Klimek-przedwojenny chłopak.

Screenshot_1

Ogłoszono nabór do nowego filmu. Michał Waszyński, bo tak nazywał się reżyser tego filmu, kompletował obsadę. Film miał się nazywać „Wacuś”. Wszystkie główne role były już obsadzone. Plejada gwiazd, bo tylko znane nazwiska mogły przyciągnąć do kin publiczność, która już zdążyła „zwybrednieć”. Adolf Dymsza był idealnym kandydatem na podwójną, główną rolę, a tu miał zagrać nastoletniego chłopca. Do obsadzenia pozostała rola prawdziwego nastoletniego chłopca, ucznia mieszkającego na stancji u pewnej niezamożnej rodziny. Postanowiono dobrać chłopca we właściwym wieku.

Klimek- tak nazywali go szkolni koledzy zawsze interesował się filmem. Marzył o karierze aktora. Był zwykłym chłopcem z błyszczącą blond czupryną i radosną twarzą. Po lekcjach w szkole pomagał swojemu ojcu, który miał kiosk na ulicy Czerniakowskiej i sprzedawał papierosy. Korzystając z bliskości sklepu z gazetami chłopiec wypożyczał ilustrowany tygodnik „Kino”. Z zachwytem czytywał wszystkie wzmianki prasowe o kinie i aktorach. Tak, przed wojną można było wypożyczyć ze sklepu gazetę. Ponoć kosztowało to 5 gr.

Pewnego dnia Klimek dowiedział się od swojego starszego kolegi o tym, że wytwórnia filmowa poszukuje chłopców w wieku 12-15 lat. Długo się nie zastanawiał. Pobiegł od razu na przesłuchanie.

Przyjęto go i wysłuchano. Zadeklamował „Powrót taty” Adama Mickiewicza. Kto nie znał wtedy tego wiersza… Zrobił to z taką swobodą i żarem, że z miejsca dostał angaż do filmu „Wacuś” i choć jego nazwiska nie wymieniono w czołówce filmu to jego rola była zauważona i pozytywnie oceniona.

Wyzwaniem dla niego okazało się dotrzymanie kroku wytrawnym aktorom: Jadwidze Andrzejewskiej i Adolfowi Dymszy. Ich warsztat i życzliwość podczas kręcenia wspólnych scen sprawiły, że chłopiec wypadł świetnie, a przychylna ocena jego roli zaowocowała kolejnymi angażami.

W każdym razie artysta…

W ten sposób Klemens Mielczarek rozpoczął swoja przygodę z aktorstwem i stał się jednym z pierwszych „złotych dzieci” polskiego kina dźwiękowego.

W 1937 roku zagrał najważniejszą ze swoich przedwojennych ról. U boku Karoliny Lubieńskiej zagrał Franka- pikolaka w komedii pomyłek „Książątko” w znakomitej obsadzie: Eugeniusz Bodo, wymieniona już wcześniej Karolina Lubieńska, Loda Niemirzanka, Antoni Fertner, Józef Orwid, Jerzy Marr.

Zagrał biednego pikolaka czyli  pomoc kelnera, który jedzie pociągiem na „gapę” do Krynicy Górskie, gdzie ma umówioną pracę. Zabiera ze sobą Władkę ( główną bohaterkę), którą uznaje za młodego chłopca. W Krynicy załatwia jej posadę fordansera. Było to jego ostatnie, przedwojenne, filmowe wyzwanie.

Nastała wojna, która zmieniła życie dziewiętnastoletniego  aktora. Zaletą młodych głów jest, że nie przestają marzyć i choć trudno, to przystosowują się do zaistniałej rzeczywistości. W trakcie wojny uczył się w podziemnym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej.Gdy nastał czas Powstania Warszawskiego, przedstawiciel pokolenia Kolumbów walczył w szeregach AK. Po upadku powstania jako jeniec wojenny został wywieziony do Niemiec.

Przetrwał wojnę, a po niej powrócił do Polski by zdać egzaminy na aktora i pracować jako aktor w Teatrze Miejskim w Częstochowie. Wojna zmieniła Klemensa nie do poznania.

Trudno skojarzyć te dwie osoby: smukłego, chudego blond młokosa i opalonego, muskularnego mężczyznę. Po wojnie rozpoczął prawdziwą pracę aktorską. Dużo pracował na scenie, a w filmach grał raczej role drugoplanowe, czasem epizodyczne.

hhh

Mimo tego jego powojenny filmowy dorobek jest imponujący:

1949 r.- „Czarci żleb”

1949 r.-”Dom na pustkowiu”

1953 r.- „Sprawa do załatwienia”

1953 r.- „Przygoda na Mariensztacie”

1953 r.-„Podhale w ogniu”

1953 r. -”Piątka z ulicy Barskiej”

1953 r. -” Żołnierz Zwycięstwa”

1953 r.-” Sprawa Szymka Bielasa”

1954r. _”Pokolenie”

1958 r.-„Wolne miasto”

1958r.- „Ósmy dzień tygodnia”

1959 r.-”Cafe pod Minogą”

1960 r.- „Krzyżacy”

1965 r.-”Sam pośród miasta”

1967 r.-”Westerplatte”

1977 r.-”Sprawa Gorgonowej”

1978 r. -”Wśród nocnej ciszy”

1978 r.-”Romas Teresy Hennert”

1981 r.-” Dziecinne pytania”

1981 r.-„Człowiek z żelaza”

1983 r.-”Szczęśliwy brzeg”

1988 r. -”Biesy”, „Zmowa”

1991 r.-”Skarga”

Seriale: „Dom”, „Polskie drogi”, „Zmiennicy”

Galeria aktora: http://fototeka.fn.org.pl/pl/strona/wyszukiwarka.html?key=Mielczarek+Klemens&search_type_in=osoba&view_type=tile&sort=alfabetycznie&result%5B%5D=1873&lastResult%5B%5D=1873&pageNumber=1&howmany=50&view_id=

Po przejściu na emeryturę stworzył dla dzieci własny teatr jednego aktora. Nazwał go Kuku-Ryku. Jeździł z nim po całej Polsce, odnosząc sukcesy. Dekoracje i maski woził w bagażniku. Sam był dyrektorem, aktorem, organizatorem i kierowcą. Konwencja jego teatru opierała się na maskach, które zaprojektowali Kazimierz Mikulski i Adam Kilian. Zarówno on, jak i zaproszone z widowni dzieci zakładali maski i wspólnie rozpoczynali wędrówkę w krainę bajek, ucząc się przy okazji różnego rodzaju tańców. Otrzymywał mnóstwo listów z podziękowaniami od kierownictwa szkół, a dzieciaki z utęsknieniem czekały na kolejne spotkanie z jego teatrem.”

W roku 1996 Klemens Mielczarek otrzymał Nagrodę miasta Warszawy. W gronie nagrodzonych tego roku znaleźli się między innymi: Mira Zimińska-Sygietyńska, Loda Halama, Maria Modzelewska, Lidia Wysocka.

Ze wspomnień Witolda Sadowego: „Moje przyjazne stosunki z Klimkiem datują się od bardzo dawna. Od czasów wojny i niemieckiej okupacji, kiedy byliśmy jeszcze młodzi i świat należał do nas. Nawet wojna nie zabiła w nas optymizmu. Klimek był człowiekiem ciepłym, dobrym i pogodnym. Świetnym kolegą. Przez pewien czas pracowaliśmy razem w Teatrze Klasycznym i graliśmy w kilku sztukach. Dawno go nie widziałem, ale od czasu do czasu prowadziliśmy długie rozmowy przez telefon. Nigdy się nie skarżył i nie narzekał. Był dumny ze swoich dzieci. Wiedziałem, że chorował, bo od dłuższego czasu nie spotykałem go ani w operze, ani w teatrach. Starał się nie opuścić żadnego przedstawienia. I choć to nie jest już ten teatr, na którym się wychowaliśmy, nie przestał go kochać. Żegnaj Klimku, pozostała już nas garstka.”

Klemens Mielczarek zmarł w 2006 roku przeżywszy 86 lat. Został pochowany na Starych Powązkach.

Polecam Waszej pamięci nietuzinkową postać Klimka.

Www.encyklopediateatru.pl „Klemens Mielczarek. Pożegnanie”. (Witold Sadowy) za Gazeta Wyborcza Stołeczna nr 50

Zdjęcie: Reżyseria:Kański Tadeusz, Vergano Aldo, PrawaStudio Filmowe „Kadr”, Autor: Wawrzyniak Kazimierz

Zrozumieć przedwojenne kino.

 

Screenshot_3

Logo popularnego programu prowadzonego przez Stanisława Janickiego w latach osiemdziesiątych

Nastała epoka super kina. Wysoka technika przerosła nasze oczekiwania. 3 D, HD, Dolby S. i takie tam „czary mary”. Obraz najwyższej jakości zastąpił wyobraźnię widza. Niesamowite ujęcia, pomoc zaawansowanej techniki komputerowej pomagają stworzyć sugestywne obrazy, w które można łatwo uwierzyć i zatracić granicę pomiędzy jawą a fantazją. Oczywiście technologia w niesprawnym ręku obnaża spore niedociągnięcia; krostkę na nosie, włos w zupie i niedopracowaną scenografię. Jednocześnie daje wiele niezapomnianych wrażeń. Trzeba to szczerze przyznać.

Tymczasem początki kina odchodzą w zapomnienie, a klimat starych czarno-białych filmów pamięta coraz mniej osób. Sentymentalne niedzielne popołudnia lat osiemdziesiątych ze „Starym Kinem” Stanisława Janickiego to już tylko mgliste i ciepłe wspomnienie rozrywek PRLu.

Przy takiej technice jak obecna i poziomie artyzmu czym może wyróżnić się stara produkcja, a czym obronić? Jak przekonać młodych, że warto je oglądać? I jakie są przyczyny niezrozumienia przedwojennych produkcji?

Pierwszym powodem jest tragiczny stan starych kopii, które cudem zostały ocalone przed zniszczeniem. Przetrwały całą wojnę. Po jej wybuchu osoby, które miały dostęp do archiwów i poczuwające się do ratowania kulturalnej spuścizny, starały się ukryć jak największą ilość kaset. Byli to zupełnie anonimowi ludzie, którzy z narażeniem życia chowali taśmy po piwnicach lub wywozili za granicę. Przez pięć lat metalowe kasety, a w nich klisze narażone były na wilgoć, bakterie, grzyby, wybuchy, ogień i zwykły wandalizm.

Dzięki staraniom Filmoteki Narodowej odnaleziono lwią część dorobku. Niektóre z nich były w strasznym stanie. Z innych pozostały tylko fragmenty ( np. „Robert i Bertrand” z Dymszą i Bodo). Wielu z nich nie odnaleziono. Zwłaszcza filmów niemych. Taki był koszt ocalenia.

Efektem zniszczeń stały się obiektywne niedogodności w oglądaniu; przeskoki akcji, zupełne nieoczekiwane i niezrozumiałe spowodowane klejeniem i naprawami. Dalej zły dźwięk, zaciemnienie obrazu, oraz jego ubytki, niezborność dźwięku z wizją. To tylko niektóre techniczne mankamenty.

Screenshot_1

Zdjęcie zniszczonej kliszy: fot. Monika Supruniuk,
źródło: www.nitrofilm.pl

Gdy już się przebrnie przez te niedogodności, następują kolejne, tym razem innej natury.

Wygląd aktorów, jakże rożny od współczesnego, budzi zdziwienie i śmiech młodych. Większość nowego pokolenia przyjmuje go jako niezrozumiałą modę.

A wystarczy wiedzieć kilka faktów. W filmie niemym mimika grała bardzo istotną rolę. W zasadzie była najważniejszym narzędziem gry aktorskiej. Musiała wyrażać bez wątpliwości wszelkie uczucia. Ponieważ nie można było liczyć na żadne barwy prócz bieli i czerni, malowano twarze z przewagą tych kolorów. Malowano wszystkich, mężczyzn i kobiety, staruszków i młodych. Władysław Grabowski wspominał w jednym z wywiadów „My aktorzy, byliśmy charakteryzowani naprawdę dziwacznie. Najpierw na fioletowo, potem na żółto, a potem jeszcze na kolor cielisty. Nie mieliśmy wtedy żadnych tekstów, nie uczyliśmy się roli nikt nie słyszał wtedy o scenariuszach filmowych”. W realizacjach późniejszych, w latach trzydziestych, w filmach dźwiękowych aktorzy nie rezygnowali z bogatego „make upu”. Jeden z najbardziej znanych aktorów tego czasu, Eugeniusz Bodo bardzo lubił charakteryzację. Malował nie tylko oczy. Również usta, by były wyraziste. Adolf Dymsza, zwłaszcza w początkach filmów dźwiękowych również stosował mocny makijaż.

94c51b5661

Jadwiga Smosarska i Franciszek Brodniewicz w filmie „Dwie Joasie”. Film z późnych lat 30. Makijaż stracił na swojej intensywności

Najwspanialszym przykładem charakteryzacji lat dwudziestych są kreacje Poli Negri. Czarne, bardzo mocno malowane oczy dodawały głębi jej powłóczystemu spojrzeniu. Biała, porcelanowa skóra podkreślała grymasy ust. Miało to swój klimat i pozostało charakterystycznym dla kina tego czasu.

Pola_Negri_fot_Hulton_5851916

Pola Negri, fot. Hulton Archive/Getty Images/Flash Press Media
źródło: film.interia.pl 

Kolejnym ważnym elementem składowym klimatu starych produkcji jest gra aktorska, która współczesnym wydaje się przerysowana.

Pierwsze bardziej profesjonalne szkoły, gdzie szkolono w nowym zawodzie- aktora filmowego powstawały na początku lat trzydziestych. Nowocześni specjaliści oswajali adeptów z kamerą, wpajali techniki pracy na planie. Mimo tego gra aktorska wciąż przypominała teatralną, rozbuchaną, dynamiczną i pełną przerysowanych emocji. Wyglądała sztucznie i niejednokrotnie śmiesznie. Skąd się to brało? To proste. Przyzwyczajenia wyniesione z teatru pozostały. Artyści nadmiernie wyrażali swoje uczucia. Za bardzo gestykulowali. Krzyk zbyt często był narzędziem ekspresji. Tłumaczyć to należy niedojrzałością sztuki filmowej, nie dość ważną rolą reżysera oraz teatralnymi naleciałościami. Ostatni widz z balkonu musiał widzieć to, co działo się na scenie. A więc wyraźne gesty, dobra dykcja ( to akurat zaleta, która nie straciła na wartości) oraz świetna emisja głosu to były atuty ówczesnego artysty. Dość wolno te archaiczne maniery wygaszali filmowcy.

Nie trudno się domyśleć, że scenariusze nie były specjalnie wysokich lotów. W sumie, każda z historii mogła zostać opowiedziana, bo żadnej jeszcze nie opowiedziano na ekranie. Adaptacje Dołęgi-Mostowicza np. „Trędowata” albo Mniszkówny były kasowymi przebojami i cieszyły szczególnie damską część publiczności. Za to komedie zawsze były majstersztykiem sztuki komediowej bogatym w wysublimowany żart słowny ukraszany zapomnianym już szmoncesem. Jeszcze dzisiaj można doskonale się bawić przy lekkich dialogach oraz przy cudownie naiwnych perypetiach miłosnych komediowych bohaterów.



Wobec powyższych argumentów filmy przedwojenne stają się wyjątkowe i nabierają wartości historycznej. Każdy z nich przeszedł wojenną zaprawę, przetrwał wojnę i zyskały nowe życie. One same są już historią z wielu przyczyn. W tych filmach jest świat, którego już nie ma i nie będzie. Jest piękna, niezburzona, radosna i polska Warszawa, galicyjski i cichy Kraków, ryneczki nieistniejących już w tej postaci osad. Są autobusy, tramwaje, stare maszyny i praca ludzka. Są ludzie, o których już nikt nie pamięta. Jest moda współczesna, sposób noszenia i malowania, kunszt manier i pięknego słowa. Jest napawający nostalgią lwowski akcent i moda na dźwięczne „ł”. Uwieczniono tu prawdziwe modne wnętrza; wystroje pałaców, dworów, a także nowoczesnych mieszkań. Jak w maszynie czasu można cofnąć się i oglądać zależności i relacje społeczne, które zresetowała wojna. Wreszcie można dostrzec, jak niewiele, w sumie, zmienili się ludzie.



W obecnym czasie prace nad przedwojennym dorobkiem filmowym zintensyfikowano. Od 2006 roku istnieje szczytny projektKonserwacja i digitalizacja przedwojennych filmów fabularnych w Filmotece Narodowej w Warszawie”. Projekt zakłada konsekwentna restaurację ocalonych filmów.

Może kiedyś wszystkie filmy będziemy mogli obejrzeć w lepszej, zrekonstruowanej wersji.

Więcej o przedsięwzięciu : www.nitrofilm.pl



Śledztwo-kryptonim „Królewna Śnieżka”

Epoka 3D, filmów tak sugestywnych, że bohaterowie zdają się dostępni na wyciągnięcie ręki. Film wciąż ewoluuje, a wdzięczni odbiorcy w postaci dzieci najbardziej umieją to docenić. Takim samym cudem nowoczesnej kinematografii był film Walta Disneya „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”. Był to pierwszy w historii pełnometrażowy, kolorowy film jaki wyprodukował Walt Disney.

W Polsce także miał swoją odsłonę. Osiągnął sukces kasowy dzięki niezwykłemu dubbingowi, wielkiej nowości na ówczesne czasy. Pamiętać należy, że był to rok 1938.

Takie wielkie wydarzenie kinowe nie obyło się bez wielkich nazwisk. Twórcą polskich tekstów stał się Marian Hemar, najbardziej wzięty autor przedwojennych piosenek.

Słuchając dubbingu nie można mieć wątpliwości, że podkład dźwiękowy ma osiemdziesiąt lat. Głos jest nieczysty, niewyraźny, słychać trzaski i szumy. Aktorzy używają tak charakterystycznego, przedwojennego „ł”. Dykcja i artykulacja słów trąci starą, teatralną szkołą. Jest w tym niewytłumaczalny czar. Urok języka, staranność wypowiadanych słów wciąż urzeka. To majstersztyk wycyzelowany w każdym wymiarze. Kto kryje się za bajkowymi postaciami? Powstało na ten temat kilka plotek a wszystko przez to, że lista aktorów biorących udział w przedsięwzięciu zaginęła gdzieś w zawierusze wojennej.

Pierwsza z nich to udział Jadwigi Smosarskiej, jako Śnieżki. Nic nie potwierdza tej teorii. Andrzej Adrochowicz, znawca kina, w swoim autorskim tekście wyjaśnia:

„ 4 listopada 2007 roku tajemnica obsady została odkryta dzięki fascynatom przedwojennego kina polskiego, Filmwebowi i użytkownikowi forum Disney Polska o nazwie „Sparkling1986″. Jednak ta informacja niewiele wnosi do sprawy. (…)”

Jednak tą rolę powierzono Marii Modzelewskiej, krakowskiej aktorce, żonie Mariana Hemara.

Rolę złej królowej bardzo trafnie dano Leokadii Pancewicz aktorce o królewskiej postawie. Swojego czasu grała również królową Bonę w pierwszej ekranizacji opowieści „Barbara Radziwiłówna”.

Duchowi z lustra użyczył głosu Janusz Strachocki.

Cudownie śmiesznym i poczciwym krasnoludkom użyczyli głosu: Henryk Zelwerowicz, Józef Orwid i Henryk Małkowski.

„Kolejną ciekawostką Wikipedii- mówi Andychowicz w swoim tekście- jest rzekomy powtórny dubbing filmu z 1947 roku, w którym w roli Królewny Śnieżki miała wystąpić Jadwiga Smosarska, natomiast w Królewicza miał się wcielić Adolf Dymsza. Otóż Jadwiga Smosarska opuściła Polskę 2 września 1939 roku, by na przełomie października i listopada tego roku wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Po raz pierwszy od zakończenia wojny, po 19 latach nieobecności w kraju, aktorka przyjechała do Polski 8 czerwca 1958 roku. Tak więc data dubbingu – 1947 rok, wydaje się nieprawdopodobna. Zresztą w znakomitej i bardzo szczegółowej biografii Jadwigi Smosarskiej, pióra Małgorzaty Hendrykowskiej, która ukazała się w 2007 roku, nie ma żadnej wzmianki o pracy aktorki w dubbingu, ani nawet o takich zamierzeniach. Profesor Hendrykowska, którą mam przyjemność znać osobiście, należy do najlepszych znawców przedwojennego kina w Polsce. W swoich badaniach, a później publikacjach, jest zazwyczaj niezwykle skrupulatna. W tym kontekście mogłoby dziwić pominięcie w biografii Smosarskiej tego ważnego epizodu artystycznego.
Równie nieprawdopodobne wydaje się obsadzenie Adolfa Dymszy w roli Królewicza. Wprawdzie aktor słynął z genialnych parodii, znakomicie udawał i naśladował różne głosy i prawdopodobnie byłby w stanie sam podłożyć dubbing do całego filmu, wcielając się po kolei w różne postaci, to jednak bardziej chciałoby się go widzieć w roli któregoś z niesfornych krasnoludków niż jako urodziwego Królewicza. Warto także dodać, że podczas okupacji aktor występował w jawnych teatrach Warszawy, za co po wojnie został przez sąd koleżeński ZASP skazany na swoistą infamię – zakaz gry w Warszawie przez pięć lat. Czy w tych okolicznościach powierzono by mu rolę w filmie dla dzieci? Trudno uwierzyć. Zresztą żadna z dostępnych biografii aktora, do których dotarłem, nie wspomina o jego udziale w dubbingu do Śnieżki. „

Wśród wielu wyjaśnień pozostaje wciąż nierozpoznany głos królewicza. Wiele portali filmowych sugeruje, że jest to głos Aleksandra Żabczyńskiego. Tu absolutnie nie mogę się zgodzić. Po przeprowadzonym śledztwie mam swojego faworyta i niech ktoś mnie zweryfikuje jeśli się mylę. Moim zdaniem kwestiami śpiewanymi królewicza zaopiekował się Adam Aston. Bardzo znany i charakterystyczny tenor z aksamitnym głosem i spokojnym, niewymuszonym vibrato. Aktora podkładającego głos do kwestii mówionych wciąż brak. A może ktoś rozpozna…bo ja przez chwilę chciałam słyszeć Eugeniusza Bodo.