filmów, kunszt i artyzm. Czyni to dzięki wrodzonemu talentowi, ogromnemu dystansowi do siebie i nowoczesnemu, ale i osobistemu podejściu do wielu społecznych kwestii. Do jednego koktajlu wrzuca swoją męskość i damski sex appel. Z powodzeniem naśladuje kobiece gesty. Nie boi się zepsucia opinii, ani zaszufladkowania- ryzykuje, ale ryzyko odpłaca się sławą po dziś dzień. Tak, Bodo to fenomen.


Płciowe qui pro quo- komediowe w filmie, ale jakże aktualne. Cieszy nas i rozśmiesza, kiedy ktoś udaje kogoś kim nie jest. Kiedy robi to ku rozbawieniu innych. Tragiczny wydźwięk przybiera, gdy filmowa fikcja objawia się w prawdziwym życiu.


Płciowe qui pro quo.

Przypadkowe intro


W TVP Kultura debatują reżyserzy, aktorzy na temat zasadności istnienia teatru w telewizji. Trwa konferencja prasowa. Ubolewają nad brakiem funduszy i zainteresowania młodych twórców. Teatr Telewizji cierpi na permanentny brak odbiorców i niską oglądalność, co właściwie eliminuje go z mediów. Teatr w ogólności pada, a publiczność wybiera inną formę rozrywki. Pest! Morbus! Zut! I psiakrew! Takie słowa cisną się na usta.

*

Obrót wątroby w prawo


Co z tego, że pozostaję w niszy i nie mam parcia na szkło? Nie wpisuje się w nowoczesne standardy zapewniania publice łatwej, niezbyt ambitnej rozrywki. Stąd może mój blog wolniej napełnia się czytelnikami. Za to czytelnikami nieprzypadkowymi, podzielającymi moje pasje i zainteresowania. Tym bardziej cieszę się, jeśli ktokolwiek tu zajrzy, pozostawi komentarz i wróci ponownie. Dla nich kopię i wyszukuję zapomniane historie. Dla nich warto się starać.

*

Wątek właściwy


Magia polskich, przedwojennych komedii nie przemija. Wciąż zaraża nowe pokolenia. Teraz patrzymy na nie inaczej, z sentymentem i łezką w oku choć nie zawsze tak bywało.

Magdalena Samozwaniec nie miała do nich dużego dystansu, bezlitośnie je krytykowała  mówiąc o nich w ten sposób:

„Film polski zaczął wychowywać kadry aktorów filmowych, którzy zaczęli być bardzo popularni, a pensjonarki wymieniały się ich fotografiami, masowo reprodukowanymi na kartach pocztowych. W okresie przed drugą wojną światową polski film z bezwzględnej szmiry przeszedł na szmirę z wielkimi ambicjami, co nastąpiło w epoce filmów dźwiękowych.”

Ówczesna „superszmira” stała się dla nas klasyką i ważną historią dziejów polskiego kina. W związku z tym niebezpiecznie jest krytykować kulturę obecną, by w krótkim czasie nie narazić się na śmieszność i pretensje.

Powracając do „superszmiry”, z której tak ochoczo chichotała Magdalena Samozwaniec. Owa „szmira” niczemu innemu nie miała służyć tylko wspaniałej zabawie. Nieskomplikowane scenariusze i doborowa obsada aktorów komediowych z pewnością pomagały. W scenariusze popularnych komedii zamieszani byli: Julian Tuwim, Konrad Tom, Marian Hemar i wielu innych.

W szale rozwijającej się kinematografii pomysłów na dobre filmy nie brakowało. Owszem, były naiwne i nieskomplikowane, chwytające za czułe serce pensjonarek i służących. Pomysły, by zamieniać kobiety w mężczyzn i na odwrót nie zrodziły się w latach osiemdziesiątych. W dwudziestych były nowatorskie, ale ryzykowne. Publiczność nie była przygotowana na takie eksperymenty. Klasyczne kanony i ramy ściśle obowiązywały, choć alkowa pełna była pikantnych historii.

*

Modę na przebieranki wprowadza jako pierwszy Adolf Dymsza, który chętnie i z powodzeniem przebiera się za kobiety. Przebieranki takie są czymś nowym, nieoczekiwanym, niosącym ogromne ryzyko ośmieszenia również w życiu prywatnym. Społeczeństwo przyzwyczajone do tradycyjnych wartości z ciekawością przyjmuje nowe wcielenie. Wielkiemu Dodkowi wszystko się wybacza.

Pierwszym filmem, w którym gra kobietę jest film z 1933 roku „ „Romeo i Julcia”.

Teofil Rączka ( Dodek) jako właściciel agencji kojarzącej małżeństwa, by zapobiec niechcianemu mariażowi Romana ( młodego dziedzica) z bogatą kuzynką z Ameryki, wciela się w zamożną Amerykankę. Roman i biedna Krysia, córka leśniczego są w sobie zakochani na zabój, ale rodzice Romana, w swoich planach są nieubłagani. Przyjazd ekscentrycznej kuzynki rodzi mnóstwo komediowych sytuacji i charakterystycznych, nieco naiwnych, ale śmiesznych „gagów”. Sceny z przebranym Dymszą są wyjątkowo śmiałe.  Występuje w pidżamie na łóżku, a także w stroju kąpielowym. Odwaga i dystans do siebie Dymszy-ogromne.

Dla równowagi, już po roku w 1934, wchodzi na ekrany kin film z dwiema uwielbianymi gwiazdami; Jadwigą Smosarską i Eugeniuszem Bodo. Smosarska, współczesna celebrytka, kochana i naśladowana przez rzesze gospodyń domowych i pensjonarek, zagrała główną potrójną rolę w filmie „ Czy Lucyna to dziewczyna?”

Gra Lucynę, córkę bogatego przemysłowca, która, by dostać pracę jako inżynier w fabryce swojego ojca, zakłada garnitur i zamienia się w ubogiego młodego chłopca Juliana Kwiatkowskiego. Pracuje razem z przystojnym inżynierem, którego gra Eugeniusz Bodo. Nie może ujawnić się ze swoimi uczuciami będąc mężczyzną. Dlatego też postanawia jeszcze raz się przebrać. Tym razem udaję ubogą, ciężko pracującą dziewczynę. Młody inżynier  podejrzewa dziewczynę o podwójne życie i o schadzki z bogatymi mężczyznami.

Zabawna komedia, w gruncie rzeczy, porusza bardzo poważne kwestie społeczne; dyskryminację zawodową kobiet, finansowe mariaże, podejmuje próbę podejścia do sprawy homoseksualizmu i męskiej przyjaźni.

Przebieranki sypią się jak grad, ale królem bezsprzecznie pozostaje Adolf Dymsza.W 1937 roku powstaje film „Niedorajda”.

Florek ( Adolf Dymsza) praktykuje u właściciela warsztatu samochodowego. Właściciel jest chciwy i pazerny na pieniądze. Od lat oszukuje swoją starszą siostrę z USA wyłudzając przy tym ogromne sumy pieniędzy. Stara, poczciwa  ciotka Agata śle pieniądze na rodzące się kolejne dzieci. Podczas, gdy tak naprawdę właściciel warsztatu ma tylko jednego syna- darmozjada.

Sprawa się komplikuje, gdy ciotka Agata postanawia odwiedzić brata i jego liczną dziatwę. W panice rodzina szuka wyjścia i postanawia zaangażować Florka jako syna i córkę jednocześnie.

Dymsza niesamowicie łatwo przeobraża się w Agatkę, kobietę lekkich obyczajów, tancerkę, matkę nie swojego dziecka i kobietę po przejściach. Przy tym całkiem nieźle wygląda w sukience. :)

CDN

Musiałam podzielić post na dwie części by czytelnik mógł doczytać do końca bez znużenia. Następna część jest gotowa i umieszczę ją za kilka dni.